Jedyny polski piłkarz, który grał w Wenezueli. Pomógł mu... Jan Paweł II, osobiście!

1 dzień temu
To było jak zamiana czarno-białej Veli na kolorowy Goldstar. Zmierzająca dziś ku gospodarczemu upadkowi Wenezuela jeszcze trzy dekady temu była państwem, któremu Polska miała czego zazdrościć. Doświadczył tego reprezentant naszego kraju, Jacek Grembocki, który wszedł w świat wenezuelskiej piłki. Pomógł w tym... Jan Paweł II.
W ostatnich latach uciekła z Wenezueli 1/4 populacji, choć jeszcze trzy dekady temu w tym kraju zatrzymywano nielegalnych imigrantów, nie tylko z państw sąsiednich. To był też moment, kiedy do Wenezueli trafił polski sportowiec. Egzotyczny kierunek obrany przez byłego reprezentanta Polski Jacka Grembockiego w tamtym czasie był trochę jak amerykański sen w wersji latynoskiej. Grembocki trafił do kraju, gdzie benzyna była tańsza od wody, technologia wyprzedzała polską rzeczywistość o dekadę, obiekty sportowe powodowały przyjemne zdziwienie, a ciepłe słowo od papieża Polaka otwierało drzwi do kontraktu.


REKLAMA


Zobacz wideo Leo Beenhakker wściekł się na Piotra Żelaznego! "Tak się wkurzył, iż zaczął mnie wyzywać"


Jak w Ameryce. "Wakacje życia"
Polski sportowiec robi karierę w Wenezueli? Te hasło brzmi dziś jak absurd. W tym kraju w ostatniej dekadzie pragnieniem był bilet tylko w jedną stronę. Na emigrację od 2015 roku zdecydowało się 8 mln ludzi. Gnębieni terrorem, głodem, brakiem dostępu to służby zdrowia i korupcją, z ojczyzną nie chcieli mieć wiele wspólnego. Uciekał kto mógł i gdzie mógł, co najlepiej obrazuje zeszłoroczny przypadek tamtejszej reprezentacji U23 w baseballu, najpopularniejszej dyscypliny w kraju. Młodzi zawodnicy, gdy tylko wylądowali w Hiszpanii, gdzie mieli wystąpić w turnieju towarzyskim, od razu poprosili o azyl.
Mówimy o mieszkańcach kraju, który jeszcze w latach 90. był najlepiej rozwijającym się państwem Ameryki Łacińskiej, a w 1991 roku jego PKB na mieszkańca (w dolarach) przekraczało PKB Polski o 87 proc. To m.in dlatego w 1996 roku wylądował tam Jacek Grembocki. Były już wówczas reprezentant Polski, zawodnik Lechii Gdańsk, Górnika Zabrze i kilku niemieckich klubów. Był już po 30.


- Trafiłem tam trochę z przypadku, ponieważ mój niemiecki klub bankrutował i chciał się pozbyć droższych piłkarzy. Pojechałem na dwa tygodnie na testy. Spodobałem się, a klub - FC Caracas - spodobał się mi – relacjonuje Grembocki. - Granie tam było też bardzo korzystne finansowo. To były moje wakacje życia. Nie dość, iż dobrze płacili, to jeszcze zwiedziłem całą Wenezuelę i Argentynę.
W połowie lat 90. średnia pensja w Polsce była niemal czterokrotnie mniejsza niż w Wenezueli. W świecie piłki też dało się to odczuć.


