NBA: Czy New York Knicks są gotowi na mistrzostwo NBA?

9 godzin temu

Jeszcze miesiąc temu New York Knicks przegrywali 1-2 z Atlanta Hawks w pierwszej rundzie play-offów i wszyscy zaczynali się zastanawiać czy to kolejny rozczarowujący sezon. Rozpoczęto szukania winnych, zaczęto analizować, którzy zawodnicy zostaną wytransferowani i zastanawiać się czy Knicks powinni ściągnąć Giannisa? Dziś brzmi to jak opowieść z innego sezonu. Nowojorczycy awansowali właśnie do wielkiego finału NBA po raz pierwszy od 1999 roku. Wygrali 11 kolejnych meczów w play-offach. Najpierw odwrócili serię z Hawks, potem zdominowali Philadelphię 76ers, a w finale Konferencji Wschodniej rozbili Cleveland Cavaliers 4-0. Ostatni mecz tej serii był nie tylko formalnością, ale demonstracją siły. Dziś wszyscy zastanawiają się czy Knicks naprawdę są gotowi na zdobycie mistrzostwa NBA?

Knicks wygrali czwarty mecz finału Wschodu w Cleveland 130:93. Zamknęli serię na wyjeździe, prowadząc momentami choćby 45 punktami! Zrobili to nie dzięki jednemu wielkiemu występowi Jalena Brunsona, nie dzięki szczęśliwej końcówce, ale czy dniu konia gracza drugiego planu. Zrobili to jako drużyna kompletna, w której każdy zawodnik czuje się bardzo pewnie. Knicks świetnie bronili, biegali do kontrataków, grali szybko, fizycznie i mieli ogromne wsparcie z ławki rezerwowych.

To wszystko sprawia, iż Knicks nie stają na straconej pozycji w finale NBA, a coraz więcej osób uważa, iż idealnie wstrzelili się z formą i naprawdę mogą sięgnąć po tytuł.

Od kryzysu z Hawks do finału NBA

Najlepiej skalę tej przemiany pokazuje początek play-offów. Po trzech meczach serii z Hawks Knicks przegrywali 1-2. Atlanta wygrała dwa kolejne spotkania różnicą jednego punktu i Knicks byli pod presją, którą w Nowym Jorku znają wszyscy kibice koszykówki, bo co roku od kilku lat wielkie nadzieje kończyły się spektakularnymi niepowodzeniami.

Jednak od tamtego momentu Knicks nie przegrali ani jednego meczu! Wygrali 11 kolejnych spotkań w play-offach i to w jakim stylu! Jeszcze przed czwartym meczem z Cavs ich 10-meczowa seria była rekordowa! Nikt wcześniej (także w okresie zasadniczym!) nie wygrał 10 meczów z rzędu będąc na plusie 225 punktów.

Po wygranej 130:93 ten bilans wzrósł do +262 w 11 ostatnich meczach.

Wcześniejsze najwyższe wskaźniki +/- w 10 wygranych meczach z rzędu należały do Milwaukee Bucks, którzy w okresie zasadniczym w 1971 byli na plusie 212 punktów, a w 1973 roku 214.

Warto podkreślić, iż Knicks w tej serii zwycięstw nie tylko po prostu wygrywali, ale odbierali rywalom nadzieję. Hawks zostali rozbici w szóstym meczu różnicą 51 punktów. Sixers zostali zmieceni 4-0, podobnie jak Cavs, którzy poza pierwszym meczem nie znaleźli sposobu na postawienie się nowojorczykom.

To nie było zwykłe zamknięcie serii

Cavs mieli grać w trzecim i czwartym meczu jak drużyna zdesperowana i głodna zwycięstwa. Własna hala i doping kibiców miały ich ponieść i nawiązać walkę. Nic z tego się nie udało. Liderzy Cavs zawiedli, a rezerwowi nie stanęli na wysokości zadania i mimo wsparcia fanów nie potrafili dać drużynie tego, czego oczekiwał trener Atkinson.

Knicks wygrali czwarty mecz 130:93. Do tego mieli 60 zbiórek przy 33 Cavs. Goście zdobyli 33 punkty z kontrataku, a gospodarze zaledwie dzewięć. Knicks zdobyli 32 punkty drugiej szansy, a Cavs zaledwie pięć. Ławka nowojorczyków wygrała z ławką Cavs 58:24 (a w przerwie 27:3). To nie jeden szczegół, nie jakiś detal zaważył na wygranej Knicks. To była pełna, totalna dominacja.

