Żużel. Matka Polaków w Szwecji. Klęła jak szewc, do Apatora pomogła ściągnąć Jonssona!

3 tygodni temu

Mało komu z kibiców żużla powie dziś coś nazwisko Weshala. Nosiła je zmarła przed laty w Szwecji Pani Jadwiga, która przed dekadami dla polskiego speedwaya zrobiła niemało. To właśnie dzięki jej zaangażowaniu zawodnicy znad Wisły mogli liczyć na pomoc podczas pobytu w Szwecji, a polskie kluby nierzadko na dostęp do sprzętu, który w naszym kraju był wówczas poza zasięgiem.

Pierwszym polskim klubem, który nawiązał z nią kontakt była – jeszcze w latach siedemdziesiątych -ubiegłego wieku Unia Leszno.

– Najpierw Panią Jadwigę „wyłowił” w Opolu nie kto inny, jak świętej pamięci Marian Spychała. Podejrzewam, iż to było podczas jakiegoś zgrupowania Szwedów w Polsce. Później, podczas mojej wiceprezesury w Lesznie, Spychała przyszedł do klubu na funkcję trenera i tak te nasze kontakty z nią się zaczęły. Jeździliśmy do niej do Szwecji, przy jej pomocy załatwialiśmy części dla naszych zawodników. Naprawdę Pani Jadwiga była niesamowicie przyjazna dla wszystkich Polaków. Załatwiała sporo spraw dla klubów. Nie do końca adekwatne będzie określenie „ambasador”, ale jako, iż znała doskonale języki polski i szwedzki, to przywoziła do Polski również tamtejszych biznesmenów, którzy chcieli w Polsce otwierać firmy, a przy okazji kupowali meble czy popularne wówczas krasnale – mówi nam Adam Zając.

W Szwecji Pani Jadwiga mieszkała w pobliżu Kumli, ale trafiła do niej nie bezpośrednio, a przez Niemcy.

Żużel. Pogoda storpeduje początek sezonu? Niepokojące prognozy – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. ROW się wzmacnia! Do klubu trafia specjalista… Zmarzlika! – PoBandzie – Portal Sportowy

– Ona i jej mąż Alojzy pochodzili z Opolszczyzny. Po wojnie musieli opuścić Polskę, bo Alojzy w czasie wojny był wcielony, jak wielu mieszkańców tamtego regionu, do Wehrmachtu. Po wojnie byli mocno szykanowani, dochodziło do bardzo nieprzyjemnych sytuacji, więc wyjechali do Niemiec. Tam jednak mieszkali dość krótko. Urodziły im się pierwsze dzieci i wszyscy razem wyjechali do Szwecji. Tam Jadwiga pracowała w firmie, która produkowała wędliny. Pamiętam jeszcze jak przywoziła do Polski charakterystyczne długie parówki w puszkach, a my z kolei jak jechaliśmy do Szwecji, to woziliśmy jej chleb, za którym bardzo przepadała. Jak ktoś do niej jechał, to obowiązkowo musiał wieźć chleb. Jadwiga w Szwecji dokładniej poznała żużel, a do Polski przyjeżdżała często do rodziny. U niej w Szwecji była, można powiedzieć, taka baza dla Polaków. Zatrzymywali się u niej i nasi działacze, i zawodnicy. To była typowa Polka, która gościła w swoim drugim, typowo szwedzkim domku Polaków. To byli, mam na myśli Jadwigę i jej męża, wspaniali i zawsze pomocni ludzie – dodaje założyciel Tygodnika Żużlowego.

Co ciekawe, nie tylko Pani Jadwiga, ale i jej rodzina pokochała żużel.

– W czasie, kiedy mistrzem świata juniorów został w Kumli Jarek Hampel, a Rafał Szombierski był bodajże trzeci, to jej zięć był prezesem klubu Indianerna. Pamiętam doskonale, iż mimo faktu, iż zięć pełnił najwyższą funkcję w klubie, to Jadwiga z mężem, Alojzym normalnie szli i kupowali bilety na zawody żużlowe, co u nas, biorąc pod uwagę nasze zwyczaje, trudno sobie wyobrazić – komentuje ze śmiechem Adam Zając.

– U nas po przegranym meczu było od razu zebranie i analiza, co się stało. Tam natomiast wszyscy szli po zawodach na kawę. W parkingu jednemu ze Szwedów paliwo zalewała jego zona w ciąży. Oni się bawili żużlem. Chodzili normalnie do pracy, a w weekend jeździli. Pani Jadzia mówiła, iż byliby zadowoleni, gdyby przez cały rok na wszystkie mecze razem wzięte przyszło do nich tylu ludzi, co w Toruniu przychodziło na jeden mecz. Sami sobie kupowali bilety i rozdawali po rodzinach, żeby tylko klub przetrwał – wspomina na łamach książki „Od dirt-tracku do Motoareny” wyjazdy do Szwecji były zawodnik toruńskiego klubu, Jan Woźnicki.

