Tak Hansi Flick szkodzi Barcelonie. To ich pogrąża

2 godzin temu
Zawstydzająca porażka 0:4 z Atletico Madryt w pierwszym meczu półfinału Pucharu Króla jest efektem dogmatycznej taktyki Hansiego Flicka. Można mieć jednak poważne wątpliwości, czy niemiecki trener Barcelony zechce wyciągnąć z niej wnioski.
To było coś w rodzaju pocałunku śmierci, a może bardziej "pocałunku Almanzora" – czyli działania szkodliwego dla przeciwnika, dokonanego pod pozorem dobrych intencji. Przed pierwszym meczem półfinału Pucharu Króla na Estadio Metropolitano trener Atletico Diego Simeone pogratulował Hansiemu Flickowi i jego piłkarzom odwagi w podejmowaniu na boisku tak ryzykownej strategii.

REKLAMA







Zobacz wideo Kosecki mocno do Papszuna: Wiemy, iż jesteś szefem, ale idź i zobacz młodzież Legii



Barcelona patrzy na siebie
Chodziło oczywiście o linię defensywną klubu z Katalonii, ustawioną bardzo wysoko, często w okolicy środka boiska, i "grę w spalonego" z wybiegającymi na wolne pole napastnikami przeciwnika. Simeone miał oczywiście nadzieję, graniczącą z pewnością, iż tak właśnie zagra Barcelona w czwartek na Metropolitano. Inaczej być nie mogło. Od początku kadencji Flicka Barcelona zawsze próbuje grać tak samo. – Patrzymy na siebie, a nie na przeciwnika – mówi Niemiec, co wpisuje się w tradycję klubu z Katalonii.
Co było zaskakujące dla przeciwników Barcelony w ubiegłym sezonie, teraz już być przestaje. Coraz częściej zespół z Katalonii płaci wysoką cenę za grę tak ryzykowną. Zwłaszcza iż linia defensywna została osłabiona latem, po odejściu jej lidera Inigo Martineza.
Barcelona ma w kadrze tyle indywidualnej jakości, by mimo wszystko wygrywać zdecydowaną większość meczów La Lidze. choćby najgorsze kiksy w defensywie, potrafią odrabiać gracze ofensywni. Trudniej jest, gdy zespół Flicka mierzy się z rywalem o podobnym potencjale i znaczne lepiej zorganizowanym w tyłach. Wtedy stracone bramki odrabia się znacznie trudniej. Tak było jesienią w spotkaniu z Chelsea na Stamford Bridge w Lidze Mistrzów (0:3) i w czwartek na Metropolitano przeciw Atletico (0:4).


Barcelona nie musiała być ustawiona tak bardzo wysoko w pierwszym meczu półfinału Pucharu Króla. To Atletico chciało wypracować sobie przewagę przed rewanżem na Camp Nou. Zespół Simeone uwielbia jednak grać z kontrataku, w ataku pozycyjnym się męczy, więc czwartkowa taktyka Barcelony była dla niego idealna. Oczywiście zespół Flicka radził sobie w poprzednich meczach z Atletico, tym razem jednak grał bez kontuzjowanych Pedriego i Raphinhy - dwóch najważniejszych piłkarzy drużyny, znakomitych w wysokim pressingu, którzy zapewniają jej równowagę między atakiem i obroną.