Mike Brown po meczu zwrócił uwagę, iż Knicks zdobyli łącznie 65 punktów z kontrataków i ponowień po zbiórkach ofensywnych. Przyznał, iż na tym etapie sezonu czegoś takiego się nie widuje. Trudno się z nim nie zgodzić.

130 punktów bez zawodnika z 20 punktami!?

Chyba najbardziej imponujące w ostatnim meczu było to, iż żaden z zawodników Knicks nie zdobył choćby 20 punktów! Karl-Anthony Towns miał 19 punktów i 14 zbiórek, OG Anunoby dołożył 17 punktów. Landry Shamet zdobył 16 z ławki. Jalen Brunson i Mikal Bridges rzucili po 15 punktów. Miles McBride dodał 12 „oczek”, a Mitchell Robinson 10. Takie osiągnięcie mówi bardzo dużo o tej drużynie. O jej sile, gdzie każdy zawodnik wnosi dużo od siebie.

Przez długi czas o Nowym Jorku mówiło się głównie przez pryzmat Brunsona. I słusznie, bo Brunson jest liderem zespołu. Zdobył nagrodę MVP finału Konferencji Wschodniej i jest jednym z najlepszych zawodników tych play-offów. Jego gra pod wodzą trenera Browna zmieniła się w porównaniu do poprzedniego sezonu. Brunson nie jest już tym „klepaczem„, który kozłuje najwięcej w całej NBA i szuka okazji do gry indywidualnej. Obecni Knicks dzielą się piłką niemal jak drużyna uniwersytecka czy młodzieżowa. Nikt nie ma problemu, żeby podać do partnera na lepszej pozycji, bo bo zwycięstwo i sukces zespołu jest dla nich najważniejszy.

To wbrew pozorom nie jest takie łatwe i oczywiste. Żeby taka sytuacja miała miejsce w NBA, to liderzy musieli schować swoje ego i skupić się na zespole i wierze w kolegów. Pozostali zawodnicy musieli poczuć to wsparcie i zaufanie. To naprawdę nie jest codzienność w lidze, w której każdy oceniany jest przez pryzmat statystyk.

Jalen Brunson – lider, ale już nie samotny wilk

Jalen Brunson został jednogłośnie MVP finału Konferencji Wschodniej. W serii z Cavaliers notował średnio 25,5 punktu i 7,8 asysty, trafiając 48,7% rzutów z gry. To liczby lidera, ale jeszcze ważniejsze jest to, jak prowadził zespół. W trzecim meczu zdobył 30 punktów bez trafionej trójki. To pokazuje, jak bardzo jego gra opiera się na czymś więcej niż rzucie z dystansu. Brunson żyje z rytmu, balansu, zatrzymań, zmian kierunku i kontaktu.

W czwartym meczu nie musiał być najlepszym strzelcem. I to może być jeszcze ważniejsze. Knicks nie wyglądają już jak drużyna, która musi polegać tylko na Brunsonie. On oczywiście przez cały czas jest ich najważniejszym graczem, który weźmie na siebie ciężar gry w decydującym momencie, ale ta drużyna nie musi już grać przez niego wszystkich akcji. To bardzo uwalniające dla samego Brunsona, ale też uwalniające dla potencjału drużyny i ogromny krok w stronę mistrzostwa. Knicks mają gwiazdę, która potrafi „zamknąć mecz”, ale nie muszą liczyć na jego heroizm i poświęcenie w każdym spotkaniu, bo mogą wygrywać jako kolektyw angażując każedgo, kto pojawia się na parkiecie.

Towns zaakceptował rolę, której Knicks potrzebowali

Jeżeli szukać jednego z najważniejszych powodów, dla których Knicks tak bardzo urośli w trakcie play-offów, to trzeba spojrzeć na Karla-Anthony’ego Townsa. Przez lata był traktowany jako ofensywnie utalentowany wysoki, wybitny strzelec jak na swoją pozycję, ale też zawodnik, którego drużyny nie potrafiły przełożyć jego talent na sukces w najważniejszych meczach.

