To miał być rok, w którym Cleveland Cavaliers na stałe powrócą do ligowej elity, jednak rzeczywistość okazała się brutalna. Po upokarzającej porażce 93:130 w czwartym meczu finałów Konferencji Wschodniej, New York Knicks dopełnili dzieła zniszczenia, wyrzucając rywali z play-offów wynikiem 4-0. Choć sportowy wynik jest dla podopiecznych Kenny’ego Atkinsona zdecydowanie poniżej oczekiwań, lider zespołu, Donovan Mitchell, po końcowej syrenie stanął na pierwszej linii ognia, broniąc swoich kolegów, trenera i własnej przyszłości w Ohio.
Czwarty mecz serii od samego początku nie układał się po myśli gospodarzy. Już w pierwszej połowie New York Knicks zbudowali bezpieczną przewagę, co wywołało u Donovana Mitchella nieskrywaną furię. Kamery zarejestrowały moment, w którym lider Cleveland Cavaliers podczas jednej z przerw na żądanie żywiołowo wykrzykiwał w stronę kolegów z drużyny instrukcje, mając przy tym do nich ewidentne pretensje.
Brak determinacji i defensywne błędy jego drużyny zostały zresztą surowo ocenione przez ekspertów, w tym Charlesa Barkleya, który stwierdził wprost: – Dzieciaki przed telewizorami, jeżeli chcecie zobaczyć na własne oczy, co znaczy się poddać, spójrzcie na Cavaliers.
Tego ostatniego akurat nie da się powiedzieć o Mitchellu. Popularny Spida dwoił się i troił, by odmienić losy meczu, ale choćby jego 31 punktów i cztery zbiórki, okraszone dobrą skutecznością (50% z gry, w tym 55,6% z dystansu) nie wystarczyło. I to choćby pomimo faktu, iż co najmniej przyzwoite występy zaliczyli też Evan Mobley (15 oczek, siedem zbiórek i cztery asysty) czy Thomas Bryant (10 punktów zdobyte w dziewięć minut).
Po meczu głównym celem krytyki – zresztą nie po raz pierwszy w tych play-offach – stał się James Harden, który w decydującym starciu trafił zaledwie 2/8 rzutów z gry. Mitchell postanowił jednak stanowczo sprzeciwić się narracji umniejszającej dokonania swojego partnera z obrony.
– Ten człowiek zmienił koszykówkę. Żyjemy w kulturze, w której wszystko mierzy się liczbą pierścieni, więc łatwo skreślić kogoś tylko dlatego, iż jeszcze nie zdobył mistrzostwa — choćby jeżeli mówimy o zawodniku, który wykracza poza tę grę. Zdecydowanie za mało mówi się o jego wielkości – grzmiał 29-latek podczas konferencji prasowej. Lider Cavs nazwał wręcz dyskurs wokół starszego kolegi po fachu „niesprawiedliwym”, przypominając o jego wcześniejszych sukcesach i grze w barwach Brooklyn Nets mimo kontuzji ścięgna podkolanowego.
Podobną lojalność Donovan wykazał wobec trenera Kenny’ego Atkinsona, który mimo świetnego sezonu regularnego, musiał zmierzyć się z falą krytyki po porażce w play-offach. Mitchell, zapytany o presję ciążącą na szkoleniowcu, odpowiedział krótko i dosadnie: – Wiem na pewno, iż jest z Long Island i ma to totalnie gdzieś. W ten sposób zawodnik podkreślił twardy charakter swojego pryncypała i zaufanie, jakim cieszy się on w szatni Cavaliers.
Gdy tylko opadł bitewny kurz, dziennikarze natychmiast skierowali wzrok w stronę nadchodzącego lata. Jednym z najgorętszych tematów stał się potencjalny powrót LeBrona Jamesa do Cleveland, zwłaszcza iż legenda klubu stanie się wolnym agentem. Mitchell, pytany o to, czy chciałby ponownego przyjścia 41-latka do Cavs, umiejętnie uniknął kontrowersji.
– To nie jest pytanie do mnie. Nie próbuję trafić na nagłówki gazet. To pytanie do Koby’ego Altmana i Mike’a Ganseya – uciął dyskusję, wskazując na władze klubu.
Mimo rozczarowującego zakończenia sezonu, Spida wysłał też jasny sygnał dotyczący swojej lojalności wobec obecnego pracodawcy. Choć jego aktualny kontrakt obowiązuje jeszcze przez dwa lata, zawodnik będzie uprawniony do podpisania przedłużenia już w lipcu.
– Uwielbiam to miejsce. Nie wiem, jak inaczej to ująć. Powtarzałem to jeszcze przed podpisaniem poprzedniego przedłużenia kontraktu — kocham tu być. Nie mam wątpliwości, iż ta drużyna może osiągnąć ten cel. Mamy jeszcze niedokończone sprawy. To miasto zasługuje na mistrzostwo, a my musimy dalej walczyć – zadeklarował gwiazdor.
Tak czy inaczej, dla Cavaliers „sweep” w finałach konferencji to bolesna lekcja, którą Mitchell porównał do drogi, jaką musieli swego czasu przejść ich rywale z Nowego Jorku. Lider zespołu nie ukrywał jednak wstydu z powodu stylu, w jakim pożegnali się z kibicami.
– Przepraszam miasto Cleveland, iż skończyło się to w ten sposób. To jest do dupy – wyznał szczerze, nie gryząc się w język. Jednocześnie zapowiedział, iż zespół wykorzysta to doświadczenie jako lekcję, by w przyszłym roku wrócić „głodnym sukcesu i skupionym”. Przed zarządem klubu z Ohio stoi teraz najważniejsze lato, które zdeterminuje, czy te obietnice znajdą pokrycie w rzeczywistości.


20 godzin temu











