Wielkimi krokami zbliża się następna ekstraklasowa kolejka, w której nic nie zwiastuje nagłego przełomu w grze Widzewa czy Legii, które – mimo wszystko zaskakująco – okupują miejsca w strefie spadkowej. Oba zespoły miały już w tym sezonie trzech różnych trenerów, doświadczyły wielkiego zamieszania i tabela sugeruje, iż są w poważnych tarapatach. Cóż, taka skala zmian i odbijanie się od lewa do prawa w kolejnych pomysłach na poradzenie sobie z trudami sezonu mogą sprawić, iż skończy się to wszystko po prostu źle. Z paroma maleńkimi „ale”.
Na warsztat wziąłem dziesięć ostatnich sezonów Ekstraklasy, sprawdzając, jak radziły sobie w nich kluby, które panicznie ratowały się co najmniej dwiema zmianami trenerów. Dokładnie 26 przypadków, niektóre naprawdę ekstremalne – były powroty parę tygodni po odejściu, były przypadki czterech szkoleniowców w kilka miesięcy, był trener ściągnięty dopiero na ostatnią kolejkę. Były sukcesy, ale były też spadki z hukiem.
Widzew i Legia wolałyby więc pewnie pójść drogą… Legii. Ta potrafiła dwukrotnie zmienić trenera w jednym sezonie i zdobyć mistrzostwo Polski. Albo finiszować na drugiej lokacie. Taki scenariusz możemy jednak dziś wsadzić między bajki, choćby jeżeli matematyka dopuszcza jeszcze podobne cuda. Teraz bowiem toczy się walka o przetrwanie, w której obu tym zespołom bliżej do losów Stali Mielec z trenerem Djurdjeviciem czy Bruk-Betu z trenerem Latalem u steru.
Tak, dobrze pamiętacie ten sezon. Ten, w którym Michał Probierz podpisał kontrakt z klubem z Niecieczy i zaraz potem go rozwiązał.
To już nie są żarty. Spadek zagląda w oczy Legii, Widzewa i Pogoni
Trenerskie rewolucje. Jak się kończy motanie od ściany do ściany?
Jedno jest pewne – trzech trenerów w okresie to symbol degrengolady. Bez względu na końcowy, zbiorczy efekt ich pracy, nie możemy uznawać takiego stanu rzeczy za normalny. Wiadomo, czasem warto przyznać się do błędu i skorygować go możliwie najszybciej, ale… jeżeli popełniasz tym samym kolejny błąd, to trudno szukać w tym wszystkim rozsądku.
Wielokrotnie jest też tak, iż trenera nie bronią wyniki, bo ma zwyczajnie słaby zespół. On wówczas pada ofiarą słabej gry, a jego sukcesor – cóż – nie jest czarodziejem, który z ekipy papierowego spadkowicza ulepi cokolwiek godnego utrzymania. To nie tak dawny przypadek ŁKS-u, który był po prostu cieniutki jak barszcz. Z pustego nie nalejesz.
Drużyny, które w ostatnich dziesięciu sezonach co najmniej dwukrotnie zmieniały trenera w jednym sezonie i spadły z Ekstraklasy:
- 2024/2025
– Stal Mielec – Kiereś, Niedźwiedź, Djurdjević - 2023/2024
– Ruch Chorzów – Skrobacz, Woś, Niedźwiedź
– ŁKS Łódź – Moskal, Stokowiec, Matysiak - 2022/2023
– Lechia Gdańsk – T. Kaczmarek, M. Kaczmarek, Badia - 2021/2022
– Bruk-Bet Termalica Nieciecza – Lewandowski, Probierz, Latal - 2019/2020
– Korona Kielce – Lettieri, Smyła, Bartoszek
– Arka Gdynia – Zieliński, Rogić, Sobieraj, Mamrot - 2017/2018
– Bruk-Bet Termalica Nieciecza – Rumak, Bartoszek, Zieliński - 2015/2016
– Górnik Zabrze – Warzycha, Ojrzyński, Żurek - 2014/2015
– GKS Bełchatów – Kiereś, Zub, Kiereś (powrót)
Dziesięć takich przypadków, całkiem sporo. Choć bez „pomocy” trzeciego trenera wiele z tych zespołów pewnie i tak pożegnałoby się z ligą, to jednak zatrudnianie kolejnego szkoleniowca w odstępie kilku miesięcy jest dowodem paniki, która nagle zaczyna przejmować władzę w klubowych gabinetach.
