Żużel. Ojciec nie miał na sprzęt, teraz buduje karierę syna. Polonia ma kolejną perełkę?

3 tygodni temu

Najczęstszą drogą do zakochania się w tym sporcie jest pójście z tatą lub dziadkiem na stadion, a potem zwykle już nie ma odwrotu. Podobnie było u Marcela Gackowskiego, którego żużlowym bakcylem zaraził tata. Ciekawą kwestią jest fakt, iż tata również chciał spróbować w sporcie żużlowym swoich sił, jednak nie było mu to dane. Na szczęście w przypadku Marcela nie powtórzyła się ta historia i trener Jacek Woźniak gwałtownie przyniósł potrzebne dokumenty, by młody bydgoszczanin mógł dalej się rozwijać.

Do żużla robili trzy podejścia. Finanse ich pokonywały

– Niestety nikt u nas wcześniej nie jeździł, ale ja zawsze bardzo tego chciałem. Za dzieciaka robiliśmy do tego trzy podejścia. Wiadomo, w tamtych czasach na Polonii nie było miniżużla. Odsyłali mnie, żebym przyszedł, jak będę miał 12 lat. Jak przyszliśmy z moim ojcem, gdy miałem 12 lat, powiedzieli, iż nie ma sprzętu i zapraszają na motocykle o pojemności 500 cc w wieku 15 lat. A jak przyszliśmy na 500 cc, okazało się, iż potrzebny jest duży wkład finansowy. I tak ten temat się zakończył. Natomiast początki Marcela to był taki chiński motorek. Jak poszliśmy na Polonię na pierwszy trening, to syn nie miał choćby profesjonalnego crossika, tylko takiego małego pocket bike’a – mini ścigacza. Ściągnęliśmy z niego owiewki i praktycznie swój pierwszy trening na torze żużlowym odbył na tym sprzęcie. To była niezła sensacja! Od razu leciał na „pełnym gazie”. Trener Jacek od razu przyniósł nam dokumenty adeptów, bo widział, iż chłopak ma spore możliwości – opowiada tata Marcela.

– To było tak dawno, iż ciężko mi to w ogóle określić. Miał sześć lat, kiedy pojawił się w szkółce na bydgoskim minitorze. Przyszedł z rodzicami i do dzisiaj się z nimi pojawia. Rodzice cały czas aktywnie uczestniczą w jego przygodzie z miniżużlem. Był jednym z wielu chłopców, którzy po prostu zaczynali swoją przygodę na małych motorkach i krótkim torze. Jakoś wyjątkowo nie rzucał się w oczy. Może inaczej – jedyne moje spostrzeżenie było takie, iż był bardzo niewysoki. choćby jak na sześcioletnie dziecko – zaznacza trener Jacek Woźniak.

Żużel. Nowy kanał dla żużla w telewizji? Canal Plus reaguje! – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. Co z Kuberą po wypadku? Są najnowsze wieści ze szpitala! – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. Kto najlepszym i najgorszym transferem sezonu? Komarnicki wskazał! – PoBandzie – Portal Sportowy

Początkowo się nie wyróżniał. Rósł z każdym treningiem

– Oprócz tego długo trenował, zanim skończył dziesięć lat i mógł oficjalnie zdać licencję. Na początku nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym, ale z treningu na trening można było zauważyć, iż perfekcyjnie realizuje zadania. Rzeczy, o których rozmawialiśmy w parku maszyn przed wyjazdem na tor, on potem realizował krok po kroku. Złapanie tego wszystkiego zajęło mu kilka lat. Musi pan sobie wyobrazić, iż sześcioletnie dziecko nie jest łatwo nauczyć jazdy ślizgiem, prawidłowego startowania spod taśmy, a dopiero później samego ścigania. Ale myślę, iż po półtora roku, dwóch latach, jeździł już ślizgiem bardzo płynnie. Wiadomo, iż ten pierwszy motocykl musieliśmy dostosować do jego wzrostu i wieku. Po dwóch latach ojciec zbudował mu kolejny sprzęt, już nieco większy. Kiedy Marcel miał dziewięć lat, stworzyli mu taką typową miniżużlówkę, z silnikiem o odpowiedniej pojemności. Wszystko bardzo ładnie się zazębiało. W kwietniu tego roku oficjalnie zdał licencję, wystartował w kilku zawodach miniżużlowych i zaprezentował się z rewelacyjnej strony. Ma zadatki na świetnego zawodnika, ale przed nim jeszcze długa droga – dodaje szkoleniowiec BTŻ-u Bydgoszcz.

