Spektakularny kryzys polskich skoków. To wymyka się wszelkiej logice

2 godzin temu
Dwa medale nastoletniego skoczka Kacpra Tomasiaka w konkursach indywidualnych i ten trzeci, zdobyty przez niego w nieprawdopodobnych okolicznościach, w duecie z pogrążonym w sportowej zapaści Pawłem Wąskiem - to wszystko na igrzyskach w Mediolanie i Cortinie nie miało prawa się wydarzyć. Ale właśnie to przeżyliśmy.
W tydzień na skoczniach w Predazzo polscy skoczkowie wywalczyli trzy miejsca na podium, czyli tyle, ile w Pucharze Świata w ostatnich trzech latach. Aby zrozumieć, jak nielogiczne rzeczy wydarzyły się podczas tych igrzysk, spójrzmy na to przez chwilę oczami 26-letniego Pawła Wąska.

REKLAMA







Zobacz wideo Maciej Maciusiak ujawnia, co działo się na wieży trenerskiej tuż po konkursie duetów



Wąsek nie miał prawa śnić o medalu
Przed rokiem był wreszcie liderem kadry, w marcu 2025 roku w Lahti po raz pierwszy w karierze stanął na podium Pucharu Świata. Tej zimy miał wykonać krok ku światowej czołówce, tymczasem przydarzyła mu się głęboka zapaść. Na igrzyska do Mediolanu i Cortiny pojechał na kredyt, jako najmłodszy w kadrze po Tomasiaku. Trener Maciej Maciusiak podjął dyskusyjną i ryzykowną decyzję, bo w tym sezonie Pucharu Świata Wąsek jest na 39. pozycji w klasyfikacji generalnej, ex aequo z Dawidem Kubackim. Wyprzedzają go Tomasiak, Kamil Stoch, Piotr Żyła i Maciej Kot.
Skoczkowie z tak odległych miejsc w Pucharze Świata, na jakim jest teraz Wąsek, nie mają podstaw choćby marzyć o medalach olimpijskich. Gdyby nie głęboki kryzys polskich weteranów, Paweł nie miał w ogóle prawa jechać na te igrzyska. Pojechał i zaczął skakać lepiej, choć w konkursie na normalnym obiekcie przepadł po pierwszej serii. Wygrał jednak rywalizację ze Stochem o miejsce w duetach i dziś jest medalistą olimpijskim. Przy czym z powodu nagłego ataku śnieżycy i wiatru sędziowie anulowali trzecią serię konkursu, w której Wąsek skoczył najsłabiej.
To wszystko jest niewyobrażalnym zbiegiem szczęśliwych okoliczności, co nie umniejsza wyczynu Wąska, który, na oczach milionów Polaków, wygrał batalię z własną słabością. O to chodzi w sporcie, o to chodzi na igrzyskach – żeby walczyć z wszystkimi przeciwnościami. Czasem efekt jest mizerny, ale od czasu do czasu przekracza granice wyobraźni samego zawodnika. Zrównoważony, grzeczny, skromny skoczek, urodzony w Cieszynie, pozostanie w naszej pamięci jako jeden z symboli tych igrzysk.


Dla odmiany spójrzmy na to, co się stało, oczami Tomasiaka. Rok temu był 13. w mistrzostwach Polski. W Pucharze Świata zadebiutował w tym sezonie. W Wiśle i Engelbergu był piąty, w klasyfikacji generalnej jest 14. Każde miejsce w czołowej dziesiątce konkursów olimpijskich byłoby dla niego sukcesem. W debiucie na igrzyskach choćby tacy giganci jak Stoch czy Adam Małysz nie wywalczyli medali. Teoretycznie Kacper pojechał do Predazzo po naukę, tymczasem wraca z trzema medalami, jako największy polski bohater igrzysk.