W serii z Cavs Towns pokazał inną wersję siebie. W czwartym meczu miał 19 punktów, 14 zbiórek, 3 asysty, 2 przechwyty i 2 bloki. Nie musiał rzucać 30 punktów i nie musiał przetrzymać piłki, grać na siłę. Był potrzebny jako ktoś, kto rozciąga obronę, podejmuje decyzje, walczy na tablicach, pomaga w obronie i daje Knicks przewagę taktyczną przeciwko wysokim Cleveland. To był bardzo dojrzały występ pokazujący rozwój zawodnika, który zrozumiał, iż nie zawsze musi być pierwszym strzelcem, by być jednym z najważniejszych graczy na parkiecie.

60 zbiórek Knicks!

Czwarty mecz był jednym z najbardziej jednostronnych meczów na tablicach w play-offach w XXI wieku. Knicks wygrali zbiórkę 60:33. Różnica +27 na tablicach to rzadkość na tym etapie rozgrywek. To dopiero dziesiąty przypadek w tym stuleciu, gdy jakakolwiek drużyna była w meczu play-off na plusie co najmniej 27 zbiórek.

Knicks zanotowali 60 zbiórek po raz 12. w historii swoich występów w play-offach. Mieli też 20 zbiórek ofensywnych po raz 17. w historii klubu w postseason.

Najlepiej skalę dominacji pokazuje jeszcze jeden szczegół. Otóż Towns, Josh Hart i Mitchell Robinson, wszyscy mieli dwucyfrową liczbę zbiórek, choć żaden z nich nie grał choćby 26 minut! To nie jest jednak przypadek. To jest nowa tożsamość nowojorczyków na którą pracowali cały sezon. W play-offach często mówi się o egzekucji, celnych rzutach i gwiazdach, ale mistrzostwo bardzo często wygrywa się też na zbiórkach.

Zabójcze kontry

Przed czwartym meczem było jasne, iż Cleveland musi zatrzymać szybki atak Knicks. Nie zatrzymało. Nowojorczycy wygrali w tym elemencie 33:9. W trzecim spotkaniu było podobnie, bo 30:10. Dwa mecze w Cleveland, ten sam problem, żadnej odpowiedzi.

To z jaką łatwością Knicks uruchamiali kontry było wręcz niewiarygodne. Hart zbierał i natychmiast ruszał z piłką. Bridges wyprzedzał obrońców. Anunoby zajmował rogi boiska. Brunson rozpoznawał przewagę zanim obrona Cavs zdążyła się ustawić. Towns po zbiórce od razu patrzył do przodu i uruchomiał partnerów, a Shamet był gotowy za linią trzech punktów, zanim Cleveland zdążyło wrócić na swoją połowę.

Allen i Mobley mieli być murem nie do przejścia pod koszem. Tymczasem Knicks bardzo często nie pozwalali obronie Cavs choćby się ustawić. Trudno wykorzystać swoje atuty, kiedy choćby nie masz możliwości podjąć takiej próby.

To będzie jeden z najważniejszych sygnałów dla finałowego rywala. Niezależnie od tego, czy po drugiej stronie staną Oklahoma City Thunder czy San Antonio Spurs, to będą oni musieli pamiętać, iż przeciwko Knicks trzeba natychmiast wracać do obrony i nie można tracić piłki na obwodzie, bo takie błędy rywal wykorzysta w mgnieniu oka.

Landry Shamet – bohater drugiego planu

Każda drużyna, która chce wygrać mistrzostwo, potrzebuje kogoś spoza pierwszego planu. Kogoś, kogo rywal przez dwa dni odprawy traktuje jako „kontrolowane ryzyko”, a potem nagle okazuje się, iż ten zawodnik był bohaterem ważnego fragmentu, który potem przełożył się na wynik końcowy.

Prawie każda drużyna mistrzowska miała w składzie takiego rezerwowego, który trafiał bardzo ważne rzuty, a jego dobra gra zaważyła na końcowym wyniku. Takimi zawodnikami był na pewno legendarny Robert Horry, ale też Jason Terry (Mavs), albo Andre Iguodala i Shaun Livingston z legendarnej dynastii Golden State Warriors. Byli nimi też Ray Allen i Shane Battier w barwach Miami Heat, czy Fred VanVleet grając w Raptors, albo James Posey, który zdobył mistrzostwo z Heat w 2006 roku oraz z Celtics w w 2008.