Motosport to zabawa dla bardzo bogatych dzieci. Niestety, nie u każdego w domu sytuacja pozwala stawiać swoje pierwsze kroki na żużlu bez pomocy sponsorów. Rodzice finansują, co mogą, a trener Jacek Woźniak spędza godziny na tłumaczeniu każdego najmniejszego szczegółu. Pomoc finansowa nadeszła z sali taekwondo od szefa firmy DPV Logistic, znanej w środowisku żużlowym. Początkowo były to małe rzeczy, jak zakupy opon itp. Teraz Paweł Woźniak trzyma rękę nad budżetem Marcela.

– My startujemy jako BTŻ. Wszystko finansują rodzice sami. To, iż to w ogóle funkcjonuje, to wyłącznie zasługa trenera Jacka i faktu, iż poświęca nam swój czas. Gdyby nie on, to nie wiem, czy cokolwiek by z tego było. o ile chodzi o koszty, to może nie tyle jestem przerażony, co po prostu zszokowany, iż udało nam się zebrać tak pokaźną kwotę na jego przygotowania. Mamy wsparcie m.in. od Pawła z firmy DPV – pomaga nam praktycznie od piątego roku życia syna, jak tylko zaczął jeździć. Potem systematycznie dochodziły kolejne firmy i ostatecznie udało się zbudować naprawdę solidny budżet – tłumaczy tata zawodnika.

Wielkie wsparcie od samego początku. To znany mecenas żużla

– Z Marcelem jestem od samego początku jego kariery, od momentu, w którym w ogóle pojawił się pomysł na żużel. Z jego tatą trenowałem taekwondo, wychowaliśmy się na jednej sali. Pewnego dnia napisał do mnie, iż ma syna, który zaczyna jeździć na motocyklu. No i tak się to wszystko zaczęło. Startowaliśmy od małych rzeczy: zakupu opon i tym podobnych drobnostek. Dzisiaj, gdy ma już licencję, pomagam mu spinać cały budżet. Śmiało można powiedzieć, iż nasza firma pokrywa większość kosztów niezbędnych do jego startów i rozwoju. Zaczęło się jednak bardzo niewinnie – od myśli: „fajnie, iż chłopak zaczyna, weźmy go do naszego teamu DPV”. I tak to już zostało – wspomina Paweł Woźniak.

– Na tę chwilę pełnię rolę jego – powiedzmy – menadżera, chociaż to pewnie jeszcze za duże słowo, biorąc pod uwagę, iż to sam początek jego drogi. Wspólnie z Michałem Ratkowskim, który jest w to wszystko bardzo mocno zaangażowany, szukamy dla niego sponsorów. Zasada jest prosta: razem szukamy partnerów zewnętrznych, a to, czego brakuje do dopięcia budżetu, po prostu dokładam od siebie – kontynuuje sponsor.

W marcu młodemu żużlowcowi udało się zdobyć licencję miniżużlową. Natomiast już 9 maja odjechał swoje pierwsze zawody, w których zakończył zmagania z kompletem piętnastu punktów. Dla taty była to chwila dumy, w której wszystkie spekulacje się potwierdziły. Jacek Woźniak tonował jednak nastroje i przygotowywał na to, iż będą zdarzać się również słabsze występy.

– Wiadomo – duma i łezka w oku. Człowiek stara się tego nie okazywać i zaciska zęby, ale wzruszenie jest. Cieszy, iż ma takie możliwości, predyspozycje i potrafi na torze myśleć. Zawsze powtarzam, iż może u nas sprzęt nie zawsze jest idealnie spasowany, ale on daje od siebie tak dużo, iż na torze całkowicie niweluje te braki – przyznaje ojciec chłopca.

– Szczerze mówiąc, obaj się tego po cichu spodziewaliśmy, ale to po prostu niesamowicie przyjemne i budujące uczucie. Dało mi to mnóstwo satysfakcji, a dla samego zawodnika i jego rodziców to przede wszystkim gigantyczna motywacja. Marcel zdaje sobie jednak sprawę, iż wciąż popełnia błędy, iż musi się jeszcze dużo uczyć i cały czas musimy pewne elementy poprawiać. To, iż jednego dnia zdobywa się komplet, nie oznacza, iż kolejne zawody też pójdą perfekcyjnie. Przyjdą mecze, w których zdobędzie siedem czy osiem punktów, zdarzą się upadki, wykluczenia – to wszystko jest wpisane choćby w ten najmniejszy żużel. Dzieci czasami płaczą, nie radzą sobie ze stresem czy porażką. Wszystko trzeba umiejętnie poprowadzić. W takich momentach kluczowa jest rola rodziców, by odpowiednio ukierunkowali syna. Ja staram się im w tym pomagać, bo taka jest właśnie rola trenera – wyjaśnia Jacek Woźniak.