- W Polsce panował kryzys, w Górniku zarabiałem w przeliczeniu jakieś 1500 dolarów miesięcznie. W Olimpii Poznań wypłaty były jeszcze mniejsze, a klub i tak potem nie płacił - nakreśla sytuację obecny trener Akademii AP Grembocki.
Wiążąc się z mistrzem Wenezueli, którego przyrównuje do miejscowego Realu Madryt, Grembocki wypłaty miał regularne, pewne i to w dolarach, przelewami z banku w Nowym Jorku. Pewną część honorarium dostawał w boliwarach, miejscowej walucie. To było na bieżące wydatki. A kupować było co, w Wenezueli sklepowe półki uginały się od towarów.
- Z tego co widziałem, Wenezuelczykom żyło się dobrze. Znacznie lepiej niż Polakom. To był wolny, spokojny, uśmiechnięty kraj. Były tam już centra handlowe, restauracje z muzyką na żywo, w sklepach markowe ciuchy. My w Polsce o takich luksusach mogliśmy wtedy pomarzyć. Niemal każdy też miał kartę kredytową. Każdy oprócz mnie. Wszędzie widziałem punkty Motoroli i powszechny dostęp do telefonii komórkowej, co u nas dopiero raczkowało. Każdy na ulicy miał mały telefon z klapką. Chciałem sobie taki kupić do Polski, ale jako obcokrajowiec nie mogłem podpisać umowy – wspomina Grembocki.
Galon benzyny tańszy niż litr wody
- Po treningu przychodziłem do mieszkania i włączałem telewizję. W tamtym czasie w Wenezueli funkcjonowało wiele kanałów prywatnych, liczba dostępnych stacji była spora – wspomina Grembocki, dodając, iż oglądał choćby bajki Disneya czy reklamy robione już wówczas z amerykańskim rozmachem. Do tego też oczywiście śledził popularne w Ameryce Płd. telenowele.


- Pamiętam też, iż prezenterki programów, również sportowych, były wyjątkowej urody, jakby brali je z konkursów miss. Chociaż w latach 90. gospodarka Wenezueli przeżywała już wstrząsy, to jednak poziom życia ludzi - w porównaniu z tym obecnym - był jak niebo i ziemia.
- Benzyna była wtedy niewiarygodnie tania, galon kosztował mniej niż litr wody. Autostrady przecinające Caracas miały po cztery lub pięć pasów i były zapełnione wielkimi, amerykańskimi wozami. Na stacjach benzynowych nikt nie przejmował się rozlanym paliwem, bo nie miało ono dla nich wielkiej wartości - opisuje Grembocki.
Taki obraz Wenezueli sprawiał, iż w latach 90. była ona atrakcyjnym krajem choćby dla Włochów, Hiszpanów, Portugalczyków i oczywiście Kolumbijczyków. Ci ostatni zresztą często przedzierali się do Wenezueli nielegalnie.
- Jadąc kiedyś taksówką do chińskiej restauracji zapomniałem paszportu. Byłem w szoku, widząc blokady wojskowe, przy których stali nielegalni imigranci z Kolumbii. Nas na szczęście nie skontrolowano. Dzisiaj sytuacja jest odwrotna i ludzie z Wenezueli uciekają, m.in. właśnie do Kolumbii - zauważa Grembocki.


Bogactwo sąsiadowało z biedą
Żeby nie było tak różowo, Wenezuela lat 90. okazała się też krajem kontrastów. Bogactwo sąsiadowało z nędzą.
- W niżej położonych dzielnicach widać było luksus, natomiast wyżej znajdowały się te biedne, gdzie trzeba było zachować szczególną ostrożność, np. idąc z autobusu do bazy treningowej – przypomina sobie nasz rozmówca.
Caracas w tej chwili wygrywa niechlubne rankingi miast najbardziej niebezpiecznych na świecie (choćby ten za 2024 rok, stworzony przez Forbes Advisor). Trzy dekady temu "przegrywało" jeszcze z ośrodkami kolumbijskimi, brazylijskimi czy z RPA, choć zawsze trzeba było uważać.
- Wokół miasta były wojskowe punkty kontrolne. Chodząc po mieście, nie nosiłem grubego złotego łańcucha ani zegarka, żeby nie kusić losu i nie ryzykować, iż ktoś podjedzie na motorze i mi to wyrwie. Bywałem też w rozrywkowej dzielnicy Caracas na dyskotekach i tam nie było żadnego problemu. Raz musiałem podnieść ręce do góry, gdy podjechało do nas dwóch mężczyzn. Wyskoczyli, coś krzyczeli. Okazało się jednak, iż to byli policjanci. Akurat trwały poszukiwania jakiegoś mężczyzny. Szedłem wtedy z kolegą, Ghańczykiem Michaelem Oseim, pasował im do opisu podejrzanego. Był tak zdenerwowany, iż aż mu paszport wypadł z ręki. Wyjaśniliśmy, iż jesteśmy piłkarzami - opowiada Grembocki, puentując, iż skończyło się na strachu.