Dla Knicks kimś takim w finale Wschodu był Landry Shamet. W pierwszym spotkaniu trafił wszystkie trzy trójki, kiedy Knicks odrabiali 22 punkty straty w czwartej kwarcie. W trzecim spotkaniu dał Knicks 14 punktów z ławki (4/5 za 3), a w czwartym trafił wszystkie cztery rzuty z dystansu i zapisał na swoim koncie 16 punktów.

W całej serii z Cleveland Shamet trafił 11 z 12 rzutów za trzy punkty, co daje 92% skuteczności! Brzmi to niemal absurdalnie, ale bardzo dobrze pokazuje, jak dobrą drużyną stali się Knicks.

Rywal przygotowuje się na Brunsona, Townsa, Bridgesa i Anunoby’ego, a potem Shamet trafia trzy rzuty w kilka minut i cały plan defensywny się sypie.

Najlepsze jednak w tym wszystkim jest to, iż Shamet nie jest jedynym graczem Knicks, który wchodząc z ławki może odmienić losy serii. Równie dobrze bohaterem spotkania może zostać Miles McBride, Jose Alvarado czy Jordan Clarkson. To jest właśnie ogromna siła nowojorczyków.

Bridges i Anunoby w wielkiej formie

Ciekawa jest teza, ze współczesne finały NBA bardzo często wygrywa się skrzydłowymi. Knicks mają dwóch zawodników, którzy idealnie pasują do takiego profilu.

Mikal Bridges nie musi mieć długo piłki w rękach, aby mieć pozytywny wpływ na wynik. Może bronić najlepszego obwodowego rywali, przechwycić podanie, pobiec do kontry, trafić z półdystansu albo skończyć akcję po ruchu bez piłki. W trzecim meczu miał 22 punkty, 6 zbiórek, 3 przechwyty i 2 bloki. W czwartym nie był już tak skuteczny, ale też zdobył sporo punktów z kontry i dobrze bronił.

Anunoby natomiast daje Knicks coś, co w play-offach jest bezcenne, czyli obronę na kilku pozycjach, fizyczność, ale też potrafi rozciągać grę, bo dobrze rzuca z dystansu, a jak rywal kryje blisko to mija i zdobywa punkty spod kosza lub wsadem. Też może bronić lidera przeciwników, a po drugiej stronie zdobywać łatwe punkty. Może przejąć krycie, zamknąć linię podania, wymusić błąd, a potem trafić trójkę bez wcześniejszego kontaktu z piłką przez kilka posiadań.

To właśnie dlatego Knicks wyglądają tak poważnie. Brunson jest liderem. Towns daje im nietypowy profil wysokiego. Ale Bridges, Anunoby i Hart nadają tej drużynie końcowy kształt. Bez takich skrzydeł trudno dziś wygrać cztery rundy.

Obrona Knicks też wygrała tę serię

Łatwo zachwycić się 130 punktami, trójkami Shameta i dominacją na tablicach, ale Knicks wygrali z Cleveland również obroną. Cavaliers nie wyglądali w tej serii jak drużyna, która przez dużą część sezonu była jedną z najlepszych ekip Wschodu. Donovan Mitchell miał swoje momenty i w czwartym meczu zdobył 31 punktów, ale Cavs nie potrafili narzucić swojego stylu i rytmu gry. James Harden przeplatał udane akcje stratami i fatalną obroną, a Evan Mobley i Jarrett Allen nie zdominowali strefy podkoszowej.

Jest też element, którego nie da się zapisać w statystykach, ale Knicks odbierali Cavaliers rytm grania. Zmuszali ich do strat, karcili kontrami i ograniczali jakość rzutów z dystansu. Atakowali też słabsze punkty defensywy, ale przede wszystkim nie pozwalali Cavs się rozpędzić. W koszykówce przewagę zdobywa się dzięki seriom i zrywom, kiedy np. w trzech kolejnych akcjach drużyna trafia z dystansu, albo popisuje się kontrami. Knicks z łatwością takie serie zaliczali, ale też potrafili bardzo gwałtownie przerywać dobrą passę rywali.

Mike Brown wraca do finału

Ta historia ma też interesujący osobisty wymiar. Mike Brown prowadził kiedyś Cavaliers do finału NBA w 2007 roku. Teraz wraca do niego jako trener Knicks po zwycięstwie właśnie nad Cleveland.

