Żużel. Morris odkrywa kulisy ratowania GP we Wrocławiu! Nie spał całą noc!

1 miesiąc temu

Choć od Grand Prix we Wrocławiu minęły już blisko dwa tygodnie, to z pewnością te zawody będą wspominane jeszcze przez długie lata. Za sprawą ogromnej ulewy turniej mocno się opóźniał i praktycznie nikt nie wierzył w to, iż zawody zostaną rozegrane w sobotni wieczór. Wierzył jednak dyrektor cyklu Phil Morris, który zdołał doprowadzić tor do niezłego stanu i przeprowadzić dobry turniej. Teraz charyzmatyczny Walijczyk przedstawił te wydarzenia ze swojej perspektywy.

Trudno o bardziej sensacyjny scenariusz na rundę Grand Prix. Przez niemal cały dzień w stolicy Dolnego Śląska mieliśmy gigantyczny upał. Prognozy zapowiadały opady w godzinach wieczornych. Takiej ulewy nie spodziewał się jednak nikt. Phil Morris zdecydowanie stanął przed jednym z największych wyzwań w swojej karierze.

Walijczyk był w zdecydowanej mniejszości osób, które wierzyły w rozegranie zawodów. Stanął jednak na wysokości zadania. Po wielkich ulewach wyjechał ze sprzętem na tor i przygotował naprawdę dobrą nawierzchnię do ścigania.

– Myślę, iż mogłem mieć syndrom stopy okopowej (Bolesny stan chorobowy stóp, rozwijający się na skutek długotrwałego przebywania w wilgotnym lub mokrym środowisku – dop.red.) – zażartował Morris w wywiadzie dla Speedway Star.

– Moje stopy były w wodzie od 17:00 lub 18:00 aż do czasu gdy wróciłem do pokoju hotelowego między 2, a 3 w nocy, czyli jakieś 10 godzin. Kiedy zdjąłem skarpetki, czułem się jakbym miał 100 lat! Kiedy skończyliśmy wszelkie formalności dotyczące zawodów, rodzina Rusko, czyli właściciele klubu z Wrocławia, zaprosili nas do strefy VIP na coś do jedzenia i picia. Skorzystaliśmy z tego. O 6 rano miałem samolot. Wziąłem prysznic, spakowałem się i pojechałem na lotnisko. Nie spałem do czasu gdy dotarłem do domu, poszedłem spać od 10 do 17 następnego dnia. Tak teraz myślę, iż lot o 6:00 nie był rozsądną opcją – opowiada Morris.

Żużel. Było blisko tragedii! Motocykl zapalił się… w busie! (WIDEO) – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. Staje w obronie Doyle’a! Dlatego jedzie tak fatalnie – PoBandzie – Portal Sportowy

Jednym z długiej listy przeciwności były prognozy pogody. Nikt nie dawał gwarancji co będzie się działo za więcej niż godzinę. Nawet… lotnisko. Do tego pierwszy opad był bardzo długi. Spadło tyle wody ile zwykle spada przez cały miesiąc.

– Problem polegał na tym, iż choćby lotnisko podawało prognozy tylko na 60 minut. zwykle w dziewięciu na dziesięć przypadków wiadomo mniej więcej, jaka będzie pogoda. Powiedzieli jednak, iż nie są w stanie przewidzieć, czy za 60 minut będzie świecić słońce, czy pojawią się burze. Pogoda była bardzo zmienna – tłumaczy Walijczyk.

– Mieliśmy spotkanie z zawodnikami od 17:45 do 18:00. Tłumaczyłem, iż jest duże prawdopodobieństwo na deszcz. Zawodnicy poszli przejść się po torze od 18:00 do 18:15. Wtedy ulewa nadeszła i zbiegali z toru. Mieliśmy w ciągu kilku godzin 40-centymetrowy opad.

Zdaniem wielu osób będących w parku maszyn, łącznie z zawodnikami, największym problemem nie był wcale stan toru. Niewyobrażalne sceny miały miejsce w parku maszyn. Boksy zawodników były kompletnie zalane i panował wielki chaos. To, jak poważna była sytuacja pokazuje fakt, iż w parkingu pracowali strażacy, którzy odpompowywali wodę.

– Boksy zostały zalane do tego stopnia, iż z oczywistych względów trzeba było odłączyć prąd. Jedynym rozwiązaniem było wyprowadzenie motocykli i czekanie na strażaków aż przyjadą naprawić sytuację. Potem przestało padać na 15-20 minut – kontynuuje Phil Morris.

