Rywal Hurkacza brutalnie sprowadzony na ziemię. "Może jestem dziwny"

2 godzin temu
Kiedy w maju 2023 roku Ethan Quinn został akademickim mistrzem USA, spodziewał się, iż szturmem wejdzie na zawodowy poziom. - To było nierealne wyobrażenie, życie sprowadziło mnie na ziemię. Ale ta trudna walka była dobra dla mojego rozwoju - przyznał potem najbliższy rywal Huberta Hurkacza w Australian Open.
- Wcześniejsze zakończenie studiów i przejście na zawodowstwo, było najlepszą rzeczą, jaką mogłem zrobić - stwierdził Ethan Quinn tuż po tym, jak w 1. rundzie obecnego Australian Open nadspodziewanie łatwo ograł rozstawionego z numerem 23. Tallona Griekspoora. Słowa 21-letniego Amerykanina były o tyle zaskakujące, iż jeszcze rok temu na pewno by ich nie wypowiedział. Bo kariera kolejnego rywala Huberta Hurkacza w Melbourne rozkręcała się bardzo wolno, co było powodem jego poważnej frustracji.

REKLAMA







Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany



Bolesne zderzenie z rzeczywistością
Największy sukces w dotychczasowej karierze Quinn odniósł w maju 2023 r., kiedy został akademickim mistrzem Stanów Zjednoczonych. Reprezentant uniwersytetu w Georgii wygrał w finale z Ondrejem Stylerem, mimo iż przegrał pierwszego seta, a w drugim bronił czterech piłek meczowych. Dziś tytuł NCAA Quinn może jednoznacznie ocenić jako przepustkę do wielkiej kariery, ale jeszcze kilkanaście miesięcy termu miał co do tego wielkie wątpliwości. Bo triumf z jednej strony napędził jego karierę, ale z drugiej przyniósł oczekiwania i bolesne zderzenie z rzeczywistością.
Raptem dwa miesiące po zwycięstwie ze Stylerem Quinn trenował przed US Open na jednym korcie z aktualnym wiceliderem światowego rankingu - Jannikiem Sinnerem. Mistrzostwo NCAA dało Amerykaninowi dziką kartę do głównej drabinki wielkoszlemowego turnieju w Nowym Jorku, gdzie Quinna spotkało pierwsze rozczarowanie. Zawodnik gospodarzy przegrał w 1. rundzie z Hiszpanem Bernabe Zapatą Mirallesem 4:6, 4:6, 3:6, co zniszczyło jego marzenie. Nie tylko o awansie, ale przede wszystkim o grze przeciwko jednemu ze swoich idoli - Novakowi Djokoviciowi - który czekał w 2. rundzie.
- Myślałem, iż po wejściu do touru mój talent eksploduje, jak to było w przypadkach Bena Sheltona czy Alexa Michelsena. Myślałem, iż od razu podbiję świat. Nic z tego nie wyszło - opowiadał potem Quinn w rozmowie z The Athletic.


Pierwsze zderzenie z rzeczywistością zawodowej kariery okazało się dla Quinna wyjątkowo bolesne. Zwłaszcza iż na studiach miał wyjątkowo wygodne jak na sportowca życie. Już jako studentowi pierwszego roku wróżono mu wielką karierę, był lokalną gwiazdą uniwersyteckiej drużyny Georgia Bulldogs. Przejście na zawodowstwo wcale nie było oczywistą decyzją - nie tylko z uwagi na komfort młodego człowieka, ale też sportowy rozwój, bo nie ma jednej, oczywistej drogi na szczyt. Przykładem może być Danielle Collins, która po zdobyciu uniwersyteckiego mistrzostwa w 2014 r., wróciła na studia, by ponownie sięgnąć po tytuł dwa lata później.