Brown znalazł Knicks złoty środek, równowagę, której ta drużyna tak bardzo potrzebowała i szukała jej od lat. Nie zabrał Brunsonowi piłki, ale sprawił, iż ofensywa przestała być teatrem jednego aktora. Wykorzystał Townsa jako wysokiego, który rozciąga grę i rozdaje asysty. Uwolnił Bridgesa i Anunoby’ego i dał Hartowi przestrzeń do gry w jego stylu, czyli „kontrolowanego chaosu”. Utrzymał też Robinsona w roli, która może nie jest efektowna, ale jest niezwykle ważna. Znalazł minuty dla Shameta, a ten odpłacił mu serią wielkich rzutów.

Knicks nie grają efektowniej, niż przed rokiem. Mistrzostwo Wschodu wywalczyli dzięki wejściu na jeszcze wyższy poziom pod wieloma względami, które wcześniej zostały opisane.

Finał? Sprawa otwarta

Knicks nie zaczęli grać efektowniej w porównaniu do zeszłego sezonu, ale poprawili wiele elementów, które dziś sprawiają, iż mówimy o drużynie niemal kompletnej, która jest gotowa na walkę o mistrzostwo.

Oczywiście w wielkim finale NBA nowojorczycy nie będą faworytami, niezależnie od tego, czy po drugiej stronie staną Oklahoma City Thunder czy San Antonio Spurs. Aktualni mistrzowie mają najlepszego gracza w lidze – MVPShaia Gilgeousa-Alexandra oraz głębie składu. Spurs mają natomiast Victora Wembanyamę i też długą ławkę rezerwowych.

Knicks mają skład, który może przeciwstawić się każdemu. Poza tym warto zwrócić uwagę, iż omijają ich kontuzje i praktycznie każdy zawodnik jest w bardzo wysokiej formie. To też jest ogromna sztuka, aby wstrzelić się z formą, z dyspozycją w najważniejszym momencie sezonu.

To wszystko rzecz jasna nie gwarantuje Knicks mistrzostwa, ale patrząc obiektywnie nowojorczycy spełniają w tym momencie wszystkie kryteria, które trzeba wziąć pod uwagę mówiąc o drużynie, która może wygrać finał NBA.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim w swoich mediach społecznościowych i zostaw komentarz. Więcej moich artykułów znajdziesz tutaj.

Terminarz finału NBA 2026

Mecz 1: 3 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z środy na czwartek, 3 na 4 czerwca, godz. 2:30) – NA ŻYWO w TVP SPORT

Mecz 2: 5 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z piątku na sobotę, 5 na 6 czerwca, godz. 2:30) – NA ŻYWO w TVP SPORT

Mecz 3: 8 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z poniedziałku na wtorek, 8 na 9 czerwca, godz. 2:30) – NA ŻYWO w TVP SPORT

Mecz 4: 10 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z środy na czwartek, 10 na 11 czerwca, godz. 2:30) – NA ŻYWO w TVP SPORT

Mecz 5: 13 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z soboty na niedzielę, 13 na 14 czerwca, godz. 2:30)*** – NA ŻYWO w TVP SPORT

Mecz 6: 16 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z wtorku na środę, 16 na 17 czerwca, godz. 2:30)*** – NA ŻYWO w TVP SPORT

Mecz 7: 19 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z piątku na sobotę, 19 na 20 czerwca, godz. 2:30)*** – NA ŻYWO w TVP SPORT

*** jeżeli będzie potrzebny.

Czy wiesz, że PROBASKET ma swój kanał na WhatsAppie? Kliknij tutaj i dołącz do obserwowania go, by nie przegapić najnowszych informacji ze świata NBA! A może wolisz korzystać z Google News? Znajdziesz nas też tam, zapraszamy!

Wspieraj PROBASKET

  • Sprawdź najlepsze promocje NIKE i AIR JORDAN w Lounge by Zalando
  • W oficjalnym sklepie NIKE znajdziesz najnowsze produkty NIKE i JORDAN oraz dobre promocje.
  • Oficjalny sklep marki adidas też ma dużo do zaoferowania.
  • Oglądasz NBA? Skorzystaj z aktualnej oferty - kup dostęp do NBA League Pass.
  • Lubisz buty marki New Balance? W ich oficjalnym sklepie znajdziesz coś dla siebie.
  • Oryginalne perfumy i kosmetyki z dużymi rabatami znajdziesz w sklepie FLACONI.PL
  • Idź do oryginalnego materiału