Mistrzostwa świata najgorzej zarządzanych klubów piłkarskich nie muszą być organizowane. Złoty medal, puchar oraz „We are the champions” z głośników z urzędu należą się Legii Warszawa. To adekwatna nagroda za miesiąc bez trenera, ale warto przypomnieć, iż seria w zasadzie trwa dłużej.
Listopad mija, Legia niczyja. Właśnie trwa trzydziesty dzień, pełny miesiąc bezkrólewia na tronie trenerskim klubu z Warszawy. Puszczony samopas zespół pod okiem asystenta Inakiego Astiza punktuje jak kandydat do spadku z Ekstraklasy, co jest o tyle absurdalne, iż przecież kilka miesięcy wstecz:
- Marcin Herra, prezes klubu, w podkaście „Kilka słów o Legii” rzucił hasło „znamy przepis na mistrzostwo”,
- Jarosław Jurczak, wiceprezes ds. finansowych, rzucił, iż klub podnosi budżet płacowy pierwszego zespołu, który sięgnie 100 mln zł.
Legia Warszawa ma więc najdroższą kadrę w historii, wydała na transfery najwięcej od lat i wszystko to po to, żeby przez miesiąc nie zatrudnić trenera. Panowie, za coś takiego nie należy się po prostu złota patera. Dariusz Mioduski we wspomnianych na wstępie mistrzostwach nastuka medali jak Michael Phelps, jak Usain Bolt, zdominuje stawkę na lata jak Łudogorec w lidze bułgarskiej!
Legia Warszawa i rok katastrofy organizacyjnej. 52 dni w 2025 bez trenera, 41% czasu bez trenera lub dyrektora
Jeśli za datę startu sezonu uznamy dzień inauguracji Ekstraklasy, Legia Warszawa przez niemal czwartą część rozgrywek nie ma trenera. Dokładnie przez dwadzieścia dwa procent. jeżeli liczymy ten okres od początku przygotowań — co też ma jakiś sens — okres, w którym klub nie ma szkoleniowca stanowi osiemnaście procent sezonu. Możemy też ugryźć ten temat inaczej, żeby uwzględnić fakt, iż to druga sytuacja w ostatnich miesiącach, w której przez kilka tygodni brakuje trenera.
Dwadzieścia dwa dni szukano następcy Goncalo Feio. Może choćby ciut dłużej, ale liczmy moment od oficjalnego ogłoszenia jego odejścia do zatrudnienia Edwarda Iordanescu. Dodając to do obecnej, trzydziestodniowej serii, wychodzi ponad pięćdziesiąt dni bez trenera w trakcie roku. jeżeli ponownie zechcemy przełożyć to na procenty: przez szesnaście procent obecnego roku Legia Warszawa nie miała szkoleniowca.
Ale, ale. Wakat na stanowisku trenera to przecież nie był jedyny moment roku, w którym najważniejsze stanowisko w klubie pozostawało nieobsadzone. Dopiero gdy zbierzemy do kupy okres, w którym Legia Warszawa nie miała trenera i okres, w którym pusty był gabinet dyrektora sportowego, poznamy pełną skalę absurdu. Najbogatszy polski klub był w tym roku pozbawiony osób obsadzających najważniejsze stołki łącznie przez sto trzydzieści siedem dni.
Na dziś, na ostatni dzień listopada, stanowi to czterdzieści jeden procent całego roku. I można założyć, iż licznik będzie się kręcił, bo mało kto spodziewa się, iż Marek Papszun dołączy do klubu lada dzień.
Dariusz Mioduski zatrudnił dyrektora, którego zwolnił i trenera, którego nie chciał poprzedni dyrektor klubu, ale nie trenera, o którym „marzy”
Skalę absurdu podbija także to, na jakie nazwiska padło, gdy w końcu udało się wytypować kandydatów. Legia Warszawa po tygodniach poszukiwań zatrudniła:
- dyrektora sportowego, którego w przeszłości ten sam właściciel zwolnił, uznając go za zbyt słabego, po czym tenże dyrektor zaliczył porażkę w dwóch następnych projektach i odszedł z zawodu;
- trenera, którego poprzedni pion sportowy rozważał, ale zrezygnował z tego po dogłębnej ocenie sytuacji.
Można więc założyć, iż w klubie, w którym istnieją jakiekolwiek struktury, który jest rozsądnie zarządzany, na obu panów znalazłaby się lista zastrzeżeń, która wykluczyłaby taki ruch. Tak nie było, więc dyrektor, w którego niegdyś wątpił właściciel klubu, zatrudnił trenera, w którego wątpił poprzedni pion sportowy odpowiadający za budowę klubu.
Klaun albo król. Jakim dyrektorem sportowym jest Michał Żewłakow?
