Triumf na pożyczonym sprzęcie
Zwycięstwo w cyklu składającym się z trzynastu rund było dla wielu ekspertów sporym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę warunki, w jakich startował Brytyjczyk. – To świetne uczucie! Nie spodziewałem się, iż osiągnę coś takiego w mojej karierze. Wiedziałem, iż stać mnie na dobry wynik w Argentynie, ale nie sądzę, by postrzegano mnie jako potencjalnego zwycięzcę, zwłaszcza na pożyczonym sprzęcie. Bycie na szczycie po trzynastu rundach – pokazując przy tym regularność – jest bardzo miłe – powiedział nowy mistrz Argentyny.
Żużel. Janowski mówi o pracy z „PePe”, oponach i przyszłości w Sparcie (WYWIAD) – PoBandzie – Portal Sportowy
Żużel. Cegielski wprost o złej decyzji władz! „Potrzeba żołnierzy, a nie tylko oficerów” – PoBandzie – Portal Sportowy
Przed finałową rundą sytuacja w klasyfikacji generalnej wymagała od Kempa pełnego opanowania i wiary w odrobienie strat do lidera. – Strata, którą miałem była dokładnie taka sama, jaką on miał do mnie w poprzedniej rundzie. Skoro on był w stanie to odrobić i wyjść na czteropunktowe prowadzenie przed finałem, wiedziałem, iż wszystko jest możliwe. Przystępowanie do zawodów z czterema „oczkami” straty zdecydowanie zdjęło presję ze mnie i przeniosło ją na „Facu” – zwłaszcza przed jego własną publicznością. Idąc na zawody, w ogóle nie czułem nerwów. Wiedziałem, iż to mój ostatni występ w Argentynie. Chciałem się po prostu cieszyć jazdą. Myślałem sobie: jeżeli wygram, to wygram, jeżeli nie – to trudno. Nie zamierzałem pozwolić, by wynik popsuł mi ten niesamowity czas i doświadczenie, które zdobyłem przez dziesięć tygodni pobytu tutaj. Byłem bardzo spokojny – ocenił zawodnik Lokomotivu.
Przed finałową rundą sytuacja w klasyfikacji generalnej wymagała od Kempa pełnego opanowania i wiary w odrobienie strat do lidera. – Strata, którą miałem była dokładnie taka sama, jaką on miał do mnie w poprzedniej rundzie. Skoro on był w stanie to odrobić i wyjść na czteropunktowe prowadzenie przed finałem, wiedziałem, iż wszystko jest możliwe. Przystępowanie do zawodów z czterema „oczkami” straty zdecydowanie zdjęło presję ze mnie i przeniosło ją na „Facu” – zwłaszcza przed jego własną publicznością. Idąc na zawody, w ogóle nie czułem nerwów. Wiedziałem, iż to mój ostatni występ w Argentynie. Chciałem się po prostu cieszyć jazdą. Myślałem sobie: jeżeli wygram, to wygram, jeżeli nie – to trudno. Nie zamierzałem pozwolić, by wynik popsuł mi ten niesamowity czas i doświadczenie, które zdobyłem przez dziesięć tygodni pobytu tutaj. Byłem bardzo spokojny – ocenił zawodnik Lokomotivu.
