Tego egzaminu Polska nie zdała. Najbardziej zacofany kraj

2 godzin temu
Przywykliśmy do kobiet biegających na nartach, jesteśmy dumni z dokonań Justyny Kowalczyk, ale na wysiłek skoczkiń narciarskich wciąż patrzymy z głęboką nieufnością - i kibice, i związkowe władze. W Norwegii i Słowenii muszą oddychać z ulgą, iż tam skoczkinie się docenia. Dzięki temu dwie zawodniczki z osobna tych państw mają więcej medali niż cała reprezentacja Polski.
Kobiece skoki narciarskie to dyscyplina olimpijska od igrzysk w Soczi w 2014 roku. Dotąd skoczkinie walczyły o medale na skoczniach normalnych, w Predazzo pokonały kolejną barierę. W niedzielny wieczór Anna Odine Stroem zdobyła pierwszy złoty medal w konkursie na dużej skoczni. Norweżka po raz drugi w tych igrzyskach pokonała liderkę Pucharu Świata Nikę Prevc. Ze Słowenką wygrała jeszcze druga z Norweżek - Eirin Maria Kvandal.


REKLAMA


Za duża skocznia dla Twardosz i Bełtowskiej
Tym razem obie Polki przepadły po pierwszej serii. Anna Twardosz, która na skoczni normalnej zajęła 10. pozycję, w niedzielę była dopiero 35. Debiutująca w igrzyskach nastoletnia Pola Bełtowska wylądowała pięć lokat niżej. O dziwo jednak to ona nie ma wątpliwości, iż chce walczyć o start olimpijski za cztery lata we francuskim Courchevel. Pięć lat starsza Twardosz, mimo życiowego sukcesu na normalnej skoczni, nie wybiega w przyszłość tak daleko.
Jak widać zmasowany atak hejterów, nie stłumił zapału Bełtowskiej. Dostała wsparcie od trenerów Stefana Huli i Marcina Bachledy, a także wielu życzliwych kibiców. To nie jest wina zawodniczek, iż w Polsce skoki kobiet są systemowo zacofane. Można próbować to zmienić lub uznać, iż to nie ma sensu, bo skoki w wykonaniu pań są nudne i nikt ich nie chce oglądać. Gdyby takie stereotypy obowiązywały w Norwegii i Słowenii, oba kraje pozbawiłyby się wielu szans medalowych.


Nika Prevc wyjeżdża z Predazzo rozczarowana, ale z trzema medalami we wszystkich kolorach. Mierzyła w trzy złote, udało się tylko raz w konkursie mikstów. Największą wygraną igrzysk jest Anna Odine Stroem, która zdobył dwa złote medale indywidualnie i srebrny w mikście. Norweskie skoczkinie zupełnie przyćmiły skoczków z tego kraju i to dzięki nim Marius Lindvik oraz Kristoffer Eriksen Sundal mieli okazję stanąć na olimpijskim podium.
Takie marzenia miał też Adam Małysz w 2019 roku podczas mistrzostw świata w Seefeld, gdy w konkursie mikstów Polska w składzie: Kinga Rajda, Kamila Karpiel, Dawid Kubacki i Kamil Stoch była przez chwilę choćby na trzecim miejscu. Ostatecznie spadła na szóste. Wydawało się, iż konkurs mieszany to szansa na "łatwy" medal igrzysk w Pekinie, okazało się to fikcją, choć od Seefeld w polskiej czwórce nastąpiła zaledwie jedna zmiana – Kamilę Karpiel zastąpiła Nicole Konderla. Zespół mieszany wylądował na szóstej pozycji na igrzyskach cztery lata temu.


Już wtedy hejt na polskie skoczkinie był ogromny. W konkursie na normalnej skoczni Konderla i Rajda skakały o 40 metrów bliżej niż zawodniczki światowej czołówki. To był sygnał, iż Małysz i PZN marnują szansę, a skoki kobiece w Polsce, zamiast wykonać krok w przód, wykonały dwa w tył.
Minęły kolejne cztery lata i drużyna mieszana zajęła na igrzyskach w Mediolanie i Cortinie 11. (przedostatnią) pozycję. Mając w składzie wicemistrza olimpijskiego Kacpra Tomasiaka i 10. w konkursie na normalnej skoczni Twardosz. Wniosek jest jeden - rozwój skoków narciarskich kobiet w Polsce został zaniedbany lub zahamowany stereotypami.
Polska nie zdała kobiecego egzaminu
Ze wszystkich nacji liczących się w skokach męskich, Polska najgorzej zdała ten "kobiecy egzamin". Norweżki, Słowenki, Japonki, Austriaczki, Niemki – mają bez porównania większe sukcesy na skoczni od Polek. Pamiętam, jak w Seefeld Małysz mówił o polskich skoczkiniach "kluski", zwracając uwagę, iż nie potrafią utrzymać wagi wymaganej w tej dyscyplinie. Trudno jednak uwierzyć, iż za opóźnienia w rozwoju polskich skoków kobiecych odpowiada wyłącznie brak profesjonalizmu zawodniczek.
W PZN musi wciąż pokutować stereotyp, iż to dyscyplina drugiej kategorii, albo wręcz sport nie dla kobiet. Bardzo trudno zwalczyć takie przekonanie, wystarczy spojrzeć jaką walkę o równouprawnienie w sporcie toczą piłkarki. Wysłuchują one argumentów, iż ich mecze są wolne i nudne, tak jakby mecze tenisowe kobiet nie miały niższej intensywności niż męskie. Nikt normalny nie robi zarzutu Idze Świątek z tego, iż byłaby bez szans w pojedynku z Carlosem Alcarazem. Takie porównania nie mają sensu.


Przywykliśmy do kobiet biegających na nartach, jesteśmy dumni z dokonań Justyny Kowalczyk, możemy ją uważać za kandydatkę na sportsmenkę wszech czasów, tymczasem na wysiłek piłkarek lub skoczkiń narciarskich wciąż patrzymy z głęboką nieufnością.


Oczywiście takie stereotypy najskuteczniej zmienia sukces. Wybitna jednostka taka jak Ewa Pajor, która bije rekordy strzeleckie w wielkim klubie (FC Barcelona). Stąd też występ kobiecej reprezentacji Polski na Euro 2025 w Szwajcarii cieszył się sporym zainteresowaniem i uznaniem kibiców. Gdyby polskie skoki kobiece miały swoją Pajor, byłoby pewnie podobnie. O to trzeba zadbać, zamiast toczyć fundamentalną dyskusję, czy skoki narciarskie są sportem dla kobiet. Jak widać w Norwegii, Słowenii, Niemczech, Japonii i innych krajach ten problem dawno rozwiązano. Skoki kobiet są dyscypliną olimpijską i można się na nie obrażać lub wykorzystać to do rozwoju tego sportu.
Nie twierdzę, iż na igrzyskach liczą się wyłącznie medale i wyniki, ale jak do tej pory w Mediolanie i Cortinie Nika Prevc, czy Anna Odine Stroem w pojedynkę wyprzedzają w klasyfikacji medalowej całą reprezentację Polski złożoną z 59 sportowców 12 różnych dyscyplin.
Idź do oryginalnego materiału