Quinn poszedł inną drogą. Namówił go na nią Brad Stine, który w latach 90. trenował byłego lidera światowego rankingu - Jima Couriera. Stine nie tylko naciskał na Quinna, by opuścił swoją strefę komfortu, ale też podawał też argumenty finansowe. Tylko przejście na zawodowstwo dawało szansę rozwoju pod tym kątem, bo przepisy uniwersyteckie zabraniają studentom zarabiać na turniejach więcej niż 10 tys. dolarów rocznie. Tymczasem za sam udział w US Open Quinn otrzymał 10 razy więcej. - Mówiłem mu, iż odniesie sukces, ale będzie potrzebował na to co najmniej dwóch lat - wspominał Stine. I jak się okazało, miał rację.
"Zacząłem się zastanawiać, czy ja w ogóle się nadaję"
Sezon 2024 - pierwszy zawodowy w karierze Quinna - był kiepski w jego wykonaniu. Mimo iż jego celem było wdarcie się do pierwszej setki rankingu ATP, to rok zakończył dopiero na 202. pozycji. Brakowało nie tylko sukcesów, ale w ogóle wygranych meczów. Zdarzały się choćby miesiące, w których triumfował raptem raz lub dwa miesięcznie.
Ciężkie treningi, które nie przynosiły oczekiwanych efektów w meczach, sprawiły, iż Quinn zaczął tęsknić za przyjaciółmi i studenckim życiem. - Zacząłem się zastanawiać, czy ja w ogóle się nadaję do tej gry - wspominał w The Athletic. - Rok 2024 był naprawdę trudny. Spodziewałem się przełomu, a on nie nastąpił. Trudno mi było to poukładać w głowie - dodawał, cytowany przez portal tennis.com.
Quinn zdradził, iż od myśli o powrocie na studia odwiódł go jego trener z czasów akademickich, Manuel Diaz, który w przeszłości pracował też z Johnem Isnerem. - Powiedział mi, iż czekają na mnie nie tylko wyzwania, ale też ludzie, którzy będą we mnie wątpić. I iż będzie też moment, w którym sam w siebie zwątpię. Musiałem znaleźć sposób na poradzenie sobie z tym - mówił Quinn.



Pod koniec 2024 r. Amerykanin nawiązał współpracę z obecnym trenerem, Brianem Garberem, z którym zapoznał go Stine. Garber miał pomysł na poprawę gry Quinna, ale chyba nikt nie spodziewał się aż takiej zmiany. Nowy trener położył nacisk na zmianę stylu zawodnika, słynącego wcześniej z potężnego forhendu - ten był jego główną bronią w czasach akademickich, ale na zawodowym poziomie nie robił już takiego wrażenia.
Garber chciał, by Quinn stał się bardziej uniwersalnym tenisistą i codziennie pracował nad jego bekhendem. Nowy trener poprawił też technikę serwowania zawodnika i zmienił sposób jego myślenia o zawodowej karierze. Quinn musiał znaleźć sobie pasję poza kortem, by nie myśleć tylko o tenisie i zrzucić z siebie część presji. 21-latek - nietypowo - postawił na kawę. - Czasami po prostu przesiaduję w kawiarniach i patrzę, jak przygotowują kawę, a potem staram się odwzorować to w domu na swoim ekspresie - mówił Amerykanin.


- Na korcie przestałem myśleć tylko o wynikach. Kiedy wychodzę na kort, po prostu chcę dobrze grać i robić postępy w konkretnych elementach. Złapałem luz, to jest to, czego oczekiwałem po przejściu na zawodowstwo. choćby jeżeli przegram mecz, potrafię zejść z kortu zadowolony, jeżeli czuję, iż zagrałem dobrze. Kiedyś to było nie do pomyślenia. A przecież miejsce w rankingu nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Nieważne, czy jesteś 60., czy 160. Poziom już jest bardzo wysoki i musisz skupić się na swojej grze i rozwoju - dodawał.
O krok od nietypowego rekordu
Miniony sezon okazał się dla Quinna przełomowy. Amerykanin zaczął rok od sześciu zwycięstw z rzędu, dochodząc do finału challengera w Canberze, gdzie przegrał z Brazylijczykiem Joao Fonsecą. Quinn wygrywał coraz więcej meczów i coraz częściej pojawiał się w głównych drabinkach poważnych turniejów. Miał choćby szansę przejść do historii ATP Tour jako zawodnik z największą liczbą awansów do turniejów z kwalifikacji - w poprzednim sezonie Quinn dziewięciokrotnie w ten sposób wywalczył awans i do wyrównania rekordu zabrakło mu tylko jednego.