Nie przestraszył się wielkiej szansy, wycisnął ze sprzyjających okoliczności, co się dało. Kto mógł przypuszczać, iż nieosiągalny dominator tego sezonu, Słoweniec Domen Prevc, zejdzie nagle na ziemię w konkursie na normalnej skoczni, a gwiazdy z Austrii zaświecą dopiero w konkursie duetów? W drużynowej klasyfikacji Pucharu Narodów Austriacy wyprzedzają Polaków o 3041 pkt. To więcej niż przepaść. Ośmiu skoczków Maciusiaka, na czele z Tomasiakiem, uciułało tej zimy zaledwie 999 pkt!
W XXI wieku ani razu polscy skoczkowie nie jechali na igrzyska z tak marnymi widokami na sukces. Skoki narciarskie są jednak sportem, który wymyka się wszelkiej logice. Zamiast klapy, mamy więc historyczny sukces. Trzech medali na jednej olimpiadzie nie zdobyli ani Małysz, ani Stoch, a wywalczył je 19-latek, który, na zdrowy rozum, nie powinien był tego zrobić.
Z wielkiej mizerii ostatnich trzech lat w polskich skokach urodził się nagle wielki sukces. Nie próbujmy tego zrozumieć, ogarnąć umysłem, po prostu żyjmy chwilą. Kiedyś na zimowych igrzyskach zaczepiłem norweskiego kibica, który stał w takim tłumie, iż nie mógł widzieć zawodników na trasie biegu narciarskiego. - Tego nie trzeba widzieć, to trzeba przeżyć - powiedział.
Polscy skoczkowie są największymi wygranymi tych igrzysk, także dlatego, iż ich wielcy rywale przystępowali do nich ze znacznie wyższego poziomu. Czy to sensacja, czy to niespodzianka – Tomasiak z Wąskiem wydarli dla siebie miejsce w historii sportu.



Małysz łączy tę historię
Teraz osobista dygresja z moich debiutanckich igrzysk w Lillehammer, w 1994 roku. Polskie skoki były wtedy w sportowym niebycie, do Norwegii pojechał tylko 17-letni Wojciech Skupień, z nieżyjącym już dziś trenerem Piotrem Pawlusiakiem. Pawlusiak wychował Skupienia w zakopiańskiej szkole mistrzostwa sportowego, ale ich relacje były fatalne.
To były zimowe igrzyska, na których Polacy nie mogli choćby śnić o medalach. Z grupą polskich dziennikarzy pojechałem do wioski olimpijskiej przed konkursem na skoczni normalnej. Rozmawialiśmy z Pawlusiakiem, a potem spytaliśmy, czy nie mógłby poprosić na chwilę Skupienia. – A co on wam powie? – zapytał trener. – Jak tylko otworzy usta, to się człowiekowi koszula filcuje na plecach – dodał.
Konflikt był tak głęboki, iż podczas zawodów olimpijskich sygnał do startu dawał skoczkowi trener z zagranicznej ekipy. Skupień był 29. na skoczni normalnej i 31. na dużej. Cztery lata później w Nagano zajął 11. pozycję na dużym obiekcie. Wszyscy w Polsce liczyli wtedy na Małysza, który spisał się fatalnie. - Powinienem tam być przedskoczkiem, a nie olimpijczykiem - wspominał.
Na kolejne igrzyska do Salt Lake City w 2002 roku Małysz jechał już jako główny faworyt, toteż srebro i brąz wywołało choćby lekki niedosyt w Polsce. Zaczął się jednak olimpijski wzlot naszych skoczków, z ostatecznie już 12 medalami: Małysza, Stocha, drużyny, Kubackiego, Tomasiaka i Wąska. Tylko podczas igrzysk w Turynie w 2006 roku skoczkowie nie stawali na podium. W Mediolanie i Cortinie były o to wielkie obawy. Jak się okazało, nieuzasadnione. Można powiedzieć, iż kryzys w polskich skokach wydał właśnie spektakularne owoce.



Na koniec scenka z mistrzostw świata w Lahti w 2017 roku, gdzie polska drużyna w składzie Żyła, Kubacki, Kot i Stoch zdobyła tytuł mistrzowski. Po zawodach trener Stefan Horngacher zabrał ekipę na kolację w centrum miasta. Z restauracji wytoczył się mocno wstawiony Fin w stroju Wikinga. Rozpoznał Małysza, zdjął swój hełm i próbował nim udekorować ówczesnemu dyrektora sportowego PZN. – Ty jesteś królem polskich skoków, bez ciebie nie byłoby dziś tych młodych mistrzów – wymamrotał po angielsku.
Faktycznie postać Małysza spina sukcesy polskich skoków w XXI wieku. Pracował na nie jako zawodnik, dyrektor sportowy, a teraz prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Od połowy 2022 roku, jako szef PZN, szukał sposobów wyjścia z kryzysu. Złośliwcy żartowali już nawet, iż odbudował polskie skoki jako zawodnik i pochowa je jako prezes.
Tuż przed igrzyskami w Mediolanie i Cortinie szef Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosław Piesiewicz zasugerował, iż Małysz, niegdyś wybitny skoczek, nie radzi sobie jako człowiek rządzący polskim narciarstwem. Dziś Piesiewiczowi nie pozostało nic innego, jak pokłonić się w pas prezesowi PZN.
Idź do oryginalnego materiału