Gibkość asem w rękawie młodego zawodnika

Dość nieoczywistym atutem Marcela jest… gibkość. Trener Jacek Woźniak opowiada, iż na początku chłopiec wyróżniał się niższym wzrostem, jednak imponował sprawnością fizyczną. Sumiennie przygotowywał się do sezonu i nie odpuszczał treningów. Na torze przede wszystkim chłonie wiedzę, a powierzone mu zadania wykonuje podczas następnych wyjazdów.

– To niesamowicie sprawny chłopak. Wraz z rodzicami bardzo poważnie podchodzi też do zimowych przygotowań. Jest niezwykle gibki i zwinny. Świetnie radzi sobie z prostymi ćwiczeniami gimnastycznymi, które w tym sporcie stanowią fundament. Gibkość, zwinność i refleks ma opanowane do perfekcji. Widać też, iż głowa dobrze pracuje – jak na dziecko potrafi doskonale radzić sobie z presją. Ma na swój wiek bardzo dojrzałe poczucie odpowiedzialności za wynik. Zdaje sobie sprawę, iż wszyscy na niego liczą i chcą jego zwycięstw, a on sam z całych sił do tego dąży. Ma też spore atuty w samym stylu jazdy i technice. Tak jak wspomniałem wcześniej, jego największą zaletą jest to, iż potrafi błyskawicznie korygować wskazane błędy. W kolejnym wyścigu na treningu czy meczu potrafi je po prostu wyeliminować. Dotyczy to zarówno błędów startowych, jak i sylwetki na dystansie – zwłaszcza na wejściach w łuki. Tych detali nie chcę jednak zdradzać, bo to rzeczy, nad którymi sami na bieżąco pracujemy – chwali podopiecznego trener Woźniak.

– To prawda, a do tego jest mega ambitny. Nie raz już gdzieś uderzył, ale zawsze wychodzi z takich sytuacji obronną ręką, często nie ma choćby siniaka. Zdarzały się już upadki, gdzie nogi wyginały się w drugą stronę i myśleliśmy, iż pozrywał więzadła, a chłopak jest po prostu jak z gumy. Trener też nazywa go w takich sytuacjach „człowiekiem gumą” – dodaje ze śmiechem tata Marcela.

Wielu zawodników miało już takie predyspozycje, by osiągnąć coś w żużlu. Gdy jednak pojawiała się większa rozpoznawalność, potrafili się w niej zatracić i przepaść. Nad tym panować ma tata Marcela, który jest dla niego największym drogowskazem życiowym.

– Nie nakładamy na siebie żadnej dodatkowej presji. Od samego początku było widać, iż to ma sens. Jeszcze zanim Marcel miał licencję, jeździł u Krystiana Plecha z chłopakami, którzy już ją posiadali, i potrafił z nimi wygrywać. Wiedzieliśmy, iż długo wyczekiwana licencja to będzie tylko formalność i dopełnienie tego, by sprawdził się w oficjalnych zawodach. Praktycznie cały czas rywalizuje z tymi samymi zawodnikami, co rok wcześniej na campie. Mamy jedną prostą zasadę: nie gwiazdorzymy. Zawsze powtarzam mu, iż co by się nie działo, zawsze może być lepiej. Jest nauczony, iż tylko ciężką pracą może poprawiać swoje wyniki. Kiedy robi komplet punktów, nastawia się, żeby następnym razem pojechać jeszcze szybciej i pobić rekord toru. Komplet nie wywołuje u niego presji – na każde kolejne zawody jedziemy po prostu o pierwsze miejsce, nieważne z jakim dorobkiem punktowym – podkreśla głowa rodziny.

Przyjemski i Pawełczak mają następcę? Kibice Polonii mogą być spokojni

Firma DPV sponsoruje żużlowe tuzy. Marcel Gackowski to zawodnik, który również może do nich dołączyć i, patrząc z perspektywy czasu, okazać się strzałem w dziesiątkę. Z mniej biznesowego punktu widzenia może to być idealny zastępca Wiktora Przyjemskiego i Maksa Pawełczaka na pozycjach juniorskich.