Żużel. Vaculik nie chce wracać do Grand Prix? Padły ważne słowa! – PoBandzie – Portal Sportowy
Żużel. Juniorzy też będą siłą Pres Toruń? Baron pod wrażeniem! – PoBandzie – Portal Sportowy
O wygranej Brytyjczyka przesądził ostatni turniej, w którym napięcie sięgnęło zenitu już na etapie biegów premiowanych awansem do decydującej rozgrywki. – Najbardziej stresującym wyścigiem był półfinał. „Facu” (Facundo Albin – dop. aut.) nie zakwalifikował się do finału, więc dopiero wtedy poczułem presję – musiałem wejść do finału, by zachować szansę na tytuł. Duża część ciężaru spadła mi z barków, gdy wygrałem półfinał. Do samego finału podchodziłem już całkiem zrelaksowany. Czułem, iż mogę zwyciężyć w tym wyścigu – wygrałem wcześniej cztery finały w całym turnieju i wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Wybierałem pole jako ostatni i zostało mi pole czwarte. Pasowało mi to, nie musiałem podejmować decyzji. Czasami, gdy masz do wyboru cztery pola, można łatwo przekombinowywać, a tak po prostu musiałem poradzić sobie z tym, co dostałem. Wiedziałem, co robić z zewnętrznego pola – jeżeli dobrze wystartuję i wyjdę na zewnętrzną jako pierwszy lub drugi, będę miał moc, by napędzić się na wyjściu z drugiego łuku. Finał poszedł gładko, był mniej nerwowy niż półfinał. To było niesamowite uczucie, gdy minąłem linię mety – stwierdził Anglik.
Mistrzostwa Europy Par juniorów, GdańskArgentyńska rzeczywistość: poziom sportowy i najgroźniejsi rywale
Konfrontacja z lokalnymi zawodnikami gwałtownie zweryfikowała wyobrażenia o łatwych punktach na drugim końcu świata. – Byłem mile zaskoczony poziomem argentyńskich żużlowców. Nie sądziłem, iż będzie łatwo – żużel nigdy taki nie jest – ale myślałem, iż może być łatwiej niż było w rzeczywistości. Już po pierwszej rundzie zdałem sobie sprawę, iż to nie będzie „spacer” i konkurencja jest mocna. Potem, gdy dołączyli Paco Castagna i Fernando „Coty” Garcia, zrobiło się dziesięć razy trudniej – półfinały z nimi w stawce zdecydowanie stały na wyższym poziomie! Było prawdopodobnie pięciu lub sześciu zawodników, którzy bez problemu mogli wygrać rundę. Ogólnie poziom był dobry – zauważył 24-latek.
W twardej walce o każdy metr toru jeden z lokalnych zawodników szczególnie zapadł Kempowi w pamięć jako wymagający przeciwnik. – Paco Castagna to dobry zawodnik, ale oczywiście wiem, jak dobrze jeździ z naszych wspólnych startów w Wielkiej Brytanii i doskonale wiedziałem, czego mogę się po nim spodziewać. Dlatego powiedziałbym, iż najtrudniejszym rywalem był dla mnie Cristian Zubillaga. Cristian był dobry – szczególnie na dziurawych, trudnych torach. Był szybki, potrafił wystrzelić spod taśmy. Poza tym miał dobry sprzęt i był agresywny. Jeździł fair, ale twardo i trudno było się z nim ścigać. Był podobny do mnie w tym sensie, iż wchodził niemal do każdego finału, ale rozkręcał się powoli. W pierwszych rundach się nie wyróżniał, ale ostatecznie zbliżył się do mnie na pięć punktów. Był „czarnym koniem” i wymagającym przeciwnikiem. Myślę, iż poradziłby sobie całkiem dobrze w Europie – powiedział reprezentant Wysp Brytyjskich.
Logistyka i życie w słońcu
Decyzja o spędzeniu zimy w Ameryce Południowej nie była spontanicznym pomysłem, ale przemyślanym krokiem w rozwoju sportowym. – Tak naprawdę chodziło o doświadczenie i możliwość kontynuowania jazdy podczas zimy. Normalnie miałbym około czterech miesięcy przerwy od motocykla, więc była to okazja, by utrzymać formę i gotowość do ścigania na sezon 2026 w domu. Rozmawialiśmy o tym już kilka lat temu, ale wtedy nie czułem się jeszcze gotowy na tym etapie kariery. Kiedy jednak w zeszłym roku dostałem zaproszenie od organizatorów, pojawiło się ono we właściwym momencie i wszystko zorganizowaliśmy – stwierdził Anglik.
