Jeszcze niedawno taki scenariusz brzmiałby jak fantazja kibiców układana w trybie gry na konsoli. LeBron James, Giannis Antetokounmpo, James Harden i Donovan Mitchell oraz Jarrett Allen w jednej drużynie? To naprawdę może się wydarzyć. Nie traktujmy tego jako plotki, która jest wyssana z palca, abstrakcyjna i niemożliwa. W pewnym uniwersum, to naprawdę mogłoby się wydarzyć. Wytłumaczę dlaczego, ale też powiem czemu wcale nie dawałoby to gwarancji sukcesu.
Cavaliers zakończyli sezon w złym stylu. Niby poczynili postęp, zagrali w finale konferencji, ale jednak styl w jakim przegrali z Knicks pozostawił wiele do życzenia.
Właściciel klubu Dan Gilbert nie próbował lukrować sytuacji. Po odpadnięciu Cavaliers dał jasno do zrozumienia, iż klub nie jest tam, gdzie chce być. Zapowiedział bardzo aktywne lato i szukanie sposobu, by wejść na kolejny poziom. W NBA takie słowa właściciela rzadko są przypadkowe. Tym bardziej gdy dotyczą drużyny drogiej, ambitnej, pełnej znanych nazwisk, ale wciąż bez odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czy to jest skład zdolny wygrać mistrzostwo?
Cavs mają przed sobą dwie ścieżki. Pierwsza jest bezpieczna – zostawić główny trzon, przepracować lato, wejść w kolejny sezon z wiarą, iż zdrowie, chemia i doświadczenie zrobią swoje. To jest rozwiązanie, które w teorii da się obronić. Donovan Mitchell przez cały czas jest graczem klasy All-NBA. Evan Mobley wciąż ma ogromny potencjał. Jarrett Allen przez lata był jednym z najsolidniejszych centrów ligi, a James Harden, jeżeli zostanie, to da doświadczenie i kreatywność w ataku.
Tyle iż po serii z Knicks trudno przekonać kibiców, iż problemem był tylko brak szczęścia. Niektórzy choćby twierdzą, iż mniej negatywnych opinii pod adresem Cavs byłoby gdyby przegrali z Detroit Pistons po siedmiu meczach. Wszystko przez to jaką pełną dominację zaprezentowali New York Knicks. W najważniejszych momentach Cavs wyglądali jak zespół, który nie miał pomysłu na wyjście z impasu. Bez planu, bez reakcji na wydarzenia na boisku. Na ich obronę trudno jednak stwierdzić co by to miało być, jeżeli rywale ograniczyli poczynania Mitchella, spowolnili i obnażyli Hardena w defensywie, a do tego zamknęli strzelców i wygrywali walkę pod koszami. Cavs byli bezradni.
Drugim scenariuszem, który coraz częściej kibice i dziennikarze podejrzewają, iż się wydarzy jest pójście drogą agresywną. Nie zmianami kosmetycznymi, ale kolejną rewolucją w składzie. To nie będzie wymiana jednego rezerwowego na drugiego. To byłaby próba pozyskania największych nazwisk dostępnych na rynku. I dlatego w amerykańskich analizach pojawiły się nazwiska, które normalnie brzmiałyby jak clickbait, czyli Giannisa Antetokounmpo oraz LeBrona Jamesa.
Giannis odpowiedzią na problemy Cavs?
Najbardziej oczywistym argumentem przemawiającym za Giannisem jest fakt, iż Cavs potrzebują zawodnika grającego fizycznie, siłowo, który dobrze zbiera, walczy pod koszami, atakuje obręcz, ale też potrafi blokować – jest waleczny, nieustępliwy i gra z pełnym zaangażowaniem.
Giannis jest właśnie takim zawodnikiem. Nie jest może idealnym strzelcem i nie rozwiązuje każdego problemu, ale zdrowy jest wciąż niesamowicie wartościowym graczem.
W obecnej NBA bardzo łatwo jest się zakochać w rzutach za trzy i analityce, ale w play-offach trzeba się bić! Trzeba walczyć, a tego Cleveland zabrakło – charakteru i zadziorności. Cavs potrzebują zawodnika, który może zmienić temperaturę serii samą swoją obecnością, a Giannis jest właśnie takim graczem.
Dla Cleveland jego transfer byłby jednak czymś więcej niż kolejną wymianą. To byłby sygnał, iż idą na całość, iż właścicielowi skończyła się cierpliwość i przechodzi do działania.
Jeśli Cavaliers naprawdę mieliby „pójść” po Giannisa, to w zamian musieliby oddać Evana Mobleya i pewnie jakiś wybór w drafcie. Dla części kibiców w Cleveland mogłoby to być bolesne, bo Mobley miał być jednym z filarów ich przyszłości. Z drugiej strony NBA jest ligą, w której za graczy pokroju Giannisa trzeba zapłacić dużo.