Żużel. Oni mają największe szanse na złoto PGE Ekstraligi! Oto wyliczenia procentowe! – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. Kłopoty Motoru Lublin! Muszą zmienić tor – PoBandzie – Portal Sportowy

Pani Jadwiga jako tłumaczka podczas rozmowy Pera Jonssona z redaktorem Markiem Zaborskim. Zródło Tygodnik Żużlowy

Leszno nie było jedynym klubem, z którym Pani Jadwiga nawiązała kontakty. Był choćby również Start Gniezno, który na znajomości żużlowo „profitował”. Najlepsze stosunki z Panią Jadwigą miała jednak ekipa z Torunia, która swego czasu bardzo blisko współpracowała z Indianerną Kumla.

– Oczywiście, iż kojarzę Panią Jadwigę. Zawsze jak jeździliśmy do Szwecji, to nas gościła przed zawodami czy po nich. Jedynym warunkiem pobytu było nic innego, jak granie w karty. Królował brydż i to nie tylko z nią, ale z jej innymi gośćmi również. Niejednokrotnie przyjeżdżała do nas ze szwedzkimi zawodnikami. Pomagała zarówno szwedzkim, jak i polskim żużlowcom. Oni przyjeżdżali do nas w maju, a my jeździliśmy do nich na koniec sezonu. Na pewno wiele nam w tamtych czasach pomogła. To nie ulega wątpliwości. Wiesz co, zadzwoń najlepiej do Mirka Kowalika pewnie pamięta więcej – dodaje i radzi Jan Ząbik z toruńskiego Apatora.

W tamtych latach wymiana towarowa szła z kapitalistycznej Szwecji nie tylko w stronę Polski. Do Skandynawii też wożono przeróżne produkty.

– Kluby, z którymi współpracowała miały w tamtych czasach dostęp do części, których nie było w Polsce, ale też z Polski woziło się pewne rzeczy do Szwecji. Już nie pamiętam jakim dokładnie towarem się wymienialiśmy, bo minęło po prostu za dużo lat od tamtych czasów. Pamiętam jak w latach siedemdziesiątych jechaliśmy „dużym fiatem” prezesa Unii, Mariana Grysa, jeszcze na letnich oponach. Wybraliśmy się do niej oczywiście z pełnym bagażnikiem. Rzucało nami okropnie, śnieg niesamowity. Kojarzę, iż jak już się zatrzymaliśmy w Szwecji, to zamykaliśmy samochód i sprawdzaliśmy czy są zamknięte klamki. Oni się z nas śmiali, mówiąc, iż nikt nam nic nie ukradnie. Czasy się zmieniły. Swego czasu, jak rozmawiałem z córką Jadwigi, to mówi, iż już tam nie jest tak bezpiecznie jak kiedyś – mówi Adam Zając.

– Z Indianerny nasi zawodnicy mieli także kurtki. Był na nich napis „Husqvarna”. Zimno czy ciepło, stale chodziło się w tych kurtkach. Kiedyś Pani Weshala przywiozła do Torunia trzy rulony brokatu. Był żółty, niebieski i czerwony. Szokowaliśmy rywali, iż na osłonach mamy coś tak kolorowego – wspomina na łamach wspomnianej książki Daniela Ludwińskiego były działacz klubu, Janusz Kaczmarek.

Jednym z zawodników, którzy dobrze poznali Panią Jadwigę był Mirosław Kowalik, który swoją szwedzką przygodę zaczynał od startów w Masarnie Avesta, a później ścigał się dla Indianierny Kumla. Zgodnie z poleceniem Jana Ząbika do byłego zawodnika wykonaliśmy telefon.

– Ja Panią Jadwigę poznałem bardzo dobrze. Nasza znajomość rozpoczęła się jeszcze za czasów wspólnych treningów i wymian Torunia ze szwedzkimi drużynami. Mi najbardziej utkwił w pamięci kontakt z Panią Jadzią już w czasah moich ligowych startów w Szwecji. Zawsze mogłem liczyć na spanie czy, nazwijmy to, darmowy obiad, a w barterze, w ramach wdzięczności, kosiłem jej trawę. Przywoziliśmy jej zawsze rzeczy z Polski, które sobie życzyła. Ma Pan rację i dobre informacje, uwielbiała polski chleb. (śmiech –dop.red.). Byliśmy na tyle zżyci i ufaliśmy sobie, iż choćby jak była nieobecna, to zostawiała nam klucz i wchodziliśmy bez problemu do domu. Bardzo mile wspominam kontakty z nią. Była naprawdę bardzo pomocna – mówi nam były żużlowiec, Mirosław Kowalik.