Zagraniczni piłkarze w Caracas dostawali też zalecenia, by korzystać wyłącznie z licencjonowanych taksówek, aby uniknąć kradzieży czy innych niemiłych przygód.


Grembocki, pytany o sygnały zwiastujące możliwe problemy kraju, przypomina sobie, iż w wenezuelskich bankach nie można było swobodnie kupić dolarów, a mieszkańcy, przeczuwając inflację, zaczynali inwestować w amerykańską walutę na czarnym rynku. Dekadę później kraj borykał się już z hiperinflacją, liczoną w rekordowym momencie w setkach tysięcy procent, a kilka lat temu - według danych organizacji humanitarnych - aż 94 proc. populacji nie miało wystarczających środków na zakup towarów i usług.
Jan Paweł II pomógł rodakowi
Sportowe Caracas lat 90. też robiło na Polaku wrażenie, mimo iż wcześniej grał przecież m.in. w ekipie mistrza Polski. Zestawienie Zabrza i Caracas było jak przejście z czarno-białej Veli, na kolorowy Goldstar. FC Caracas już wtedy posiadało boisko halowe ze sztuczną nawierzchnią i z klimatyzacją. Do tego miało piękne boiska trawiaste i inne sportowe obiekty. Płaciło zawodnikom adekwatnie za wszystko. Właściciel klubu, Guillermo Valentiner, jeden z najbogatszych ludzi w Ameryce Południowej, miał też przecież zawodowe kluby bejsbolowy i koszykarski. Zresztą piłkarska drużyna Caracas odbywała czasem rozruch na boiskach bejsbolowych, tam gdzie była bujna trawa.
Valentiner przyjechał też kiedyś ze swoją świtą na trening drużyny. To było wtedy, gdy Grembocki był jeszcze na testach. Trudno zgadywać, jak potoczyłyby się losy polskiego piłkarza, gdyby nie... Jan Paweł II. Papież Polak wizytował wówczas Wenezuelę.


- Valentiner był na spotkaniu z papieżem i pochwalił się, iż ma Polaka na testach w zespole, na co papież odpowiedział, iż w takim razie "mojemu rodakowi trzeba pomóc". Dla katolików w Wenezueli miało to ogromne znaczenie – opisuje Grembocki, zapewniając, iż informacje o tym fakcie w wenezuelskich gazetach zachował sobie do dziś.
Wiara katolicka była zresztą mocno obecna w szatni drużyny. - Zawodnicy modlili się przed meczami, czytali Biblię, palili świeczki i klękali przed świętymi obrazkami – opowiada.
Tak Grembocki, z papieską pomocą, stał się pierwszym Polakiem grającym w Wenezueli i w Copa Libertadores, w którym rozegrał jeden mecz. W Ameryce Południowej spędził pół sezonu (będąc głównie rezerwowym). Poziom jego drużyny był niezły, choć całą ligę klasyfikował niżej od polskiej. Wcześniejsze kontuzje kolana i wiek sprawiały, iż klub stawiał na innych zawodników, a drogiego kontraktu Polaka nie przedłużono.
Zresztą już kilka lat po powrocie Grembockiego do Polski w Wenezueli zaczęło dziać się bardzo źle. Hugo Chavez, który został prezydentem kraju w 1999 roku. Mimo wstępnych zapewnień o poprawie losu obywateli, zajął się głównie przejmowaniem produkcji ropy przez państwowe firmy. Potem, w ciągu w sumie 14 lat swych rządów wywłaszczał przedsiębiorców z kolejnych sektorów. Wynieść musieli się stamtąd m.in. Amerykanie, a biznesy tracili też Wenezuelczycy. Swoje zrobiła też powódź. W połączeniu z korupcją i błędami w zarządzaniu doprowadziło to do kryzysu gospodarczego, hiperinflacji i niedoborów towarów.


Głowa państwa na bok odłożyła też demokrację i ostro rozprawiała się z oponentami. sukcesor Chaveza, Nicolas Maduro, kontynuował tę politykę, a choćby posunął się dalej. Sfałszował wybory prezydenckie i zdaniem Amerykanów zajął się biznesem narkotykowym i terroryzmem. To dlatego, jak tłumaczy prezydent Donald Trump, Maduro został schwytany w Caracas przez amerykańskie oddziały specjalne i przewieziony na terytorium USA, gdzie czeka go proces.
Idź do oryginalnego materiału