Zderzenie z upalnym klimatem i inną strefą czasową przebiegło nadzwyczaj sprawnie, co pozwoliło na szybką koncentrację na sporcie. – Tam było lato, więc było mi łatwo! Nienawidzę brytyjskiej zimy i zimna, dlatego wspaniale było udać się w stronę słońca. Cieszyłem się tym od pierwszej minuty, wszystko było bardzo swobodne i po prostu przyjąłem to tak, jak było. Bardzo łatwo przystosowałem się do ich stylu życia. Argentyna jest tylko trzy godziny do tyłu względem nas, więc nie miałem choćby problemów z jet-lagiem – ocenił Brytyjczyk.
Przygotowania do tak dalekiej wyprawy okazały się mniej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać z perspektywy europejskich standardów transportu sprzętu. – Okazało się to wszystko proste. Nie zabierałem własnych motocykli, a jedynie spakowałem tylko kilka toreb z ubraniami i sprzętem do jazdy (kask, kombinezon itp.). Wziąłem tylko kilka tarcz sprzęgłowych i parę łańcuchów – to adekwatnie wszystko. Loty również zostały dla mnie zorganizowane, więc w zasadzie po prostu się poleciałem! – wyjaśnił zawodnik.
Kwestie techniczne i serwisowanie motocykli na miejscu wymagały oparcia się na lokalnej społeczności żużlowej. – Nie miałem czasu w zwiedzanie i przesadni relaks. Oczywiście byłem w środowisku żużlowym, więc mogłem dostać tarcze sprzęgłowe i inne rzeczy na miejscu. Wszyscy byli bardzo pomocni – jeżeli czegoś potrzebowałem, ktoś to miał lub mógł załatwić. Silnik serwisował mi Luis Vallejos – przygotował go tuż przed finałowymi zawodami i był w najlepszym możliwym stanie – przyznał 24-letni zawodnik.
Specyfika argentyńskich torów zmusiła Kempa do szybkiej adaptacji i zrozumienia lokalnych nawierzchni. – Tory żużlowe są w zasadzie wszędzie takie same, różnią się tylko nawierzchnią. Bahia Blanca była najbardziej zbliżona do stylu europejskiego. Pozostałe tory też były dobre – wszystkie były duże, dość wąskie i wymagające technicznie. Nie zawsze chodziło tylko o moc silnika, ale to były fajne tory, podobały mi się – wyznał Anglik.
Wybór miejsca zamieszkania i codzienne relacje z otoczeniem miały najważniejszy wpływ na komfort psychiczny podczas długiego pobytu. – Mieszkałem w Bahia Blanca, około piętnastu minut od toru, więc na większość zawodów miałem blisko. Inne tory były oddalone dwie – pięć godzin drogi, ale transport był dla mnie zorganizowany. Musiałem być gotowy, gdy odbierano mnie razem z motocyklami. Mieszkałem u rodziny Bonjour w Bahia Blanca, a ich syn Luciano był w moim wieku i dobrze mówił po angielsku. Luciano też jeździ na żużlu, więc mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów. Dzięki temu miałem od razu kumpla i mechanika w jednym, więc nie mogło to wyjść lepiej – powiedział Kemp.
TreningIntegracja z lokalnym środowiskiem okazała się jednym z najjaśniejszych punktów całej wyprawy. – Zawsze byłem otoczony ludźmi i ani przez chwilę nie czułem się, jakbym był tam sam. Miałem Luciano, a jego przyjaciele gwałtownie stali się moimi przyjaciółmi. To było świetne doświadczenie, każdy, kogo spotkałem, był bardzo przyjazny. Nie mogłem wymarzyć sobie lepszego czasu – stwierdził żużlowiec.
Pobyt w kraju słynącym z doskonałej wołowiny był wyzwaniem dla zawodnika, który stosuje dietę wegetariańską. – Okazało się to łatwiejsze niż myślałem! Myślę, iż wegetarianizm staje się popularny wszędzie, więc nie miałem problemu z jedzeniem tak samo dobrym, o ile nie lepszym, niż w Wielkiej Brytanii – ocenił Anglik.
