Polakowi zabrakło 0,16 sekundy do dwóch medali na IO. Thriller psychologiczny

2 godzin temu
- Być może to też była trochę nowa sytuacja dla zawodników. Dotąd nigdy nie byli faworytami na tak dużej imprezie. Damian jechał tuż po największym hicie zawodów. Jak by to wyglądało, gdyby miał szansę jechać z którymkolwiek z najmocniejszych rywali? Wierzę, iż zdobyłby brązowy medal - mówi nam Artur Waś, trener Damiana Żurka. Polskiego panczenistę spotkaliśmy, gdy żegnał się z włoskim torem.
Schodził z toru Milano Speed Skating Stadium po ostatnim treningu. Następnego dnia, w środę, miał samolot do Polski. Zatrzymał się przy wyjściu z tunelu prowadzącego na płytę toru. – Jak pożegnałeś się z torem, którego już nigdy nie zobaczysz? – spytałem Damiana Żurka. – Podziękowałem za czwarte miejsca. Złe emocje są już poza mną. To, co miało być wypłakane i wykrzyczane, zostało wypłakane i wykrzyczane – powiedział panczenista, który skończył poza podium w dwóch konkurencjach: na 1000 m i na 500 m.

REKLAMA





Thriller psychologiczny Damiana Żurka
Mimo iż ekipa łyżwiarzy szybkich zaklina, iż czwarte miejsca są wspaniałym wynikiem, to z rozmów wynika, iż czują się mocno rozczarowani brakiem medali. One nie tylko były na wyciągnięcie ręki – w przypadku Damiana o 0,07 i o 0,09 s - ale w pewnym sensie były także oczekiwane po kapitalnych startach przed igrzyskami. Żurek dwukrotnie pokonał wtedy Jordana Stolza na 500 m w Inzell, bijąc rekord toru.
Jednak w Mediolanie do Stolza zabrakło Żurkowi 1,13 s na 1000 m i 0,68 s na 500 m. Czyli dystansie, w którym fachowcy uważali, iż Polak może przełamać dominację Amerykanina. Stolz pobił jednak dwa rekordy olimpijskie, ścigając się w bezpośredniej walce z Holendrem Jenningiem de Boo.


Skąd taka duża różnica między Polakiem a Amerykaninem i Holendrem? Obiektywnie rzecz ujmując: komputerowe losowanie par startowych najlepszej grupy dwukrotnie wypluło z algorytmu pojedynek Stolz-de Boo i dwukrotnie wysłało Żurka na ściganie się bezpośrednio po nich. W przypadku 1000 m, w ostatnim wyścigu zawodów. W obu biegach ze słabszym zawodnikiem.
Przed wyścigami sprinterskimi Żurek siedział na bandzie tuż przed Stolzem i de Boo, oczekując na swój bieg. Dwa metry od startu i finiszu najgroźniejszych rywali, bijących na dodatek rekordy olimpijskie w harmidrze, jaki wywołały dwie największe grupy kibiców. Choć prawdopodobnie nigdy się do tego nie przyzna, to nie była komfortowa sytuacja z psychologicznego punktu widzenia.



Ale pozostają wątpliwości: dwaj inni najgroźniejsi rywale oprócz Amerykanina nie błyszczeli w Pucharze Świata, ale przyjechali do Mediolanu i potrafili mrugnięcie oka odjąć od swoich wcześniejszych wyników. – Na tym polegają igrzyska olimpijskie. Stawka jest inna. Zawodnicy trafiają dyspozycją po mało efektownym sezonie - mówi trener grupy sprinterów Artur Waś.
Trener Waś wyjaśnia czwarte miejsca
Waś, kilkukrotny olimpijczyk, w wolnym czasie – nie ma go wiele - jest producentem muzyki. Komponuje, wymyśla bity, składa je do kupy. Przywiózł do Mediolanu stalową walizkę, a w niej audiofilskie słuchawki, żeby słuchać jazzu, drum and bassu, może też odciąć się od olimpijskiego zgiełku. Umówiliśmy się w wiosce olimpijskiej. Jest to kilka budynków ukończonych za pięć dwunasta przed igrzyskami, położonych tuż obok kilkunastu torów wielkiej magistrali kolejowej wiodącej z Mediolanu na południe. Polacy śpią od bezpiecznej strony, ale reprezentacje od strony torów mogły czuć się w swoich pokojach jak na peronach Dworca Centralnego. Słuchawki trenera Wasia podbiły swoją wartość.
Niektórzy didżeje po igrzyskach w Soczi w 2014 r., domagali się od Wasia (wtedy panczenisty) bitów, które stworzył, żeby puszczać je w klubach, ale trenerowi nie udało się stworzyć takich, które doprowadziłyby jego panczenistów do energii wystarczającej na olimpijski medal w Mediolanie.