– Zdecydowanie jest to inwestycja długofalowa. W perspektywie czasu to się na pewno rozwinie i uważam, iż wyrośnie z niego kawał zawodnika. Ma papiery na to, żeby w przyszłości być w ścisłym topie, ale pamiętajmy, iż to dopiero dziesięcioletni chłopiec. Wszystko jeszcze przed nim. Najważniejsze to otaczać się mądrymi ludźmi i podejmować trafne decyzje, które pozwolą mu się swobodnie rozwijać. jeżeli będzie szedł do przodu tak, jak robi to do tej pory, to myślę, iż będzie z niego naprawdę duża pociecha – zarówno dla kibiców Polonii, jak i dla całej żużlowej Polski – uważa Paweł Woźniak.

– Tych dwóch zawodników, o których pan wspomniał, cały czas mamy w klubie, więc poprzeczka zawieszona jest wysoko. Ja nie chciałbym jeszcze określać Marcela mianem wielkiego talentu. Zostańmy przy tym, iż ma ogromne predyspozycje, by zostać w przyszłości świetnym zawodnikiem. Będę od niego wymagał bardzo dużo, bo widzę, iż on po prostu kocha pracować. Chce poprawiać swoje błędy i z każdym dniem być jeszcze lepszym. Wyniki będą mówiły same za siebie. Zawsze wyznaję zasadę, iż to rezultaty na torze bronią zawodnika najlepiej i na koniec dnia to one są w żużlu najważniejsze – tonuje nastroje trener.

Cięższy moment już był – brak powołania

Mimo iż Marcel jedzie pierwszy sezon, to już nie obyło się bez ciężkich chwil. Nie była to jednak kontuzja. 10-latek, mimo czołowych lokat w turniejach z rówieśnikami, nie otrzymał powołania do reprezentacji Polski na najbliższy turniej. Warto zaznaczyć, iż tych dobrych wyników było naprawdę sporo. Szczególne wrażenie zrobił Indywidualny Puchar Ekstraligi w Częstochowie, gdzie Marcel zgarnął komplet punktów. Powtórzył to także podczas turnieju w Toruniu. Dzięki tacie nie załamał się i skupił na kolejnych celach. Wszystko po to, by kiedyś zostać mistrzem świata.

– Wiadomo – jak każdego małego chłopca. Zostać mistrzem Polski i mistrzem świata! Ostatnio mieliśmy jednak sytuację, której nie potrafił zrozumieć. Jest wiceliderem w Pucharze Polski, liderem w Mistrzostwach Ekstraligi, a mimo to nie dostał powołania na zawody. Pojawił się płacz i wielkie emocje, bo bardzo się stara, trenuje, poświęca dużo czasu, bije się o najwyższe cele i w każdych zawodach jest na podium, a szansę dostali chłopcy, którzy w tabelach są na siódmym, ósmym czy czternastym miejscu – zdradza tata Marcela.

– Kluczowa jest rozmowa i wyjaśnienie sytuacji. Na szczęście on jest na tyle dojrzały, iż to rozumie i nie musieliśmy go długo uspokajać. Dowiadywaliśmy się w tej sprawie i okazało się, iż szansę dostali chłopcy ze starszych roczników, bo to dla nich ostatni moment. Tłumaczyłem mu, iż on ma jeszcze czas i powinien po prostu dalej udowadniać swoją wartość na torze. To, co będzie pokazywał na motocyklu, zaprocentuje w przyszłości i wpłynie na to, jak inni będą go odbierać. Nie ma sensu przejmować się tym, iż raz nie dostał powołania – uzupełnia wątek.

Każdy z nas słyszał historie juniorów, którzy w busie podczas drogi na zawody musieli brać do ręki książkę. W takich przypadkach są to już jednak dużo bardziej świadomi chłopcy, którzy mają już pewne podstawy. O tym, jak łączenie szkoły z żużlem wygląda u najmłodszych, opowiedział nam sam tata Marcela.

– Od małego był ukierunkowany na to, iż ma dużo wynosić z lekcji. Wiedział, iż jak wejdziemy w cykl zawodów, wyjazdów na Ekstraligę czy zawody GKSŻ co weekend, to po prostu nie będzie czasu w powtarzanie materiału w domu. I póki co świetnie to funkcjonuje. Bardzo się przykłada, w domu praktycznie nie trzeba mu pomagać w nauce, a w szkole ma same czwórki, piątki i szóstki. Nie mamy z tym żadnego problemu – kończy z uśmiechem ojciec.

Idź do oryginalnego materiału