– Znałem Panią Jadwigę, ale na pewno nie tak dobrze, jak Mirek Kowalik. Ja już tam jeździłem trochę później. Na pewno powiem jedno – miała dla żużlowców z Polski, jak to się mówi, serce na dłoni. Bardzo sympatyczna, starsza Pani – dodaje Tomasz Bajerski, obecny trener Ostrowa

Pani Jadwiga znana była nie tylko z chęci pomocy polskim czy szwedzkim żużlowcom, ale i z tego, że… klęła jak „szewc”.

– Dawała ostro. Wie Pan, klęła z pewną gracją. Nie można się było obrazić. Ktoś jak jej nie znał, to był w szoku jak kobieta w ogóle tak może kląć. Później, jak się siedziało przy stole, rzucała mięsem i nikt nie zwracał już uwagi na te inwektywy. Kiedyś był u niej siostrzeniec żony z moją córką. Spóźnili się, a ona na dzień dobry: „Gdzie wyście k**** byli”. Byli mocno zszokowani. Wychodzi na „dzień dobry” starsza Pani w okularach i zaczyna rzucać „mięsem”. Na pewno Jadwiga ma jakiś swój procent w rozwoju polskiego żużla. Dla mnie nie ulega to wątpliwości i fajnie, iż wpadł Pan na to, aby wspomnieć, iż taka osoba była i w tamtych, niełatwych, czasach pomagała – dodaje Adam Zając.

– Z tym przeklinaniem, to wie Pan była prawda. Jak się ktoś przyzwyczaił, to już nie zwracał uwagi. Miało to swój koloryt. Po prostu dosadnie określała „tematy” – dodaje Mirosław Kowalik.

Z Perem Jonssonem podczas jego turnieju benefisowego w 1995 roku

W sezonie 1991 w barwach toruńskiego Apatora zadebiutował indywidualny mistrz świata z 1990 roku, Per Jonsson. Swój udział w ściągnięciu go do Torunia miała również bohaterka artykułu.

– To był, jak wiemy, początek lat 90. i komunikacja była wtedy jeszcze słaba pod katem językowym. Mocno nam pomagała i na pewno w jakiś sposób Pera namawiała, bo ona miała bardzo dobre kontakty z toruńskim klubem, a w szczególności z wiceprezesem Benedyktem Rogalskim. Na pewno miała swój udział w tym, iż Per się u nas pojawił, bo o ile pamiętam nasza propozycja nie była jedyną ofertą startów w Polsce skierowaną pod adresem Pera. Myślę, iż jej kontakty z nami i jej rozmowy z Perem miały wpływ na jego decyzję. Mogła pewne rzeczy, znając już toruński klub, choćby słownie gwarantować. Ja w Szwecji u niej nie byłem osobiście, ale często ją spotykałem jak przyjeżdżała do Torunia ze szwedzkimi zawodnikami. Życzliwa osoba, bo wielu chłopakom z Torunia pomagała jak startowali w Szwecji – dodaje Jacek Gajewski.

To nie kto inny, jak właśnie Jadwiga Weshala dziękowała w imieniu Pera Jonssona podczas benefisowego turnieju, który został rozegrany w Toruniu w 1995 roku.

– Per wszystkich pozdrawia. Chciał wyjechać, ale pozostało bardzo zmęczony. Dziękuje wszystkim, którzy byli na zawodach i dziękuje za prezenty – dziękowała organizatorom i publiczności w imieniu Pera Jonssona, Pani Jadwiga.

Jadwigę Weshalę, znaną w Szwecji pod nazwiskiem Hedwig, poznał również działacz żużlowej centrali, Andrzej Grodzki.

– Znałem Panią Jadwigę oczywiście. Ona pochodziła z Opola. Pomagała sporo polskim zawodnikom, ale najlepszy kontakt miała z klubem z Torunia. Jak Marian Spychała był trenerem w Opolu, to pożyczano dzięki niej motocykle. Wie Pan, to była niesamowicie gościna kobieta i miłośniczka żużla. Żyła w Szwecji, ale jej dusza została w Polsce. Nie pamiętam kiedy zmarła dokładnie, wiem iż najpierw zmarł jej mąż Alojzy. Bez wątpienia warto ją przypomnieć, iż ktoś taki był i polskiemu żużlowi pomagał. Bez problemu może Pan napisać, iż w pewnym okresie to była matka polskich żużlowców w Szwecji – podsumowuje były szef GKSŻ, Andrzej Grodzki.

ŁUKASZ MALAKA

Idź do oryginalnego materiału