Polska straciłaby medal, gdyby on decydował. Małysz chciał wszystko "rozpierdzielić"

2 godzin temu
Igrzyska olimpijskie Pjongczang 2018: Simon Ammann marznie, siedząc pod kocem na górze skoczni. Mediolan/Cortina d'Ampezzo 2026: Kacper Tomasiak odtwarza tę scenę. Polak, jak lata temu Szwajcar, też musi skoczyć skazany na porażkę. Na szczęście tym razem nie musieliśmy się godzić z niesprawiedliwością. Bo światowymi skokami nie rządzi już Walter Hofer. Sandro Pertile właśnie pokazał, iż - mimo pewnych deficytów - jest o niebo lepszy.
"San-dro Per-ti-le!", "San-dro Per-ti-le!" – skandowali polscy kibice pod dużą skocznią w Predazzo w poniedziałkowy wieczór. Najpierw szefa światowych skoków przeklinali, bo przez kilkanaście minut wydawało się, iż pozwolił na rażącą niesprawiedliwość i uniemożliwił Kacprowi Tomasiakowi walkę o medal dla naszej kadry w olimpijskim konkursie duetów. Ale koniec końców Włoch naprawił pomyłkę swoją i jury.

REKLAMA







Zobacz wideo Tomasiak, Wąsek i Stoch bohaterami w Predazzo! Tak witali ich kibice



"Sandro Pertile? Kolega, kumpel, przyjaciel. Wielka przyjaźń polsko-pertilska" – żartował na platformie X dziennikarz TVP Sport Maciej Wojs tuż po poniedziałkowych zawodach. "Za osiem lat skrzynka wódki dotrze do Sandro Pertile z nieznanego adresu" – pisał Paweł Wilkowicz ze Sport.pl. To oczywiście nawiązanie do tego, jak Piotr Żyła rozliczał się z Thomasem Morgensternem ze specjalnego podziękowania, które obiecał Austriakowi w Predazzo w 2013 roku. Wtedy, na tej samej skoczni co teraz Tomasiak i Wąsek, nasza drużyna wyskakała medal mistrzostw świata. Ale tamtego brązu pierwotnie nie było. Pojawił się dopiero, gdy Morgenstern ze złotej kadry Austriaków zwrócił sędziom uwagę, iż źle zliczyli noty Norwegów i to Polakom, a nie Norwegom należy się brąz.
Polska ma medal, bo wygrało fair play
Teraz w olimpijskim konkursie duetów w Predazzo po dwóch z trzech rund Polska była druga. Po pięciu z sześciu serii spadła na miejsce czwarte. Myśleliśmy, iż wszystko będzie zależało od Tomasiaka. Że znów – jak w indywidualnych konkursach – stoczy walkę o podium z Kristofferem Eriksenem Sundalem (traciliśmy do Norwegów 2,6 pkt). Liczyliśmy, iż znów wygra. Ale jury zawodów kazało Kacprowi walczyć z żywiołem.
Sytuacja była koszmarna. Po tym, jak świetnie pofrunął Philipp Raimund (Niemiec uzyskał 136 metrów), Polak czekał na swój skok aż dziewięć minut. Realizator transmisji pokazywał nam a to Kacpra, szczelnie przykrytego kocem i z każdą chwilą coraz bardziej pokrytego śniegiem, a to trenera Macieja Maciusiaka, którego mina mówiła wszystko. W tych warunkach dobry skok był niemożliwy. Mimo to Tomasiakowi w końcu kazano usiąść na belce startowej. I skoczyć. Polak uzyskał 124,5 m i wtedy straciliśmy medalowe szanse.





Maciej Maciusiak (z lewej) i Kacper Tomasiak (po prawej) podczas olimpijskiego konkursu duetów w PredazzoScreen HBO Max





Dopiero cztery minuty później okazało się, iż jednak nie, iż cała trzecia seria zostaje przerwana i anulowana.
- Przy takich warunkach kontynuowanie rywalizacji byłoby naprawdę nie fair – skomentował Sandro Pertile. I właśnie za to, iż zachował się fair, jesteśmy mu wdzięczni.
Ammann siadał pięć razy. A Małysz chciał wszystkich "rozpierdzielić"
Włoski szef światowych skoków ma na koncie wiele błędów i zaniedbań. Nie lubi brać na siebie odpowiedzialności, sprzętowe skandale woli zamiatać pod dywan niż wyjaśniać, a w zawodach preferuje spokój, a nie dalekie, widowiskowe loty skoczków. Właśnie przekonaliśmy się jednak, iż jest o wiele lepszy niż jego poprzednik, Walter Hofer.
- Mogłem tam zamarznąć – irytował się Simon Ammann po olimpijskim konkursie na skoczni normalnej na igrzyskach Pjongczang 2018. To wtedy Dawid Kubacki uznał, iż najlepszym podsumowaniem zawodów jest wpis jednego z kibiców, iż "skocznia normalna, ale konkurs po***".



W rozgrywanej na siłę drugiej serii jedenasty w połowie zawodów Ammann aż pięć razy siadał na belce startowej, zanim w końcu skoczył! A kocykiem otulał go ówczesny kontroler sprzętu, Sepp Gratzer.





