Jerome Williams, 51-letni w tej chwili były koszykarz NBA, w minionym tygodniu gościł w Warszawie. Został ambasadorem Dzików - klubu środka tabeli z Orlen Basket Ligi. Jego przyjazd był lokalnym wydarzeniem, podczas piątkowego meczu ze Śląskiem Wrocław Williams siedział przy parkiecie w towarzystwie byłych polskich graczy NBA: Cezarego Trybańskiego i Macieja Lampego. W rozmowie ze Sport.pl Williams, który w latach 1996-2005 rozegrał ponad 600 meczów w NBA i zarobił w niej 51 mln dol., opowiada, jak został fachowcem od zadań specjalnych, o ewolucji jaką przeszła koszykówka, o odrzuconej propozycji z Los Angeles Lakers, a także o Marcinie Gortacie, który bardzo dużo mu zawdzięcza.
REKLAMA
Zobacz wideo Bednarz strzelił gola legendarnemu bramkarzowi! "Zamknąłem oczy i wpadła"
Łukasz Cegliński: Jak doszło do tego, iż zostałeś ambasadorem Dzików Warszawa?
Jerome Williams: A to interesująca historia – mój przyjaciel Ryan McCumber, którego znam od wielu lat i z którym zrealizowałem wiele różnych projektów, zapytał mnie niedawno: co myślisz o Polsce? Zapytał, bo robi tu interesy i zna ludzi z Dzików. Odpowiedziałem, iż w sumie nic o Polsce nie myślę, bo nigdy tam nie byłem. Na co Ryan powiedział, iż ma dla mnie propozycję i żebym się nad nią zastanowił. Opowiedział mi o Dzikach, a ja pomyślałem, iż byłoby fajnie być ambasadorem ekipy z Europy. Dowiedziałem się, iż Dziki to wciąż nowy klub na polskiej mapie, a ja mam doświadczenie z takich środowisk – grałem w Toronto Raptors, kiedy oni byli nowym klubem w NBA, uczestniczyłem w lidze Big3, czyli rozgrywkach, które powołał raper Ice Cube. Obserwowałem ich rozwój, wzrost, mam w tym aspekcie pewne doświadczenia i dlatego zainteresowałem się Dzikami. Poza tym – NBA chce mieć swoją ligę w Europie, więc ja już tu jestem. I bardzo się z tego cieszę – Warszawa to piękne miasto, ludzie są świetni, klub także.
Czym konkretnie będziesz się zajmował?
- Będę ambasadorem, a to bardzo pojemna funkcja, jest pole do różnych działań. Mam spore doświadczenie ze świata koszykówki, jestem na przykład certyfikowanym skautem NBA, mogę doradzać prezesowi Michałowi Szolcowi w różnych aspektach. Rozmawialiśmy już o organizacji klubu, o marketingu, relacjach ze sponsorami, a także angażowaniu dzieci i młodzieży. Tym ostatnim zajmowałem się w Raptors, New York Knicks, ale choćby szerzej, bo jestem przecież jednym z ambasadorów NBA na świecie. Chciałbym bywać w Warszawie regularnie, choć jeszcze nie ustaliliśmy, jak często.
Proszę o szczerość – wiedziałeś coś o polskiej koszykówce, zanim zacząłeś rozmawiać z Dzikami?
- Nic. Absolutnie nic. jeżeli chodzi o Europę, to znam kilka czołowych drużyn z Francji, Hiszpanii, Niemiec. Polskie ekipy do czołówki nie należą, ale OK, będziemy nad tym pracować.
W świecie koszykówki pełnisz wiele ról: jesteś ambasadorem NBA, napisałeś książkę, wygłaszasz motywacyjne wykłady, prowadzisz programy zachęcające dzieci do nauki. Jak myślisz o całej swojej działalności, to który jest aspekt jest najważniejszy?