Wtedy atmosfera zrobiła się mocno napięta. Kamery pokazywały zawodników, którzy ewidentnie nie chcieli jechać w takich warunkach. Później m.in. Bartosz Zmarzlik tłumaczył nam, iż dla zawodników najważniejsze było to, aby przestało padać.

Żużel. Zmarzlik wzruszony! Mówi o pomocy synków i sprzeciwieniu się Morrisowi! (WYWIAD) – PoBandzie – Portal Sportowy

– Być może oczekiwałem trochę za wiele. Po prostu starałem się skupić na samym wydarzeniu i być może zbytnio pochłonęło mnie dbanie o bezpieczeństwo toru. Biorąc pod uwagę, iż znów zaczęło padać, zdążyliśmy byśmy rozegrać tylko wyścigi od 6 do 8, zanim znów musielibyśmy przerwać – komentuje dyrektor cyklu.

– Kiedy rozmawiałem z zawodnikami, mocno padało. W normalnych okolicznościach na pewno nie stanowiłoby to problemu. Jednak biorąc pod uwagę sytuację w boksach, to właśnie to przeważyło szalę – zawodnicy nie chcieli jechać przy takim stanie boksów, co w pewnym sensie rozumiem – dodaje.

Ostatecznie opady ustały, a Morris świetnie przygotował tor. Wydawało się, iż zmagania rozpoczną się w okolicach 21:15. Nie był to jednak koniec problemów. Wtedy dotarły wieści o problemach z prądem w wieżyczce arbitra. Trzeba było znów przygotowywać plan B. Informowano bowiem wcześniej, iż zawody ruszą najpóźniej o 22:00.

– Mieliśmy mało czasu, a kiedy wysiadła instalacja elektryczna, to naprawdę mocno pokrzyżowało nam plany. Wysłaliśmy elektryka do kabiny sędziowskiej. Poprosiłem też o pomoc jakiegokolwiek elektryka z publiczności i jeden z nich zszedł na dół, żeby to sprawdzić. Dostałem raport, iż woda dostała się do systemu. Powiedziano mi, iż nie ma gwarancji czy uda się to naprawić. Trzeba było myśleć o planie B – przyznaje Morris.

Gotowy był już plan startów na zieloną chorągiewkę. To nie podobało się zawodnikom, ale po wykonaniu tak dużej pracy i zapanowaniu nad torem wydawało się to jedynym rozwiązaniem.

Żużel. Było blisko tragedii! Motocykl zapalił się… w busie! (WIDEO) – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. Tak potraktowali legendę! „Jest to bardzo przykre” – PoBandzie – Portal Sportowy

– Kiedy wyjaśniałem procedurę startu z zieloną flagą, wszystko znów zaczęło działać. Rozmawiałem z elektrykiem i sędzią, ale nie wydawało im się, żeby to było trwałe rozwiązanie. Kontynuowałem zatem wyjaśnianie planu B i kilka minut później dostałem potwierdzenie, iż wszystko działa i możemy ruszyć z linii startowej – zdradza Morris.

Ostatecznie zawody udało się uratować, a organizatorzy nie ponieśli gigantycznych kosztów przełożenia imprezy. Taki finał sprawy spowodował oczywiście dyskusję o tym, iż zbyt wiele imprez jest przekładanych przez deszcz.

– Nie będę się zagłębiać w dyskusję na temat tego, czy w świecie żużla decyzje o odwołaniach są podejmowane zbyt gwałtownie czy zbyt łatwo. Łatwo powiedzieć, iż ludzie we Wrocławiu mieli adekwatny sprzęt do naprawy tego wszystkiego. Wrócę jednak do zeszłorocznego turnieju w Rydze. Mieliśmy stopy głęboko w wodzie, a organizator nie miał wiele sprzętu. Godzinę później jeździliśmy na akceptowalnym torze, który nie był niebezpieczny – komentuje Morris.

– Myślę, iż w ligach też można by zrobić o wiele więcej, żeby ludzie będą wiedzieli, iż zawody się odbędą. Robię wszystko, co w mojej mocy, żeby wszystko się odbyło i ludzie nie musieli wracać następnego dnia na stadion – podsumowuje ten, który uratował rundę Grand Prix we Wrocławiu.

Idź do oryginalnego materiału