Reprezentacja Polski budzi się w innej rzeczywistości. To może jej wyjść na dobre

2 godzin temu
Ciągła rywalizacja z kontynentalnymi potęgami w Lidze Narodów była atrakcyjna marketingowo, ale reprezentację Polski wpędzała w kolejne kryzysy. Częstsza gra z rywalami równymi sobie to szansa, by wreszcie coś zbudować. Nie trzeba wcale cudów, by drużyna narodowa znów zaczęła Polakom przynosić radość.
Liga Narodów zawsze pojawia się z zaskoczenia. Jest w kalendarzu piłkarskim na tyle nowa, iż jej istnienie nie ugruntowało się jeszcze tak, jak cykliczność mistrzostw świata i Europy. Rozgrywa się ją na tyle rzadko, iż łatwo o niej zapomnieć na długie miesiące. A przez to trudniej o ciąg przyczynowo-skutkowy. Niby wiadomo, iż Michał Probierz awansował na mistrzostwa Europy, bo Czesław Michniewicz półtora roku wcześniej ograł w Cardiff Walię w Lidze Narodów, zapewniając Polsce miejsce w barażach niezależnie od wyników eliminacji, ale od tego czasu wydarzyło się wokół kadry tak dużo, iż związek z tymi wydarzeniami stawał się trudno uchwytny. Konsekwencje tego, iż za czasów Probierza kadra straciła gola w ostatniej minucie meczu ze Szkocją, też są mocno odroczone. Nie tylko nie doczekał ich na stanowisku sam Probierz, niewykluczone, iż nie zrobi tego też jego następca. Przecież kontrakt Jana Urbana obowiązuje na razie tylko do marca.

REKLAMA







Zobacz wideo Jesteśmy gotowi na baraże? Kosecki: Patrząc na formę piłkarzy to może sześciu zawodników moglibyśmy wystawić...



Do baraży "jakby miało nie być jutra"
Dlatego czwartkowe losowanie grup kolejnej edycji Ligi Narodów także przyszło znienacka. Polska, niebędąca aktualnie pewna, iż zagra w rozpoczynających się raptem za cztery miesiące mistrzostwach świata, ze zrozumiałych względów traktuje na razie marcowe baraże o mundial jako moment ostateczny. Do rywalizacji z Albanią, a później ewentualnie Szwecją albo Ukrainą, przystąpi, jakby miało nie być jutra. jeżeli przebrnie przez to gęste sito, zacznie się przygotowywać do mistrzostw świata, w których los skojarzył ją z Holandią, Japonią i Tunezją. To, co po amerykańskim turnieju, zdaje się leżeć za siódmą górą i rzeką. Choć przecież to perspektywa ledwie siedmiu miesięcy. jeżeli któryś z reprezentantów zerwałby dziś więzadła krzyżowe, nie zagra w rozlosowanych w tym tygodniu meczach. A to oznacza, iż są bliżej, niż się wydaje.
Marketingowa niższa półka
Pierwsze wrażenie po wylosowaniu przez Polskę Szwecji, Rumunii oraz Bośni i Hercegowiny przypomina, iż spadek z dywizji A, który zgotował polskiej piłce Michał Probierz, faktycznie oznacza obudzenie się w innej rzeczywistości. Dotąd Liga Narodów była dla reprezentacji Polski okazją do częstego mierzenia się z przeciwnikami z najwyższej półki. Wpadaliśmy w niej na Portugalczyków, Holendrów, Włochów, Belgów czy Chorwatów. Owszem, raz na jakiś czas trafił się też mecz z Walią, Szkocją czy Bośnią i Hercegowiną, ale jednak zdecydowana większość spotkań toczyła się przeciwko rywalom wagi ciężkiej. PZPN mógł zacierać ręce na kolejne hity, które zapełniały stadiony bez wielkich akcji promocyjnych. Kadra była zawsze w centrum wydarzeń.
jeżeli jednak odciąć marketingową otoczkę i finanse federacji, spadek o szczebel nie musi się okazać dla polskiej piłki wyłącznie destrukcyjny. Oczywiście, w sporcie niezbędne do rozwoju jest mierzenie się co jakiś czas z najlepszymi, które pozwala przyzwyczaić się do ich obecności, zauważyć swoje słabości, porównać, w czym górują, a czasem odkryć, iż przepaść wcale nie jest taka wielka. Chodzi jednak o to, by odbywało się to właśnie "co jakiś czas". Niekoniecznie co mecz, bo wtedy osiąga się odwrotny efekt.
Brzęczek wymieciony przez Ligę Narodów
Być może to zbieg okoliczności, ale nie sposób nie zauważyć, iż ostatnie wyjątkowo chaotyczne lata polskiej kadry przypadały akurat na czas, w którym UEFA powołała do życia Ligę Narodów. Adam Nawałka, ostatni selekcjoner, który przetrwał na stanowisku ponad 1000 dni, był jednocześnie ostatnim funkcjonującym w systemie bez Ligi Narodów. Jerzemu Brzęczkowi przypadły aż dwie edycje, co bezpośrednio wpłynęło na to, iż nie poprowadził drużyny na żadnym wielkim turnieju. Z pierwszej, już na dzień dobry, wyszedł poraniony, bo spadł z pierwszej dywizji, przegrywając z Włochami i Portugalczykami. Druga, gdy w wyniku zmian regulaminowych okazało się, iż jednak nie spadł i znów rywalizował z najlepszymi – tym razem z Włochami i Holendrami – kosztowała go posadę. Choć w tym czasie zaliczył niemal perfekcyjne eliminacje do mistrzostw Europy. Gdyby w pozostałych meczach, zamiast bić się o punkty z kontynentalnymi potęgami, grał, jak Nawałka, nieznaczące sparingi, nikt by go przed mistrzostwami Europy nie wygonił. choćby gdyby napisał dokładnie taką samą książkę, jaką napisał.