Bariera językowa, mimo dominacji hiszpańskiego, nie była problemem. – Nie było tak źle, dawałem sobie radę. Oczywiście jest wielu ludzi, którzy nie mówią po angielsku, ale niektórzy z moich bliskich znajomych potrafili. Zacząłem łapać kilka słów i rozumiałem część rozmów, więc nigdy nie był to poważny problem – wyjaśnił zawodnik.
Wsparcie w parku maszyn okazało się fundamentem, na którym Drew Kemp mógł budować swoją formę wyścigową. – Luciano Bonjour, u którego mieszkałem, był moim mechanikiem, ale było też mnóstwo innych osób, które chciały pomóc. To był naprawdę miły aspekt – nieważne, czy chodziło o nalanie paliwa, czy umycie motocykla, zawsze znalazł się ktoś chętny do pomocy – zauważył Brytyjczyk.
Argentyńczycy śledzą losy poprzedniego mistrza, Daniela Kaczmarku, który po powrocie do Polski doznał poważnego uraz kręgosłupa. – Rozmawiałem z miejscowymi o Danielu, ponieważ wygrał w zeszłym roku. Pytali głównie o to, jak przygotowywał się do mistrzostw, czy miał swój sprzęt i tym podobne rzeczy. Myślę, iż wszyscy byli doskonale świadomi jego sytuacji – wyznał zawodnik.
Zderzenie argentyńskich standardów technicznych z europejskimi nie przyniosło Brytyjczykowi wielkiego szoku kulturowego. – Nawierzchnia jest inna, ale poza tym nie ma wielkiej różnicy – stwierdził krótko Kemp.
Sama organizacja turniejów różniła się jednak znacząco od rytmu pracy, do jakiego przyzwyczajone są europejskie ekipy. – Wszędzie robi się to nieco inaczej, ale format jest w zasadzie ten sam. Zawody były jak maraton z mnóstwem różnych klas – 50cc, 200cc i klasa 500B. zwykle zaczynały się o dziewiętnastej godzinie, a ostatni wyścig, czyli nasz finał, odbywał się między północą a pierwszą w nocy. Raz zdarzyło się, iż skończyliśmy dopiero o drugiej trzydzieści nad ranem! Taka jest jednak ogólna kultura w Argentynie – życie toczy się tam długo w nocy! – wyznał Anglik.
Relacje z kibicami ewoluowały wraz z przebiegiem walki o mistrzostwo i wzrostem temperatury rywalizacji z lokalnym faworytem. – Na początku myślę, iż podobała im się nowość, jaką był brytyjski zawodnik w mistrzostwach i zostałem bardzo dobrze przyjęty. Ale pod koniec, kiedy doszło do decydującej walki o tytuł między mną a „Facu”, kibicowali mi już mniej. Frekwencja była dobra – około tysiąc pięćset osób na większości zawodów, a na finałowej rundzie choćby dwa tysiące. Dzieci stały w kolejkach po autografy i zdjęcia. To były świetne imprezy, wszystko było na plus – powiedział Brytyjczyk.
Problem nadmiaru trofeów po zakończeniu cyklu wymusił na zawodniku gest, który zacieśnił jego więzi z gospodarzami. – Nie miałem wolnego miejsca w bagażach. Nie brałem tego pod uwagę przed wyjazdem, dlatego tak naprawdę nie przywiozłem żadnego z pucharów do domu! Zostawiłem je wszystkie u rodziny Bonjour, u której mieszkałem. Cieszyli się, iż mogą je mieć, a ja wiem, iż będą pod dobrą opieką. To w pewnym sensie podziękowanie dla nich za ich gościnność, za to, jak przyjęli mnie do swojego domu i za wszystko, co dla mnie zrobili przez te dziesięć tygodni. Nie mogę się doczekać, kiedy znów ich zobaczę, gdy tam wrócę – stwierdził 24-latek.
