To była pierwsza porażka San Antonio Spurs w meczu numer jeden wszystkich finałów, w jakich na przestrzeni wielu lat zespół z Teksasu grał. New York Knicks, dzięki rzetelnej pracy w obronie i skutecznej ofensywie, byli w stanie stworzyć przewagę przesądzającą o losach meczu. Kilku graczy Spurs musi po tym starciu zrobić porządny rachunek sumienia.
San Antonio Spurs doznali bolesnego zderzenia z rzeczywistością w meczu numer jeden. Muszą wznieść swoją grę na jeszcze wyższy poziom, jeżeli chcą wygrać, ponieważ przegrali po tym, jak ich atak kompletnie się zatrzymał w końcówce czwartej kwarty. Stracili przewagę własnego parkietu, choć porażka w starciu otwierającym serię to jeszcze nie koniec świata. Oklahoma City Thunder rok temu też przegrała pierwszy mecz finałów u siebie po zrywie Indiana Pacers w czwartej kwarcie, a mimo to wygrali serię w siedmiu spotkaniach.
Jasne jest jednak, iż Spurs muszą być lepsi w drugim meczu serii. Szczególnie dwóch zawodników musi spojrzeć w lustro i obiecać sobie, iż taka noc już się nie powtórzy. Victor Wembanyama nie może brać na siebie aż tak dużej odpowiedzialności za kreowanie gry. Tymczasem Spurs – jakby celowo – często pozwalali mu atakować z kozła z dystansu. Karl-Anthony Towns teoretycznie wyglądał na łatwy cel w obronie, ale poprzedniej nocy dobrze pracował na nogach i skutecznie powstrzymywał wiele wejść Wembanyamy, przy wsparciu kolegów z zespołu.
W efekcie Wembanyama był zmuszony do oddawania trudnych rzutów z dystansu. Trafił tylko 6 z 21 rzutów z gry, w tym zaledwie 3 z 14 spoza pomalowanego. Dodatkowo zakończył mecz z sześcioma stratami. Przy stanie 99:95 dla New York Knicks w końcówce zaliczył stratę, która otworzyła Knicks drogę do łatwych punktów. Wemby nie jest typem ofensywnego kreatora. Jego największą przewagą jest wzrost i fizyczność – ustawienie go bliżej kosza nie tylko ułatwia mu zdobywanie punktów, ale też zmusza obronę Knicks do większej pomocy, co otwiera przestrzeń dla strzelców Spurs.
To jednak problem, który można stosunkowo łatwo naprawić przed kolejnym meczem. Kluczową rolę odegra De’Aaron Fox. To on uspokaja grę i potrafi trafiać ważne rzuty w końcówkach. Daje też drużynie dodatkowego rozgrywającego, odciążając Stephona Castle’a i Dylana Harpera.
Problem w tym, iż Fox wciąż nie wygląda na w pełni zdrowego po kontuzji kostki z drugiej rundy play-offów. W pierwszym meczu finału zdobył tylko siedem punktów, trafiając 3 z 13 rzutów i popełnił kilka bardzo kosztownych błędów w końcówce. Na 1:21 przed końcem spudłował zupełnie otwarty rzut z około trzech metrów. W kolejnej akcji sfaulował Mikala Bridgesa, który trafił dwa wolne i powiększył przewagę Knicks. Chwilę później Fox stracił piłkę przy ośmiopunktowej stracie, definitywnie kończąc szanse Spurs na powrót.
Co ciekawe, mimo słabego występu był jednym z dwóch zawodników Spurs z nieujemnym bilansem plus/minus. Ale to nie zmienia faktu, iż musi trafiać rzuty i podejmować lepsze decyzje w końcówkach. To on – obok Harrisona Barnesa – jest najbardziej doświadczonym graczem tej drużyny i musi wziąć odpowiedzialność, jeżeli Spurs chcą wrócić do rywalizacji w tej serii.
Czy wiesz, że PROBASKET ma swój kanał na WhatsAppie? Kliknij tutaj i dołącz do obserwowania go, by nie przegapić najnowszych informacji ze świata NBA! A może wolisz korzystać z Google News? Znajdziesz nas też tam, zapraszamy!

11 godzin temu