Paulo Sousę konieczność gry w Lidze Narodów ominęła. Być może dzięki temu przez niektórych jego czas jest oceniany mimo wszystko pozytywnie. Przeszedł bowiem przez grupę eliminacyjną do mundialu, zagrał kilka meczów towarzyskich przed Euro. Ogólnie korzystne wrażenie pozwoliło mu choćby przetrwać na stanowisku nieudany turniej, czego doświadcza niewielu.
Czesław Michniewicz, który przyszedł po nim, miesiąc miodowy, na jaki zapracował ograniem Szwecji w barażach, zakończył jeszcze przed mundialem, bo przyszła nieszczęsna Liga Narodów.


Polska najsilniejsza na papierze
Za jego czasów udało się uniknąć katastrofy, jakiej doświadczył później Probierz, ale jednak 1:6 w Belgii czy domowe porażki z Belgami i Holendrami, poniesione w fatalnym stylu, podniosły pierwsze głosy krytyki, które po mundialu w Katarze uderzyły ze zdwojoną siłą. Jeszcze mocniej ten efekt było widać u Probierza, pozytywnie ocenianego po awansie na Euro. A po przegranym turnieju wciąż chwalonego za eleganckie garnitury. Wystarczyła jednak jesień z Ligą Narodów, lania od Portugalii, porażka ze Szkocją i jego czasy zaczęły dobiegać końca, jeszcze zanim na dobre rozpoczął pierwsze pełne turniejowe eliminacje.
Selekcjoner, który poprowadzi Polskę we wrześniu, ma szansę tego uniknąć. Według rankingu Elo będzie trenował najwyżej sklasyfikowaną drużynę w grupie. Szwedzi są w nim aktualnie szesnaście, Rumuni dwadzieścia, a Bośniacy 33 pozycje za Polską. choćby jeżeli ktoś nie w pełni ufa rankingom i dostrzega, iż sąsiedzi z północy mają znacznie lepszych piłkarzy, niż wskazują ich ostatnie wyniki, z pewnością nie będzie w tym gronie drużyny poza zasięgiem Polaków. Z którą remis należałoby traktować jak sukces, a ewentualne zwycięstwo jak cud. To będą normalne piłkarskie mecze drużyn ze zbliżonego poziomu, które można wygrać, przegrać lub zremisować, zależnie od dyspozycji dnia.