- Bycie ojcem. To mój numer jeden. To największa, najważniejsza rola, jaką możesz pełnić w życiu. Ale ona zawiera w sobie to, co robię w koszykówce – dzielenie się doświadczeniem, doradzanie, uczenie. W przenośni powiem, iż jako rodzic uczę swoje dzieci, jak łowić ryby. Tymczasem sytuacja jest taka, iż dzięki koszykówce zarobiłem tyle pieniędzy, iż można powiedzieć, iż złowiłem wszystkie ryby, jakie mogłem zjeść. I jak dzieci mi mówią, iż są głodne, to teoretycznie mogę im wszystko dać. I to jest trudne, bo jak nauczyć młodych ludzi, by walczyć o swoje, skoro wszystko mają? To ciężka praca, która wymaga systematyczności, poświęcenia i dyscypliny. Uczę tego swoje dzieci, ale też wszystkich, z którymi mam styczność dzięki koszykówce.
W jednym z wywiadów powiedziałeś, iż jako dziecko widziałeś, iż twoi rodzice ciężko pracują, by prowadzić dom i płacić rachunki, ale jednocześnie – nie mając wiele – zawsze znajdują czas i środki na pomaganie innym.
- I myślę, iż to mnie ukształtowało. Moi rodzice byli ludźmi dużej wiary i nauczyłem się od nich, iż jeżeli wierzysz w Boga, to znajdujesz w sobie więcej siły niż ci się wydaje, iż masz. Że nawet, jeżeli czegoś ci brakuje, to wciąż możesz dać coś innym. Ja mam wiele, ale staram się pozostać pokorny, wdzięczny. I dzielę się tym, czym mogę.
Przejdźmy do koszykówki i twojej kariery w NBA. Z jednej strony byłeś jednym z wielu, nie biłeś rekordów, nie byłeś gwiazdą. Ale z drugiej – uczyniłeś sztukę z bycia graczem drugoplanowym, zawodnikiem od zadań specjalnych. Wielu kibiców ceniło cię za to, iż robisz na boisku rzeczy, których wielu nie chce robić.
- Napisałem w swojej książce, iż bycie graczem od zadań specjalnych, to w skrócie: nieustępliwość, wykorzystywanie okazji, wywieranie wpływu i gotowość na wszystko. [Relentless, Opportunistic, Leveraging, Everything, które składają się na skrót ROLE, odpowiadający tzw. role player – red.]. jeżeli to rozumiesz, jeżeli jesteś na to gotów, jeżeli poprzesz to odpowiednią energią, to możesz stać się wysokiej klasy specjalistą, świadomym tego, co możesz dać drużynie.
Ale zdecydowana większość dzieciaków grających w koszykówkę, chce być gwiazdami, a przynajmniej ważnymi graczami. Piłka w rękach, możliwość podjęcia decyzji, wykonywanie decydujących rzutów – o tym marzą wszyscy. Kiedy zrozumiałeś, iż powinieneś skoncentrować się na mniejszych rzeczach?
- Miałem 21 lat i grałem w drużynie uczelni Georgetown. Mój trener, John Thompson, powiedział mi: "Jerome, potrafisz zdobywać punkty, ale czy chcesz zarobić dużo pieniędzy?". Odpowiedziałem, iż oczywiście. A on powiedział: "To skoncentruj się na zbiórkach". – Zbiórkach?! To łatwe – stwierdziłem. – Otóż to! To łatwe dla ciebie, ale nie dla wszystkich. Bądź w tym najlepszy – odpowiedział trener. Pomyślałem wtedy, iż zbiórki to nic fajnego, to nie jest seksowna część koszykówki. Ale uznałem też, iż posłucham kogoś, kto ma doświadczenie, kto widzi we mnie coś unikalnego, kto chce dla mnie dobrze.