Simon AmmannScreen/TVP


- Można się tylko porządnie wku***ć i na górze rozpierdzielić ich wszystkich. To nie był sport, ale totalna loteria. Parodia – wściekał się po wszystkim Adam Małysz, wówczas dyrektor w Polskim Związku Narciarskim.
Po pierwszej serii mieliśmy na prowadzeniu Stefana Hulę, a na drugim miejscu Kamila Stocha. A na koniec Stoch był czwarty, a Hula piąty. Przy czym zaraz po skoku Huli koledzy zaczęli mu gratulować medalu. Wszyscy byliśmy przekonani, iż Polak ma co najmniej srebro. Skoczył wystarczająco daleko – 105,5 metra – ale nagle wariujące w wichurze przeliczniki podały, iż trzeba mu odjąć od noty aż 18,2 pkt za rzekomo aż tak sprzyjający wiatr. Odległościami Hula był wtedy drugi, ale został z niczym.



Hofer nigdy nie przyznał się do błędu. A Pertile właśnie to zrobił
- Nie popełniłem żadnego błędu – zapewniał w Pjongczangu Hofer. Nie chciał słuchać, iż ciągnięcie na siłę drugiej serii było niesprawiedliwe.
Do dziś na wspomnienie Ammanna w kocu – to symbol tamtych zawodów - wielu polskich kibiców ogarnia smutek.
Ale to nie tak, iż narzekamy na Hofera tylko dlatego, iż coś przez niego straciliśmy. Rok później austriacki szef wszystkich szefów pogubił się choćby jeszcze bardziej. I chociaż na cyrku w Seefeld na MŚ 2019 zyskaliśmy najwięcej, stawialiśmy sprawę jasno.
"Może w czasach przedtelewizyjnych na którejś z wielkich imprez odbył się konkurs skoków narciarskich tak dziwny, jak ten, który w piątek rozegrano w Seefeld. Rozegrany na siłę. Ze szkodą dla wielu świetnych zawodników" – tak zaczęliśmy na Sport.pl relację z konkursu, w którym Dawid Kubacki zdobył złoto, a Kamil Stoch – srebro.



- Takich zawodów po prostu nikt nie potrzebuje. Wiadomo, iż na jutro są zdecydowanie lepsze prognozy pogody. Można było to przesunąć, bo przecież każdy mocno trenuje, stara się, a potem pogoda może wszystko zaprzepaścić – komentował nasz ówczesny trener, Stefan Horngacher.
- To jest cyrk. Katastrofa. To było śmieszne. Masakra jakaś – mówił nam pod skocznią w Seefeld Stefan Hula. - Po co to wszystko? Po co ten konkurs? – pytał retorycznie. - A, już nie będę przeklinał – dodawał kompletnie zrezygnowany po pierwszej serii. A na koniec tylko przybiegł do nas i krzyknął: "Unieważniam wywiad!".
W połowie tamtego konkursu wydawało się, iż faworyt, Ryoyu Kobayashi, wyciągnął złoty los na loterii, w którą postanowili zabawić się organizatorzy. Japończyk miał szczęście do warunków, prowadził, a w czołówce nie miał wielu rywali ze szczytu klasyfikacji Pucharu Świata. Bo oni zostali zepchnięci daleko przez wiatr. Na półmetku trzeci był Ziga Jelar, czyli Słoweniec, którego "życiówką" było wtedy 19. miejsce w konkursie Pucharu Świata. Szóste miejsce zajmował Filip Sakala, Czech, który nigdy w życiu nie zakwalifikował się do zawodów Pucharu Świata. Przed wszystkimi Polakami, na 13. pozycji, był Casey Larsson, Amerykanin, który wcześniej za swój najlepszy start w życiu musiał uznawać 40. miejsce w PŚ w Sapporo. My mieliśmy Stocha na 18. miejscu, Kubackiego na 27. i Hulę na 29. A Żyła choćby nie wszedł do drugiej serii (był 33.).
W tej drugiej serii coraz mocniej padający śnieg tak bardzo zasypywał tory, iż w końcu Kubacki wygrał. Przesuwając się z 27. miejsca! A Stoch zdobył srebro, mimo iż był na półmetku dopiero 18.



Kubacki na najeździe osiągnął prędkość 89,4 km/h, jadący kilka minut później Stoch: 88,2 km/h. A Kobayashi, który kończył konkurs, czyli startował jeszcze kilkanaście minut później, do progu dojechał z prędkością 86,7 km/h. Co Japończykowi było po tym, iż miał niezłe warunki wietrzne (lepsze od Kubackiego i Stocha)? Z taką prędkością nie mógł nic zrobić. I spadł na 14. miejsce.


- Przynajmniej udało się nam przeprowadzić dwie serie – powiedział wtedy Hofer. On naprawdę nie widział w sobie i w swoich współpracownikach żadnej winy choćby po najbardziej kuriozalnym konkursie o medale w skokach w XXI wieku.
Cóż, Austriak przez lata szefowania skokom miał się za wielkiego bossa. Kibiców bawiło, gdy zrobił sobie sesję zdjęciową, na której pozował jako indiański wódz. On najwyraźniej uważał, iż to wzmacnia jego wizerunek.
Gdy Hofer popełniał błąd, stawał przed wszystkimi i twardo przekonywał, iż to oni są w błędzie. W poniedziałek wspaniale było się przekonać, iż Pertile błąd umie dostrzec i naprawić, zanim nie będzie z późno.
Idź do oryginalnego materiału