Na fatalnej nawierzchni murawy Metropolitano osłabiona drużyna Flicka chciała grać tak, jakby była w szczycie możliwości i formy. Na domiar złego bramkarz Joan Garcia popełnił fatalny błąd, który zakończył się golem samobójczym. Barcelona jeszcze mocniej ruszyła do przodu, a piłkarze Simeone wyprowadzali mordercze kontry: lekko, łatwo, przyjemnie. Zagrali wielki mecz, dominowali fizycznie, ale też rywal zrobił wiele, by ponieść najbardziej dotkliwą porażkę w "erze Flicka". Do przerwy było 0:4!
Lekcja dla Barcelony
Niemiecki trener zareagował ostro, już w 37. minucie zdjął z boiska defensywnego pomocnika Marca Casado i wpuścił na nie Roberta Lewandowskiego. Dla Polaka to musiał być jeden z najbardziej frustrujących wieczorów w karierze: adekwatnie nie dotykał piłki. W tłoku pod swoim polem karnym Atletico czuło się świetnie. Było tam tak ciasno, iż nie można było zrobić nic. Frustrację gości spotęgował gol Pau Cubarsiego, anulowany po siedmiu minutach analizy VAR. Trzeba było wykonać ją manualnie, bo zawiodła automatyczna kontrola spalonego.
Atletico zrobiło wszystko, by wygrać wysoko, Barcelona uparcie trwała przy swoich dogmatach. Żadnego planu B w sytuacji, gdy plan A kompletnie zawodził. Flick przyznał po meczu, iż to była surowa lekcja, ale zaraz dodał, iż nie tak bolesna, jak ta sprzed niemal roku w półfinale Champions League z Interem Mediolan na San Siro.
W Mediolanie jego drużyna nie potrafiła obronić prowadzenia 3:2 na kilkadziesiąt sekund przed końcem meczu rewanżowego. Cały czas grała w myśl zasady, iż najlepszą obroną jest atak. Jak się okazało, nie ma takiej reguły, od której nie byłoby wyjątków. Katalończycy stracili gola na 3:3, w dogrywce na 3:4, i na finał nie pojechali. Na tym zależało im najbardziej. Wniosek był oczywisty: nie można osiągnąć sukcesu w Lidze Mistrzów, tracąc w dwumeczu fazy pucharowej aż siedem goli.



Flick miał to poprawić, ale niczego nie zmienił. Jest gorzej. Defensywa Barcelony rozpada się w drobny mak, jeżeli trafia na przeciwnika z topu. Można zrozumieć Niemca o tyle, iż ryzykowna i ofensywna taktyka zespołu z Katalonii zwykle zachwyca, w dodatku w półtora roku pracy Flick sięgnął z nim po cztery krajowe trofea. Wszystkie możliwe w tym czasie do zdobycia. Deszcz komplementów, który na niego spadał, przede wszystkim za wygrane klasyki z Realem Madryt, uczynił z niego zakładnika własnych pomysłów.
Oczywiste jest, iż drastyczne zmiany sposobu gry Barcelony w trakcie sezonu byłyby zbyt wielkim ryzykiem. Chodzi raczej o wprowadzenie drobnych korekt taktycznych, które zespół mógłby wykorzystać w sytuacji, gdy atak pozycyjny zawodzi. Piłkarze Flicka też potrafią kontrować, czasem powinni celowo wpuścić przeciwnika na swoją połowę, by zdobyć przestrzeń do gry pod jego bramką. Chodzi o to, by uniknąć monotonnej wymiany podań w poprzek boiska, gdy rywal jest ustawiony w tyłach i trudno go zaskoczyć. Na Metropolitano Barcelona spędziła przy piłce 65 proc. czasu gry. I straciła cztery gole, sama nie zagrażając niemal wcale bramce przeciwnika.


Atletico ma szansę przerwać serię Barcelony w półfinale Pucharu Króla. Rewanż na Camp Nou odbędzie się 3 marca. Flick pokrętnie tłumaczy, iż wystarczy wygrać po 2:0 każdą połowę drugiego meczu. Tu nie będzie wątpliwości, jak Barcelona zagra. Od początku ruszy do ataku w wielkim pośpiechu. O ile można sobie wyobrazić, iż jest w stanie zdobyć cztery bramki, o wiele trudniej uwierzyć, iż nie straci już ani jednej. Teraz Niemiec nie ma wyjścia, po klęsce 0:4 w czwartek. Na tę klęskę zapracował jednak swoim dogmatycznym podejściem do meczu.
Ważniejsze będzie jednak to, czy lekcję z Metropolitano Flick wykorzysta w Lidze Mistrzów. Tam Barcelona może trafić na rywali jeszcze silniejszych niż zespół Simeone. Drużyny z angielskiej Premier League grają dziś ze znacznie wyższą intensywnością niż hiszpańskie. jeżeli piłkarze Flicka zostawią im tyle miejsca za swoimi plecami, ile w czwartek na Metropolitano, nie osiągną celu. Lewandowski, który prawdopodobnie kończy grę na Camp Nou, nie zostanie pierwszym polskim piłkarzem z dwoma triumfami w Champions League. Choć, po zdobyciu 107 goli w tych rozgrywkach, bez wątpienia na to zasługuje.
Idź do oryginalnego materiału