Thompson wyrasta w twojej opowieści na kluczowego nauczyciela, ale jak przeszedłeś do NBA, to trafiłeś na kolejnego - Ricka Mahorna, wówczas już weterana, mistrza ligi i jednego ze słynnych "Złych chłopców", jak nazywano Detroit Pistons na początku lat 90. Walka o zbiórki, obrona, twardość, rzucanie się po piłki – miałeś dobry wzór, bo podobno to on wziął cię pod swoje skrzydła.
- Zgadza się, Rick nauczył mnie wielu rzeczy, także jeżeli chodzi o boiskowe sztuczki. Zrozumiałem, dlaczego detale są ważne, jak bardzo potrzebny jest ktoś, kto wykona niewdzięczną pracę na drugim planie, jakie korzyści może mieć z tego drużyna. Ale tych weteranów, których podpatrywałem, było więcej, choćby Antonio Davis czy Charles Oakley.
Podaj przykład jakiejś boiskowej sztuczki, której się od nich nauczyłeś.
- Wyciąganie krzesełka, które stosował Rick. Sztuczka stosowana w obronie, kiedy przeciwnik grał tyłem do obręczy, upychał się, wbijał w twoje ciało. Chodziło o to, żeby w pewnym momencie zrobić krok w tył – wtedy atakujący tracił równowagę, nie miał punktu oparcia, przewracał się, tracił piłkę. Wyzwanie polegało na tym, żeby wyczuć moment, w którym wyciągasz to krzesełko – udawało się to raz, może dwa razy w meczu i Rick był mistrzem tego wyczucia. Zwykle zostawiał sobie tę akcję na czwartą kwartę, kiedy rozstrzygał się wynik. Kibice krzyczeli "Defence, defence!", rywal nakręcał się na udaną akcję, a Rick wyciągał mu krzesełko. Świetnie się to oglądało.
Wspomniałeś o obronie, która na przełomie wieków, czyli w momencie, w którym grałeś w NBA, dominowała nad atakiem. Można powiedzieć, iż to był styl gry idealny dla ciebie, bo zawsze przede wszystkim walczyłeś w defensywie.
- Tak było, a wynikało to z ówczesnych zasad, które pozwalały na używanie ciała i siły fizycznej w obronie. W defensywie można było po prostu robić więcej, by powstrzymać rywala. Oczywiście widzieliśmy, iż liga zaczyna zmieniać zasady - jak jeszcze grałem, to zaczęto wprowadzać regulacje, które zwiększały swobodę gry w ataku. Koszykówka zaczęła ewoluować, ale dopiero od dekady widzimy, jak to atak dominuje nad obroną.
I jak ci się podoba obecna koszykówka?
- Są elementy, które bardziej podobały mi się wtedy, kiedy ja grałem, ale nie da się ukryć, iż teraz w grze jest więcej czystej rozrywki dla młodszych kibiców, o których NBA chce walczyć. Także dlatego, iż młodsze pokolenia inaczej się zachowują, mają nowe instrumenty i konsumują koszykówkę, ale w sumie też całą rzeczywistość przez social media. Natomiast podoba mi się to, iż klimat wokół basketu się zmienił, mamy przecież ekspansję na świat, która objawia się nie tylko planami NBA do utworzenia ligi w Europie, ale także mnóstwem gwiazd z całego świata, które rządzą w NBA w ostatnich latach.
Ja, jako przedstawiciel pokolenia wychowanego na NBA lat 90., mam olbrzymi sentyment do tamtych czasów. Pół żartem: wtedy to była "prawdziwa" koszykówka, teraz oglądamy permanentny Mecz Gwiazd.
- No tak, rozumiem, o czym mówisz. Ale my jesteśmy wypaczeni przez to, na czym wyrośliśmy. Młodsze pokolenia tego nie widziały, nie znają tamtych czasów, a my żyjemy w kapsule wspomnień. Z drugiej strony – ile my teraz mamy gwiazd! Kevin Durant, LeBron James, Stephen Curry, Luka Doncić, Kyrie Irving, James Harden, Giannis Antetokounmpo, Nikola Jokić... To są koszykarscy mordercy, oni są znakomici!