Dosyć wyjątkowy jest w sumie przykład Arki Gdynia, która trafiła na sezon, w którym karty rozdawał… COVID. W październiku skończyła się wiara w projekt Jacka Zielińskiego i postawiono na prowadzącego wcześniej Levadię Tallin Aleksandara Rogicia. Serb na stanowisku wysiedział do wybuchu pandemii – zrezygnował w marcu, a w jego buty wszedł teoretycznie Krzysztof Sobieraj, który nie poprowadził zespołu w żadnym oficjalnym meczu. Po dwóch miesiącach zastąpił go Ireneusz Mamrot, trener nie będący raczej opcją przejściową. W jedenastu ostatnich kolejkach nie utrzymał jednak Arki w Ekstraklasie i zleciał z nią do I ligi, w której wytrzymał na stanowisku do 17. kolejki następnego sezonu.
Gdyby oddać się statystycznemu szaleństwu, można śmiało wysnuć tezę, iż bez względu na wszystko z ligi spada 38% drużyn zatrudniających w jednym sezonie co najmniej trzech trenerów (załóżmy na chwilę, iż Kamil Kiereś wystąpił dekadę temu w Bełchatowie w dwóch osobach). Całkiem spore te szanse na możliwą katastrofę Legii czy Widzewa, ale…

Legia i Widzew są dziś w podobnym położeniu
Legia marzeniem Legii. No i Widzewa też
Jest też jednak kilkanaście historii z ostatnich lat, w których główną rolę zagrały drużyny ostatecznie cieszące się z utrzymania. Ba! Są dwa przykłady finiszu na podium rozgrywek. Oba z Warszawy. Oba z Łazienkowskiej.
Drużyny, które w ostatnich dziesięciu sezonach co najmniej dwukrotnie zmieniały trenera w jednym sezonie i utrzymały się w Ekstraklasie:
- 2024/2025
– Zagłębie Lubin – 15. miejsce – Fornalik, Włodarski, Ojrzyński - 2023/2024
– Radomiak Radom – 15. miejsce – Galca, Kędziorek, Baltazar - 2021/2022
– Legia Warszawa – 10. miejsce – Michniewicz, Gołębiewski, Vuković - 2020/2021
– Wisła Kraków – 13. miejsce – Skowronek, Hyballa, Kmiecik
– Stal Mielec – 15. miejsce (spadał jeden zespół) – Skrzypczak, Ojrzyński, Gąsior - 2018/2019
– Legia Warszawa – 2. miejsce – Klafurić, Sa Pinto, Vuković
– Lech Poznań – 8. miejsce – Djurdjević, Nawałka, Żuraw
– Wisła Płock – 14. miejsce – Dźwigała, Vicuna, Ojrzyński - 2017/2018
– Legia Warszawa – 1. miejsce – Magiera, Jozak, Klafurić
– Lechia Gdańsk – 13. miejsce – Nowak, Owen, Stokowiec - 2016/2017
– Piast Gliwice – 10. miejsce – Latal, Necek, Latal, Wdowczyk - 2015/2016
– Lechia Gdańsk – 5. miejsce – Brzęczek, von Heesen, Nowak
– Wisła Kraków – 9. miejsce – Moskal, Pawłowski, Wdowczyk
– Śląsk Wrocław – 10. miejsce – Pawłowski, Szukiełowicz, Rumak - 2014/2015
– Lechia Gdańsk – 5. miejsce – Machado, Unton, Brzęczek
– Pogoń Szczecin – 8. miejsce – Wdowczyk, Kocian, Michniewicz
Sami przyznacie, iż przypomnienie sobie tych barwnych sezonów sprzed lat sprawia, iż w oku kręci się łezka. Nie interesują nas jednak sentymenty, a suche fakty – zespoły mające co najmniej trzech trenerów w okresie tylko cztery razy kończyły rozgrywki w czołowej piątce. Dwa razy była to Lechia, dwa razy Legia. Chyba tylko w tych całkiem już odległych wspomnieniach można upatrywać jakichkolwiek szans na warszawski cud, ale nie oszukujmy się – to był inny zespół. Mówimy wszak o Legii z Ligi Mistrzów, a nie ze strefy spadkowej Ekstraklasy.
To już było i nie wróci więcej.