Najlepszym momentem zeszłego sezonu był dla Amerykanina awans do 3. rundy French Open. Quinn najpierw przebrnął przez kwalifikacje, a w turnieju głównym najpierw wyeliminował Grigora Dimitrowa, a później Aleksandra Szewczenkę. W kolejnej rundzie - po bardzo zaciętym meczu - nie dał rady Griekspoorowi, z którym przegrał w pięciu setach.
Wyniki Quinna nie stały się nagle spektakularne - w 2. rundzie Wimbledonu bez straty seta ograł go Kamil Majchrzak, który kilka miesięcy później pokonał go też w Szanghaju. Zmiany w karierze Amerykanina były jednak bardzo widoczne - z zawodnika, który od czasu do czasu wygrywał mecze w challengerach, stał się tenisistą, potrafiącym rywalizować i ogrywać przeciwników z pierwszej setki. W 2025 r. ograł m.in. Stefanosa Tsitsipasa, Bornę Coricia, Corentina Mouteta, Miomira Kecmanovicia czy swojego rówieśnika Michelsena, którego dynamiczny rozwój kariery był dla niego wzorem do naśladowania.
Sezon 2025 Quinn zakończył w pierwszej setce rankingu, a na kortach zarobił blisko 900 tys. dolarów. We wrześniu zeszłego roku minęły dokładnie dwa lata, odkąd przeszedł na zawodowstwo i sporo wskazuje na to, iż wspomniane wyżej słowa Stinego okazały się prorocze. Zwłaszcza iż w nocy z poniedziałku na wtorek czasu polskiego Quinn w zaledwie półtorej godziny rozprawił się z Griekspoorem (6:2, 6:3, 6:2), rewanżując mu się za zeszłoroczną porażkę w Paryżu.
"Życie sprowadziło mnie na ziemię"
- Życie sprowadziło mnie na ziemię - przyznał Quinn. - Miałem nierealne wyobrażenie, iż wejście do pierwszej setki rankingu zajmie mi kilka miesięcy. Spodziewałem się, iż po studiach będzie mi łatwo. Musiałem zmienić nie tylko myślenie, ale też nawyki - dodawał.



- Musiałem nastawić się na ciężką pracę. Dziś widzę w niej szansę na rozwój, a nie tylko męczarnie. Każdy mecz jest zaś dla mnie szansą na rozegranie kolejnego. Zmieniłem też podejście do pieniędzy. Kiedyś wydawałem ich bardzo mało, oszczędzałem na sobie. Jadłem byle co, byle gdzie, a kolejnego dnia nie miałem wystarczająco dużo energii. To mnie gubiło - kontynuował.
- w tej chwili w trakcie każdego turnieju nie tylko wcześnie chodzę spać, ale sprawdzam też miejsca, gdzie można dobrze zjeść. Mam notes pełen takich miejsc w Rzymie, Madrycie, Barcelonie czy Paryżu. Doskonale widzę, iż dbanie o siebie, pomaga mi w rozwoju. Dziś recenzowanie restauracji sprawia mi więcej przyjemności niż wyjście ze znajomymi do klubu. Może jestem dziwny jak na swój wiek, ale nie ma innej drogi - podsumował Quinn.
Mecz Hurkacz - Quinn w nocy ze środy na czwartek około godz. 2.30 polskiego czasu.
Idź do oryginalnego materiału