Trudność gry z najlepszymi
Trenerowi kadry narodowej też da to inne możliwości. Liga Narodów jest oczywiście ważna, bo pozwala uratować nieudane eliminacje do wielkiego turnieju albo wpływa na rozstawienia przy losowaniach, ale jednocześnie wciąż jest w reprezentacyjnej piłce trzeciorzędna wobec mistrzostw świata i Europy. Dopóki złe wyniki w Lidze Narodów nie wpływają na niepowodzenia w mundialach i Euro, dopóty świat się nie zawali. Do pewnego stopnia więc trenerzy mogą je traktować jako poligon doświadczalny przed eliminacjami. Probierz wybierał w meczach Ligi Narodów pierwszego bramkarza albo testował ligowców, którzy wpadli mu w oko. Kiedy jednak wrzucało się Maxiego Oyedele po paru meczach w Legii Warszawa do składu na mecz z reprezentacją Portugalii, nie miało to żadnego szkoleniowego sensu. Być może sprawdzenie go na tle Rumunów czy Bośniaków powiedziałoby więcej na temat jego przydatności, zamiast tylko go spalić.
Oprócz spraw personalnych, granie w jednej lidze z drużynami de facto znacznie silniejszymi od siebie powodowało trudności ze zbudowaniem jakiegokolwiek stylu. Przeciwko Włochom, Holendrom czy Portugalczykom bardzo trudno oczekiwać, iż reprezentacja Polski przejmie piłkę, zepchnie rywali do głębokiej defensywy i przez większość meczu będzie dyktować warunki. A jednak później, w meczach eliminacyjnych, często są to realia, z którymi musi się mierzyć. Mając za sobą miesiące grania niemal wyłącznie z potęgami – Francją, Holandią, Portugalią, Chorwacją – kadra Probierza wyszła na boisko przeciwko Litwie, z którą musiała nagle prowadzić grę i nie wiedziała, co robić. Nie tylko dlatego, iż selekcjoner jej na to nie przygotował, ale też dlatego, iż zwyczajnie nie miała kiedy przećwiczyć tego rodzaju grania. Reprezentacja Polski często funkcjonowała w ostatnich latach między ekstremami. Grała albo z rywalami bardzo silnymi, albo bardzo słabymi, przez co rzadko zdarzały się jej mecze o punkty z kimś w miarę równorzędnym. Albo spędzała mecze w głębokiej defensywie, biegając przez większość czasu za piłką, albo bijąc głową w mur.


Rzetelna kadra Nawałki
Gra w drugiej dywizji Ligi Narodów, patrząc na same nazwy rywali, bardziej pasuje do aktualnego poziomu reprezentacji Polski. Trzeba równać do najlepszych, chcieć ich pokonywać, ale najlepiej robić to stopniowo. Wiedząc, iż tych średnich i słabszych potrafimy już ogrywać, wiemy, jak z nimi grać i przetestowaliśmy to w różnych okolicznościach. Kadrze Nawałki pamięta się boje z Niemcami i Portugalią, ale o jej rzeczywistej sile świadczyło to, iż potrafiła regularnie ogrywać drużyny z półki poniżej wagi ciężkiej. W eliminacjach zostawiała za sobą Szkocję, Irlandię, Rumunię czy Danię, na Euro 2016 ogrywała Ukrainę, Irlandię Północną czy Szwajcarię. To nie było porywanie się z motyką na słońce, tylko regularność w ogrywaniu drużyn w zasięgu. Kiedy w końcu jedna z nich (Dania) sprawiła nam lanie, była to zapowiedź gorszych czasów. Na przegranym mundialu kadra Nawałki nie rozbiła się wszak o światowe potęgi, ale o Senegal czy Kolumbię. Brzęczka wiele osób wspomina dziś z sentymentem nie dlatego, iż podobało im się, jak jego kadra grała z Włochami, ale dlatego, iż dwa razy wygrała z Austrią. Czyli rzetelnie zrobiła to, czego od niej oczekiwano.
Jesienią kadra Urbana zebrała sporo pochwał za zremisowanie dwóch meczów z Holandią, którą selekcjoner obiecał "walnąć" na mundialu. Byłoby oczywiście miło. Ale wystarczającym wyzwaniem reprezentacji Polski na 2026 rok jest pokazanie, iż wśród kadr drugorzędnych jest pierwszorzędna. Czyli skazana na starcia z równymi sobie, potrafi pokazać im miejsce w szeregu. Najpierw niech będą to Albańczycy, Szwedzi czy Ukraińcy w barażach, później Japończycy i Tunezyjczycy na mundialu, a wreszcie Rumuni, Bośniacy i Szwedzi w Lidze Narodów. Reprezentacja nie musi sprawiać wielkich sensacji, dokonywać epokowych rzeczy, sięgać po niemożliwe. Wystarczy tylko, iż wróci do regularnego ogrywania drużyn z drugiej dziesiątki kontynentalnego rankingu, a i tak zapewni kibicom świetny rok.
Idź do oryginalnego materiału