I większość z nich swobodnie rzuca za trzy punkty, co też jest nowością, w porównaniu z twoimi czasami. Sprawdziłem, ile rzutów dystansu oddałeś w trakcie dziewięcioletniej kariery…
- No, ile?
26.
- Tak dużo?!
Dużo? Śmiejesz się, bo to przecież nic. Kilka lat temu Klay Thompson oddał 24 rzuty za trzy w jednym meczu.
- OK, ale czekaj – ile z tych 26 trafiłem?
Jeden.
- Cholera… Pewnie dlatego nie rzucałem.
Mówię o tych trójkach w kontekście zmieniającej się gry – zakładam, iż gdy ty grałeś w NBA, to w ogóle tych rzutów z dystansu nie ćwiczyłeś, nie było tego w twoim repertuarze.
- Miałem inne obowiązki, byłem graczem od zadań specjalnych, ale faktycznie – w tej chwili choćby tacy koszykarze trafiają z dystansu. Tak sobie myślę jeszcze o tych moich trójkach, iż te liczby oddają część mojej historii – jeden, jak pierwsza runda draftu, w której byłem wybrany, a 26 jak 26. numer, z którym wzięli mnie Detroit Pistons.
W Detroit, a potem szczególnie w Toronto, byłeś ulubieńcem fanów, ze względu na ofiarny styl gry. Przypominałeś trochę Dennisa Rodmana, czy to za daleko idące porównanie?
- Zdecydowanie tak! Powiedziałbym dziś, iż chciałem być jak połączenie Rodmana z Lamarem Odomem i Draymondem Greenem – gościem, który koncentruje się na zbiórkach, ale też daje drużynie energię w każdym aspekcie. Jednak zbiórki przede wszystkim – te w ataku dają dodatkową szansę na punkty, te w obronie są podstawą kontrataku. Miałem dużą frajdę z tego, iż te moje akcje mogą napędzać Granta Hilla czy Vince’a Cartera.
Wspomniałem o Rodmanie, bo Pistons wybrali cię w drafcie…
- … wykorzystując wybór, który otrzymali od San Antonio Spurs podczas transferu właśnie Rodmana. Tak, pamiętam o tym.
A wiesz, iż San Antonio ma swojego nowego Rodmana?
- Kogo?
Jeremiego Sochana.
- Jeremy Sochan… Ten z kolorowymi włosami? Nie, on zdecydowanie nie walczy o zbiórki tak dobrze, jak Rodman.
Ale ma numer 10 na koszulce, jest zadziorny, pyskaty, waleczny. Jakieś podobieństwa są. A wspominam o nim o tym, bo jest Polakiem, gra w naszej reprezentacji.
- Wracając jeszcze do Rodmana, to oczywiste jest – z całym szacunkiem dla Dennisa – iż Sochan jest od niego bardziej utalentowany, jeżeli chodzi o umiejętności ofensywne. Jest bardziej wszechstronny, gra w zróżnicowany sposób, w ataku może dać zespołowi o wiele więcej. Lubię jego grę, także dlatego, iż często gra z uśmiechem.
Właśnie, uśmiech i energia. Sochan ma to, co miałeś ty.
- I warto to podtrzymywać. Widziałem niedawno w Toronto, przed meczem Raptors – Spurs, jak Sochan się rozgrzewał, przygotowywał do gry. Zrobił na mnie wrażenie tym, jak się przykładał do małych rzeczy. Akurat w Toronto odbywała się promocja mojej książki, więc miałem okazję się przyjrzeć.
Czy mówi ci coś nazwisko Cezary Trybański?
- Trybański? Hmm… Brzmi jakby znajomo, ale nie pamiętam skąd.
Gdy przechodziłeś z Chicago Bulls do New York Knicks w 2004 roku, on był transferowany w odwrotnym kierunku.
- Tak? No dobra, o tym nie pamiętałem.