Z kolei Lechia… cóż, ten klub od lat żyje swoim życiem. Przed sezonem patrzyliśmy na gdańszczan jak na głównych kandydatów do spadku. Startowali zresztą z pięcioma odjętymi punktami. A teraz? Teraz cmokamy w zachwytach nad maszyną Johna Carvera, zresztą nie bez powodów.
Z tymi którzy zatrudniali trzech trenerów w okresie było jednak ostatnio krucho. Zagłębie Lubin utrzymało się wielkim wysiłkiem woli, głównie Leszka Ojrzyńskiego. Radomiak dokonał czegoś niesamowitego i ściągnął nowego trenera, na jeden, ostatni mecz sezonu. Utrzymał się mimo porażki z Widzewem, dzięki temu, iż swój mecz w Białymstoku przegrała Warta Poznań. I to powinno martwić zarówno Widzew, jak i Legię. Zespoły, które trzeciego trenera dorobiły się już wtedy, gdy zdradzały poważne zainteresowanie walką o utrzymanie. I na razie wcale nie wyglądają o wiele lepiej.
Napięcie w Legii. Papszun apeluje o wsparcie kibiców

Trener Igor Jovićević jest ostatnio na cenzurowanym. Czy Widzew postanowi go zastąpić?
Dylemat widzewski. Zmieniać albo nie zmieniać, oto jest pytanie!
Skoro, jako się rzekło, zatrudnienie trzech trenerów w jednym sezonie jest mocnym dowodem degrengolady, to co należałoby powiedzieć o czterech trenerach w jednym sezonie? Odlot? Szaleństwo?
Jakby nie patrzeć, w ostatnich latach na taki ruch skusiła się tylko Arka Gdynia, z marnym zresztą skutkiem, ale i – znów zaznaczmy – przy wyjątkowych okolicznościach pandemii. Piast też trzy razy zmieniał trenera w okresie 2016/2017, ale ekipę z Gliwic dwukrotnie wówczas obejmował Radoslav Latal, który najpierw odszedł z klubu przez konflikt z prezesem Adamem Sarkowiczem – jeszcze przed pierwszą kolejką, ale już po meczu eliminacji Ligi Europy z IFK Goeteborg – a po dymisji włodarza uznał, iż jednak mógłby wrócić. Jego odpoczynek od drużyny z Okrzei trwał sześć tygodni.
W Widzewie trudno spodziewać się ewentualnego powrotu Zeljko Sopicia czy Patryka Czubaka. jeżeli więc Igor Jovićević straci zaufanie łódzkich gabinetów, zobaczymy przy Piłsudskiego kolejnego, czwartego już trenera, tak jak to było sześć lat temu w Gdyni. I wtedy trudno by się było spodziewać, iż łodzianie znów postawią na wariant rozwojowy, zagraniczny, nietypowy, zaskakujący, czy jeszcze jakiś inny, po prostu wymyślny. Bo jeżeli zmiana, to znaczy, iż potrzebny strażak. A jeżeli potrzebny strażak, to znaczy iż trzeba na gwałtownie kogoś, kto będzie dawał gwarancję prostej piłki i nie będzie się musiał aklimatyzować.
Kandydatów znajdzie się pewnie kilku, ale już sama decyzja o rozstaniu z trenerem Jovićeviciem będzie czymś spektakularnym. Na razie trzech trenerów, czterech pierwszych bramkarzy, ze dwudziestu nowych piłkarzy. A w perspektywie nie taki niemożliwy powrót do ekstrakasowej soli, czyli rozpaczliwej gry o punkty u steru z jakimś polskim specem. Z Czesławem Michniewiczem, Michałem Probierzem albo i choćby z Kamilem Kieresiem. Trenerami niezbyt nawykłymi do pokazywania fajerwerków. Ale akurat do wzięcia.
Jak jednak zespół zareaguje na kolejną koncepcję, teraz już może zupełnie odmienną od tego, nad czym pracował przez ostatnie miesiące? Cóż, to już problem włodarzy Widzewa, w dodatku bardzo poważny. Choć – na razie – czysto teoretyczny.
CZYTAJ WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:
- Transfer napastnika jako symbol rozkładu i beznadziei Legii
- Jacek Zieliński o decyzji Komisji Ligi: To absurd
- Mateusz Lis: Temat zimowego transferu do Widzewa był poważny [WYWIAD]
Fot. Newspix

3 godzin temu