Konsekwencji w tym nie ma, tylko czy w ogóle można spodziewać się, iż Dariusz Mioduski w Legii Warszawa działa konsekwentnie? Jedyne, co robi jego Legia, to konsekwentne zaprzeczanie sobie samej. Teraz przecież Mioduski próbuje ściągnąć trenera, o którym mówił, iż jest jego wymarzonym kandydatem. Tylko, iż po wypowiedzeniu tych słów klub:
- zrezygnował ze starań o wyciągnięcie go z Rakowa Częstochowa i zatrudnił innego trenera (po raz pierwszy zresztą trafiając z wyborem na to stanowisko),
- miał szansę ściągnąć bezrobotnego wówczas Papszuna, gdy zwalniał tego, kogo wybrał, gdy przerwał z nim rozmowy po raz pierwszy, ale tego nie zrobił, więc teraz targuje się o niego z obecnym pracodawcą, robiąc to zresztą w absurdalny sposób.

Jacek Zieliński w chwilę przekonał Dariusza Mioduskiego, iż ten jednak nie marzy o Marku Papszunie i zatrudnił innego trenera.
Kuriozum, kompletna abstrakcja. Rok temu o tej samej porze Legia Warszawa też choćby nie myślała o rzekomo „wymarzonym” trenerze Dariusza Mioduskiego. Tak, miał wtedy pracę, ale teraz też ma. Wychodzi na to, iż właściciel klubu marzy o Papszunie tylko w konkretnych, krótkich ramach czasowych, które powtarzają się co parę lat, jakby to był przelot komety.
To, iż są one skorelowane z najgorszymi momentami klubu, wynikową i wizerunkową degrengoladą, trzeba oczywiście uznać za kompletny przypadek i zbieg okoliczności.
Najgorsza seria Legii Warszawa od 20 lat
Dariusz Mioduski stosuje w Legii Warszawa strategię hazardzisty. Gdy nie idzie, podbija stawkę
Nie jesteśmy jednak choćby w połowie drogi na szczyt absurdu, który serwuje kibicom Legii Warszawa Dariusz Mioduski. W końcu po tym, jak wreszcie znalazł dyrektora sportowego, zdecydował się powołać stanowisko head of football operations. Fredi Bobić, który wcielił się w tę rolę, miał zadbać o długofalową strategię klubu. Obydwie sytuacje — wybór trenera, którego wcześniej klub negatywnie zweryfikował oraz miesiąc bez trenera — pogrążają wszelkie opowieści o tej strategii, bo gdyby takowa istniała, nie doszłoby do tak amatorskich rozwiązań w kluczowych sytuacjach.
Zresztą, ciężko w ogóle mówić o długofalowej strategii, skoro w okresie tak burzliwym i niestabilnym, iż już w połowie czerwca mówiliśmy o stu pięćdziesięciu dniach bez dyrektora sportowego lub trenera, co w oczywisty sposób musiało wpływać choćby na proces budowy kadry na nowy sezon, Legia Warszawa podjęła ogromne, większe niż zwykle ryzyko finansowe. Raz, iż znacznie zwiększyła budżet płacowy. Dwa, iż wydała ogromne, rekordowe pieniądze na transfery. Trzy, iż rozgoniła przy tym poprzedni skład, najlepszych strzelców, asystentów, zawodników, zarządzając rewolucję totalną.
Wszystko to leżało na szali, gdy wybrany przez nowych zarządców trener bezradnie obserwował, jak jego zespół wypuszcza z rąk przewagę w dwumeczu z Hibernian FC. Nie dziwi, iż bywalcy lóż mieli mokre dłonie i podwyższone tętno, ale sami sobie na to zapracowali. Długofalowa strategia w rzeczywistości okazała się po prostu kolejnym panicznym planem Dariusza Mioduskiego, który od dawna stosuje strategię nałogowego hazardzisty. Gdy nie osiąga planu (mistrzostwa Polski), podbija stawkę, ślepo wierząc, iż tym razem los odda.
Sigma. Michał Świerczewski znów upokarza Dariusza Mioduskiego
Kluby sportowe przechodzą przez burzliwe okresy. choćby największe. jeżeli jednak sterują nimi ludzie racjonalni, nie dopuszczą do sytuacji, w której podczas pożaru inwestuje się więcej i więcej. Gdyby Mioduski zarządzał głową, nie sercem, zauważyłby, iż skoro struktury klubu przechodzą rewolucję, to niewskazane jest ani zwiększanie budżetu płacowego, ani rozrzutność finansowa. Odzyskanie mistrzostwa stało się jednak jego obsesją, tak samo, jak wcześniej była nią próba utrzymania tytułu, gdy zwalniał trenera za trenerem, byle tylko ratować sezon.