Zapytałem, bo to był pierwszy Polak w NBA, ale wiadomo, iż najbardziej znanym wciąż jest Marcin Gortat. Jego na pewno znasz.
- O, to mój chłop! Na jednym z meczów w Waszyngtonie przechodziłem akurat z tyłu hali. Wychodzę zza rogu i nagle słyszę: "Junkyard Dog!". Patrzę, a tu zbliża się Gortat. Podchodzi, przytula mnie mocno i pyta: "Nie pamiętasz mnie?" Ja mu przyznaję, iż nie. A on zaczyna opowiadać: "Uratowałeś mi życie podczas spotkań dla debiutantów. Opowiadałeś, jak powinno się oszczędzać pieniądze i trzymać z dala od ludzi, którzy mogą być przeszkodą w skupieniu się na koszykówce". I rzeczywiście, to była moja rola, tym się zajmowałem. Chodziłem na spotkania z debiutantami w NBA, gdzie jako były gracz opowiadałem o lidze, o jej specyfice, przestrzegałem przed pewnymi rzeczami. Fajnie, iż Marcin to zapamiętał i chyba choćby wspominał innym, iż to było dla niego bardzo pomocne. Docenił mnie, to miłe.
I rzeczywiście wziął twoje słowa do serca, bo rozkręcił kilka różnych biznesów i mądrze korzysta z fortuny.
- Świetnie to słyszeć i zdać sobie sprawę z tego, iż takie role, które pełnią byli gracze, są potrzebne. Na takie programy, spotkania wybiera się po kilku weteranów, którzy opowiadają o lidze w ten sposób, by debiutanci poznali jej specyfikę. Nie tylko jeżeli chodzi o sport.
Jakie są największe wyzwania, przed którymi stoi obecna NBA?
- Trudne pytanie, długo można by o tym mówić. Skupię się na jednej rzeczy, która przychodzi mi teraz do głowy – load management [zarządzanie obciążeniami graczy, z którego wynika odpoczynek od niektórych meczów – red.] i braku jego zrozumienia przez kibiców. Kiedyś było tak, iż płaciłeś bilet za to, żeby oglądać Michaela Jordana i Michael Jordan zawsze grał. Allen Iverson, któremu lekarze nie dali zielonego światła na grę, wysłał kolegę do klubowego sklepu, żeby kupił mu jego własną koszulkę, założył ją, usiadł na ławce i zgłaszał trenerowi, iż chce grać. Ja w swoim ostatnim sezonie zagrałem w 79 z 82 meczów – w 20 proc. nie byłem całkowicie gotowy pod względem zdrowotnym, ale to było nieistotne. Chciałem grać i grałem. My byliśmy nauczeni, iż gra się choćby z bólem, teraz jest inaczej. I OK, być może ja jestem w stanie to zrozumieć, ale czy rozumieją to kibice? Oni kupują bilety, by oglądać najlepszych koszykarzy i kropka. A pamiętajmy, iż kibice z kolejnych pokoleń mają coraz więcej innych rozrywek, z którymi NBA musi konkurować.
W różnych drużynach grałeś z Allenem Iversonem, Grantem Hillem, Vincem Carterem. Który z kolegów z drużyny, gwiazdorów NBA, zrobił na tobie największe wrażenie?
- Allan Houston, z którym grałem w Nowym Jorku w swoim ostatnim sezonie. On miał wówczas 33 lata i poważne problemy z kontuzjami, ale olbrzymie wrażenie robiła na mnie jego wiara i determinacja. Przed każdym meczem chodziliśmy wspólnie pomodlić się do kaplicy, dużo rozmawialiśmy. Jego gwiazda zaczynała blaknąć, był po poważnych operacjach kolan, wiadomo było, iż nie wróci do dawnej formy. Ale praca, którą wykonywał, była niesamowita. Rehabilitacja, trening, praca nad detalami – robił wszystko tak, jakby zależało od tego jego życie. Niestety, nie wrócił już do gry, skończył karierę. Pamiętam jednak jego podejście i myślę, iż Allan miał na mnie duży wpływ.