Intensywność startów pozostawiła jednak kilka miejsca na typowo turystyczne aktywności poza żużlowym owalem. – interesujące było zobaczenie ich stylu życia i tego, co robią, ale tak naprawdę nie miałem zbyt wiele czasu w zwiedzenie. Może jeżeli pojadę tam ponownie, spróbuję wygospodarować na to czas. Byłem kilka razy na plaży, ale nic poza tym – przyznał Kemp.
Dni wolne od startów nie oznaczały dla Brytyjczyka odpoczynku, ale żmudną pracę w warsztacie. – Kiedy się nie ścigałem, siedziałem przy sprzęcie. Myłem motocykl i przygotowywałem się do następnych zawodów. Zwłaszcza pod koniec cyklu, kiedy mieliśmy dwa turnieje w tygodniu. Zawsze byłem zajęty. Czasem wychodziłem na kawę i spotykałem ludzi, których znałem z zawodów, ale poza tym kilka widziałem poza samą Bahia Blanca – stwierdził zawodnik.
Zwycięstwo i klimat Argentyny sprawiły, iż Drew Kemp już teraz myśli o kolejnej zimowej wyprawie. – Muszę wrócić jako mistrz, by bronić tytułu! Lubię być numerem jeden, więc nie sądzę, bym mógł to tak zostawić. Mam tam teraz przyjaciół, więc nie ma wątpliwości, iż wrócę. Wspaniale jest móc ścigać się poza Europą podczas brytyjskiej zimy i chciałbym to robić co roku – czy to w Argentynie, czy gdzieś indziej – zadeklarował Mistrz Argentyny.
Cele na sezon 2026
Po powrocie do Europy priorytety zawodnika skupiają się na ugruntowaniu pozycji w najważniejszych ligach świata. – Chcę przeć do przodu. W zeszłym roku ugruntowałem swoją pozycję na poziomie Championship, a w tym roku bardzo nastawiam się na skuteczną jazdę w Premiership. Z każdym rokiem robię postępy w Anglii i jeżeli uda mi się to kontynuować w tym sezonie, będę mógł pokazać, na co mnie stać i w pełni wykorzystać swój potencjał. W Polsce to mój ostatni rok jako zawodnika U24, więc naprawdę muszę sprawić, by to wypaliło w barwach Lokomotivu Daugavpils i otworzyć sobie ścieżkę w polskich ligach, którą będę mógł podążać przez resztę kariery – ocenił Drew Kemp.
Jak na razie Drew Kemp nie zdołał przekonać polskich działaczy do tego, by postawili na niego. – Myślę, iż pojechałem do Polski zbyt wcześnie. Miałem tylko osiemnaście lat, gdy podpisałem kontrakt z Wybrzeżem Gdańsk na drugim poziomie rozgrywkowym i patrząc wstecz – nie miałem wtedy żadnych szans na regularne starty. W Anglii jesteś częścią siedmioosobowego składu i masz gwarancję startu co tydzień, ale w Polsce tak to nie wygląda. Miałem dobry rok w Rawiczu w 2023 roku, ale niestety ze względu na problemy klubu nie zostałem tam na drugi sezon. Myślałem, iż zrobiłem wystarczająco dużo, by zainteresować zespoły z Metalkas 2. Ekstraligi na rok 2024, ale chciał mnie tylko Orzeł Łódź. Tam jednak nie było gwarancji miejsca w składzie – jeden bieg może zdecydować, czy jedziesz przez resztę roku, czy jesteś tylko nazwiskiem w szerokiej kadrze. Próbowałem pójść drogą na skróty do polskiej ligi i to nie wyszło. Mam nadzieję, iż uda mi się przenieść pewność siebie zdobytą w ciągu ostatnich dziesięciu tygodni na tor i wykorzystać szansę w Lokomotiv Daugavpils w 2026 roku – podsumował nowy zawodnik Lokomotivu.
Tomasz Rosochacki

2 tygodni temu


![FOTO: KJS BGM SPORT 2026 [14]](https://rallypl.com/wp-content/uploads/2026/04/0076.jpg)