- Gdyby dane mi było od nowa przygotowywać grupę do igrzysk, nie zmieniłbym niczego – mówił jednak trener Waś. – Przed igrzyskami mieliśmy powtarzalną formę, powtarzalne dobre wyniki. Tak było też i tutaj. Forma była na wysokim poziomie. Zawodnicy gotowi do rywalizacji. Porównujecie starty Damiana i Stolza w Inzell, ale Inzell to nie jest jedyny nasz dobry występ. A porównanie Stolza z Inzell i Mediolanu nie ma sensu: są to zawody zupełnie innej rangi i całkowicie nowe rozdanie kart.



- Być może to też była trochę nowa sytuacja dla zawodników – przyznaje trener Waś. - Dotąd nigdy nie byli faworytami na tak dużej imprezie. Damian jechał tuż po największym hicie zawodów. Jak by to wyglądało, gdyby Damian miał szansę jechać z którymkolwiek z najlepszych przeciwników? Wierzę, iż mógłby zdobyć brązowy medal. Zaważyły detale. W biegu na 500 czy 1000 metrów jest kilka elementów ważnych, które muszą być wykonane bardzo dobrze. najważniejsze są momenty, w których nabieramy prędkości, a potem te, w których prędkość się dobrze utrzymuje. Zakręty muszą być perfekcyjnie pokonane i naszym zawodnikom zdarzały się błędy. Damian sam przyznał, iż na 500 metrów nie mógł się ułożyć na pierwszym wirażu, mimo iż to otwarcie było dobre. Kaja do zejścia z drugiego wirażu jechała na medalowej pozycji. Chciała za bardzo finiszować w walce o medal. To jest naturalna emocja. Tylko iż trzeba zachować się w odwrotny sposób. Trzeba utrzymać pozycję, utrzymać kierunek odbicia. Ta mała zmiana ją kosztowała. Umknęły setne sekundy i medale – mówił Waś.
- Grupa się rozwija. Damian cztery lata temu był klasyfikowany na początku drugiej dziesiątki - kończy trener Waś. - Teraz jest tuż za podium i ma jeden stopień do pokonania. Jestem dumny z tego, jak reprezentowali nasz kraj, jak walczyli na torze.
Być może brakuje w grupie kogoś takiego, kim stał się dla "długasów" Władimir Semirunnij (od razu zaznaczam, iż trener Waś się z tym nie zgadza, bo uważa, iż jego ludzie większej motywacji do roboty nie potrzebują, widział ich na co dzień i jest o tym przekonany). Czyli człowieka, który swoim wejściem do grupy wprowadziłby zmianę mentalną u zawodników. To, co dotąd wydawało im się niemożliwe na treningu, nie tylko stało się możliwe, ale choćby przynosi efekty. Władimirowi przyniosło srebrny medal i nie powiedział w Mediolanie ostatniego słowa.
Polscy sprinterzy w Mediolanie:
Kobiety:




Kaja Ziomek-Nogal. 500 m: 6. miejsce (37,39 s, +0,90 s straty do zwyciężczyni)
Natalia Czerwonka. 1000 m: 15. miejsce (1 min 16,09 s, +3,78 s).
Karolina Bosiek. 1000 m: 22. miejsce (1 min 16,88 s, +4,57 s)
Andżelika Wójcik. 500 m: 11. miejsce (37,91 s, +1,42 s)
Martyna Baran. 500 m: 17. miejsce (38,15 s, +1,66 s)

Mężczyźni:

Damian Żurek. 1000 m: 4. miejsce (1 min 07,41 s, +1,13 s). 500 m: 4. miejsce (34,35 s, +0,58 s)
Marek Kania. 1000 m: 23. miejsce (1 min 09,58 s, +3,30 s). 500 m: 8. miejsce (34,48 s, +0,71 s)
Piotr Michalski. 1000 m: 25. miejsce (1 min 10,02 s, +3,74 s). 500 m. 24. miejsce (35,10 s, +1,33 s)
Idź do oryginalnego materiału