To ciekawe, bo miałeś wówczas 31 lat i sam byłeś weteranem.
- A kto powiedział, iż weteran nie może się uczyć? Poza tym to był Nowy Jork, miasto chaosu i wielkich możliwości, w którym niełatwo się skupić. A on skupiał się na rodzinie, wierze i powrocie do formy. To jego oddanie robiło na mnie wrażenie.
Dlaczego skończyłeś karierę tak wcześnie, w wieku 31 lat?
- Ze względu na rodzinę. Zdałem sobie sprawę, iż stoję przed ważnym wyborem – czy chcę czynnie uczestniczyć w jej życiu, czy latać po kraju grając w kosza. To była bardzo trudna decyzja, bo mogłem zarabiać kolejne miliony, miałem ofertę z Los Angeles Lakers – 25 mln za pięć lat. Mogłem grać z Kobem Bryantem, mógłbym walczyć o mistrzowskie tytuły. Ale odmówiłem. Uzgodniłem sam ze sobą, iż nie chcę już gonić za sportowymi sukcesami, bo poniosę duży koszt – stracę ważne chwile z rodziną. Miałem wówczas trzy córki – jedna szła do szkoły średniej, młodsze szykowały się do podstawówki. Chciałem czynnie uczestniczyć w ich życiu, przeżywać ważne momenty, być wsparciem. Z perspektywy czasu uważam, iż podjąłem dobrą decyzję, choć rozumiem, iż niektórzy mogliby powiedzieć, iż powinienem grać dłużej, zarobić jeszcze więcej pieniędzy i w ten sposób dać rodzinie to, czego potrzebuje. Ja postawiłem na obecność, relacje, bliskość.
A jakich rad udzieliłbyś młodym koszykarzom, którzy marzą o NBA? Na czym powinni się koncentrować?
- Po pierwsze: edukacja. W sporcie na zawodowym poziomie musisz mieć umiejętność szybkiego przetwarzania danych i podejmowania dobrych decyzji, czyli generalnie: szybkiego myślenia, a do tego potrzebna jest szkoła, regularne ćwiczenie umysłu. Wiem, iż dzieciaki czasem nie pojmują tego, iż nauka pomaga w sporcie, ale tak jest. Można powiedzieć, iż każdy mecz to egzamin, czyli w NBA masz 82 egzaminy, jeden po drugim. Musisz zapamiętać zagrywki, stosować się do słów trenera, komunikować z zawodnikami – twoja głowa musi przetwarzać wiele informacji, a najlepiej nauczyć się tego właśnie w szkole, poprzez rozwiązywanie zadań, zdawanie testów.
Po drugie: przesuwanie limitów dotyczących wysiłku, szukanie nowych granic dla swojego ciała. Mówiąc wprost: jeżeli nie lubisz ciężkiego treningu, jeżeli nie lubisz pracy na siłowni, koszykówka nie jest sportem dla ciebie, bo tutaj atletyzm to podstawa. Oczywiście, wyjątki takie jak Nikola Jokić się zdarzają, ale on to, czego mu brakuje, jeżeli chodzi o wyskok czy zwinność, nadrabia niesamowitą orientacją, rozumem, który pozwala mu przewidywać zagrania. Poza tym jego siła i tak jest na wystarczającym poziomie, bo spróbujcie podać piłkę jedną ręką przez całe boisko, prosto w ręce kolegi.
Po trzecie: dobrze jest mieć jakąś umiejętność na elitarnym poziomie. U mnie były to zbiórki – to one zostały mi wskazane, to na nich się skupiłem, to nimi wpasowałem się do NBA. To ważne, by dostrzec w sobie choćby niewielką rzecz, którą wykonuje się najlepiej i potem to szlifować. A do pracy podchodzić jednocześnie z energią i pokorą.