Powrót LeBrona do domu?
Każda rozmowa o wielkim planie Cavs prędzej czy później prowadzi do LeBrona Jamesa. Legenda klubu i jeden z najlepszych koszykarzy w historii. To on dał Cleveland mistrzostwo w 2016 roku i był liderem jednego z najbardziej symbolicznych powrotów w historii sportu, kiedy to Cavs w finale wrócili z 1-3 i wygrali 4-3.
Dlatego samo zestawienie słów „LeBron” i „Cleveland” zawsze uruchamia wyobraźnię i emocje. Tym razem nie chodzi jednak wyłącznie o sentyment. Chodzi o pytanie, czy na tym etapie kariery LBJ może przez cały czas może być elementem mistrzowskiego projektu?
LeBron nie jest już zawodnikiem, który przez 82 mecze i cztery rundy play-offów samodzielnie przeprowadzi drużynę przez każdy kryzys. Ale jako drugi, trzeci lub choćby czwarty współlider? To wydaje się być możliwe.
Problem jest oczywiście finansowy. Żeby Cavs mogli realnie marzyć o sprowadzeniu LeBrona, to musiałby on zaakceptować znacznie mniejsze pieniądze niż te, które ostatnio zarabiał i które mogłyby mu teoretycznie zaoferować inne kluby. W analizach dziennikarzy ESPN taki scenariusz jest możliwy pod warunkiem zgody LeBrona na kontrakt minimalny lub „nieduży”, bo minimum weterana to byłoby 3,6 mln dolarów, ale w grę wchodziłyby też kontrakty o wartości 6 lub 15 milionów.
Tylko czy LeBron zgodziłby się na taką obniżkę, jeżeli z Lakers próbował wyciągnąć każdego możliwego dolara i nie zgodził się w ostatnich latach na niższą pensję, co sprawiło, iż trudno było Jeziorowcom zapewnić mu odpowiednie wsparcie. W poprzednim sezonie James otrzymał od Lakers 52,6 mln dolarów. Skąd więc pomysł, iż zgodziłby na taki zjazd pensji? A może zrobiłby to dla swojego ukochanego Cleveland?
Harden kluczem całej układanki?
W tym wszystkim nazwisko Jamesa Hardena może brzmieć mniej efektownie niż LeBron czy Giannis, ale jego sytuacja kontraktowa jest jednym z najważniejszych elementów tej układanki. jeżeli Harden miałby zostać w Cleveland, to sposób skonstruowania jego kolejnej umowy może zdecydować o tym czy Cavs będą mieli jakąkolwiek elastyczność finansową.
Nowe przepisy Salary Cap, zwłaszcza drugi próg podatkowy, radykalnie ograniczają najdroższe drużyny. Nie chodzi o karę finansową i podatek od luksusu. Zespół powyżej drugiego progu ma ograniczone możliwości wymian, mniejszą elastyczność przy łączeniu kontraktów i znacznie trudniejszą drogę do budowania składu wokół gwiazd.
Harden może być więc dla Cavs zarówno problemem, jak i rozwiązaniem. jeżeli jego kontrakt będzie zbyt wysoki, Cleveland może ugrzęznąć. jeżeli jednak strony znajdą konstrukcję korzystną dla zespołu, to Cavs mogą zejść poniżej kluczowych progów i odzyskać narzędzia potrzebne do większych ruchów. W praktyce oznacza to, iż przyszłość Hardena w Cleveland nie dotyczy tylko jego roli na boisku, ale całego planu transferowego.
Harden wciąż potrafi prowadzić atak, kreować przewagi i zdejmować część presji z Mitchella. Ale w play-offach jego ograniczenia są dobrze znane. jeżeli ma być jedną z czterech wielkich postaci w superdrużynie, jego rola musiałaby być precyzyjnie zdefiniowana. Trzeba go też będzie „ukryć” w obronie, bo seria z Knicks obnażyła jego możliwości defensywne.
Co na to Donovan Mitchell?
W całym zamieszaniu wokół LeBrona, Giannisa i Hardena łatwo zapomnieć, iż obecnym liderem Cavaliers pozostaje Donovan Mitchell. To on jest twarzą tego projektu. To wokół niego Cleveland budowało zespół w ostatnich latach.
Mitchell też ma przed sobą decyzje kontraktowe, które będą wpływać na kierunek w jakim pójdzie klub w kolejnych latach. jeżeli Cavaliers mają przekonać go, iż warto długoterminowo wiązać się z nimi, to muszą pokazać mu coś więcej niż dobre intencje. Muszą pokazać pomysł, plan i perspektywę.