Co prawda potem bił się w pierś, słusznie dostrzegając w tym swój największy błąd, ale nie ma mowy o wyciąganiu wniosków. Tegoroczna rozrzutność to podbicie stawki w najgorszym możliwym momencie. Właściciel klubu nie dbał jednak kompletnie o długofalową strategię, dbał tylko o to, żeby jakoś udobruchać strajkujących kibiców. Wbrew wszystkiemu wydał więc jeszcze więcej, żeby tylko nie zarządzać z góry sezonu przejściowego, ale kupić sobie parę miesięcy nadziei na walkę o mistrzostwo Polski.
Parę miesięcy, bo pewnie nie zakładał, iż będzie aż tak źle i w praktyce już w październiku nikt nie będzie rozmawiał o Legii w kontekście bycia kandydatem do tytułu.
Wielka prowizorka w Legii Warszawa. Dariusz Mioduski stosuje ją od lat
Nie możemy więc mówić o tym, iż nic nie wróżyło katastrofy na taką skalę. Może nie dostrzegano wielu sygnałów — i tu pewnie możemy wszyscy uderzyć się w pierś, bo wiele rzeczy można było zdiagnozować znacznie wcześniej także w mediach — ale to nie znaczy, iż one nie istniały. jeżeli klub nie potrafił wybrać ani dyrektora, ani trenera, to czemu mielibyśmy wierzyć, iż ostatecznie stanęło na adekwatnych opcjach?
Skoro na pierwszym spotkaniu z mediami w trakcie letniego okna transferowego Michał Żewłakow sugerował, iż Jean-Pierre Nsame nie ma przyszłości w klubie i Legia stara się rozwiązać z nim umowę, po czym ten sam zawodnik okazuje się najlepszym strzelcem drużyny, bez którego nie byłoby europejskich pucharów, to jak wierzyć, iż kadra była budowana w sposób adekwatny i zaplanowany? Jaki to paradoks: najwięcej goli ma nie tyle facet, który od miesięcy leczy kontuzję, ile gość, którego próbowano z klubu wypchnąć, ale się nie udało.
Cała przebudowa wyszła zresztą mocno karykaturalnie, bo lekką ręką oddano graczy, którzy może czasami irytowali, ale jednak zapewnili liczby, ślepo wierząc w to, iż nowi zastąpią ich z miejsca. Było to o tyle ryzykowne, iż niemal wszystkie transfery ofensywne datowane są na końcówkę okienka, tymczasem późne sięganie po piłkarzy zawsze oznacza dłuższy okres wprowadzenia, pewne braki.
Ba, znów więc zignorowano i zrezygnowano z tego, co wypracował poprzedni pion sportowy, który dokładnie rok wcześniej tłumaczył, iż po analizach postawił na szybsze ruchy, bo dane mówiły, iż późne transfery to wielokrotnie większe ryzyko niewypału — przynajmniej w kontekście pierwszej rundy.
I nie mówię o tym dlatego, żeby podważyć teraz wszystkie transfery, których dokonano, choć akurat w nowego napastnika wątpiłem od samego początku. Uważam, iż ruchy do klubu mogą się jeszcze obronić, jeżeli paru zdolnych piłkarzy weźmie w obroty nowy trener. Pytanie tylko, czy aby na pewno był to adekwatny moment na pokaz siły, dekorowanie ścian złotymi ozdobami, podczas gdy przez cały czas nie położono dachu. To był czas na spokój, nie na grę all in, ale spokój oznaczałby brak mistrzowskich deklaracji, na co Dariuszowi Mioduskiemu nie pozwalała duma.
Właściciel klubu chciał więc mieć wszystko na już: struktury, świetnych piłkarzy, puchary, mistrzostwo. Wyszło, iż nie ma nic. Może zamiast wyliczać przez jaki procent roku Legia Warszawa nie ma trenera lub dyrektora, należy policzyć, przez jaki czas nie ma odpowiedniej osoby zarządzającej całym projektem? Rachunek jest w tym wypadku prosty — sto procent. I tak od niemal dekady…
WIĘCEJ O LEGII WARSZAWA NA WESZŁO:
- Najgorsza seria Legii Warszawa od 20 lat
- Sigma. Michał Świerczewski znów upokarza Dariusza Mioduskiego
- Legia zatrudnia trenera wolniej niż PZPN selekcjonera
SZYMON JANCZYK
fot. FotoPyK

1 godzina temu












![Kolorowy zawrót głowy w nowej świątecznej strefie [ZDJĘCIA]](https://cowkrakowie.pl/wp-content/uploads/2025/11/Jarmark-przed-galeria-kazimierz21.jpg)