Z perspektywy Mitchella agresywne lato może być argumentem za pozostaniem. Sprowadzenie Giannisa lub LeBrona, a tym bardziej ich obu, byłoby jasnym komunikatem, iż „gramy o mistrzostwo natychmiast”.
Jest też jednak druga strona medalu. jeżeli Cleveland będzie próbowało dużych ruchów i utknie w połowie drogi, to może skończyć z drogim, nieelastycznym składem bez wystarczającego wsparcia. Wtedy presja na Mitchella tylko wzrośnie.
Czy taki zespół miałby sens na boisku?
Na papierze wygląda to imponująco. LeBron, Giannis, Mitchell i Harden, a do tego Jarrett Allen! Takie nazwiska w jednym zespole, to skład, który kilka lat temu zamknąłby dyskusję o mistrzostwie jeszcze przed rozpoczęciem sezonu. Czas jednak mija bardzo szybko. LeBron skończy w grudniu 42 lata, a Harden w sierpniu 37. LBJ ma w nogach blisko 2000 meczów w NBA, a Harden ponad 1400. To bardzo dużo i najgorsze, iż widać to w ich grze. Dziś, żeby osiągnąć sukces w NBA, to trzeba bronić, a duet Harden-Mitchell na obwodzie był niemiłosiernie ogrywany przez nowojorczyków.
Poza tym NBA nie jest ligą samych nazwisk. Liczą się dopasowanie, zdrowie, rola, wsparcie zmienników i odporność na play-offowe batalie.
Taka piątka miałby też problem z rzutem z dystansu, bo zarówno Giannis, jak i Allen nie są graczami trafiającymi z dystansu. W dzisiejszej NBA można mieć na boisku jednego gracze, który nie rzuca za trzy. Dwóch, to już duży problem.
Największym problemem byłby oczywiście wiek i zdrowie. Koniec kariery LeBrona zbliża się wielkimi krokami, a Harden jeżeli zadba o zdrowie i formę, to może po wakacjach być w jeszcze gorszej dyspozycji, niż w play-offach.
Zebranie wielkich nazwisk u schyłku kariery nigdy nikomu nie zapewniło mistrzostwa. W tym przypadku trzeba jednak pamiętać, iż wciąż mieliby w składzie Mitchella i Allena, którzy są przed 30-stką, a Giannis skończy w tym roku 32 lata. W przypadku Greka największym znakiem zapytania jest jego zdrowie. W minionym sezonie opuścił ponad połowę meczów. Nie wiadomo więc czy taki zespół dotrwałby do wiosny w zdrowiu. O kwestiach związanych z podziałem ról na boisku i zgraniem nie będę tu już choćby wspominał.
Dlaczego to jednak nie jest zwykła plotka?
Taki scenariusz o grze LeBrona i Giannisa w Cleveland nie jest jednak niemożliwy. Nie jest wymysłem autora czy plotką przeczytaną w mediach społecznościowych. Chodzi o logiczne połączenie faktów, potrzeb poszczególnych klubów i możliwości finansowych.
Po pierwsze, Cavs sami na siebie nałożyli presję wyniku. Sam awans do finału konferencji im nie wystarczył, bo styl porażki z Knicks był bardzo bolesny. Po drugie, właściciel drużyny publicznie zapowiedział aktywne lato i brak zadowolenia z obecnego miejsca, w którym się Cavs znaleźli. Po trzecie, Giannis może być jednym z najważniejszych nazwisk rynku, a jeżeli Bucks uznają, iż Mobley może być częścią ich przyszłości, to mogą być taką wymianą zainteresowani. Po czwarte, LeBron znajduje się w momencie kariery, w którym każda decyzja może być ostatnią wielką decyzją, a poza tym chyba Lakers go już nie chcą… A po piąte, Cleveland ma emocjonalny argument dla LeBrona, którego nie ma nikt inny, czyli dom, historia i możliwość zamknięcia kariery tam, gdzie wszystko się zaczęło.
To też nie oznacza, iż oceniam ten scenariusz za bardzo prawdopodobny. Raczej za możliwy, albo jak ktoś woli nie niemożliwy. Wymagałby on jednak kompromisów finansowych, odważnych transferów, poświęcenia wyborów w drafcie i zgody wielu stron. Cavs musieliby też ostatecznie podjąć decyzję, czy są gotowi poświęcić część obecnej przyszłości dla bardzo krótkiego okna mistrzowskiego.
Trzeba też pamiętać, iż w NBA najciekawsze rzeczy dzieją się właśnie wtedy, gdy dobra drużyna dochodzi do ściany i dochodzi do wniosku, iż to co było dobre już im nie wystarcza.
Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim w swoich mediach społecznościowych i zostaw komentarz. Więcej moich artykułów znajdziesz tutaj.

4 godzin temu












