Obchodzisz w tym roku 25-lecie swojej działalności w żużlu. Od kiedy speedway zaistniał w Twoim życiu?
Żużel był w moim życiu dużo wcześniej niż biznes żużlowy. Jestem stąd, z Leszna, więc trudno było przed nim uciec. Można powiedzieć, iż człowiek najpierw nasiąkał zapachem metanolu jako kibic, a dopiero później zaczął za to wszystko płacić [śmiech]. Kiedyś powiedziałem, iż do speedwaya trafiłem trochę przez przypadek: najpierw chodziłem na stadion jako kibic, później ktoś mnie wciągnął w sponsoring, zostałem udziałowcem Unii Leszno, a na końcu prezesem. Za początek mojego poważnego zaangażowania można przyjąć początek lat dwutysięcznych. Najpierw był Norbert Kościuch, którego sponsorowałem. Później przyszła wielka kooperacja z Leighem Adamsem. W 2004 roku zostałem współwłaścicielem Unii. I teraz nagle się okazało, iż z hobby… zrobiło się ćwierć życia. Gdyby mi ktoś dwadzieścia pięć lat temu powiedział, iż będę prezesem Unii, zdobędziemy tyle mistrzostw, przeżyję spadek, powrót, Australię na własnym podwórku i jeszcze córka zwiąże się z australijskim żużlowcem, powiedziałbym: człowieku, zmień lekarza. A wyszło, jak wyszło.
Reasumując, najpierw zatem sponsorowałeś Norberta Kościucha, potem Leigha Adamsa, z którym pozostajesz w przyjaźni do dziś…
Tak, potwierdzam – pierwszy był Norbert Kościuch, a pierwszym naprawdę wielkim nazwiskiem Leigh Adams. I tu zaczęła się już poważniejsza historia. Na początku sponsoring nie wynikał z jakiegoś biznesplanu na pięćdziesięciu stronach. To była pasja. Nasza firma zaczęła sobie lepiej radzić, więc mogłem wspierać czarny sport, który był mi bliski. Zależało mi też, żeby pieniądze zostawały tutaj, w regionie. Z Leighem gwałtownie wyszliśmy poza układ sponsor – zawodnik. To przede wszystkim mój przyjaciel. Do dziś mamy kontakt, piszemy, rozmawiamy. Przez lata był też dla mnie bardzo dobrym źródłem wiedzy o australijskich zawodnikach. Np. w przypadku Brady’ego Kurtza konsultowałem się właśnie z Leighem. o ile Leigh mówił: „Piotr, ten chłopak potrafi jeździć”, to człowiek przynajmniej wiedział, iż nie ogląda filmu nagranego przez mamę zawodnika, na którym syn zawsze wygrywa [śmiech].
Żużel. Kowalski wprost o odejściu ze Sparty! Co z ofertą z Unii Leszno? (WYWIAD) – PoBandzie – Portal Sportowy
Żużel. Ważne wieści ws. Falubazu! Goliński już bez akcji w klubie! – PoBandzie – Portal Sportowy
To przez Adamsa ta słabość do Kangurów? Ilu ich ściągnąłeś do Unii Leszno?
Nie tylko Kangury przecież. Sponsorowałem Marka Lorama, Damiana Balińskiego, Krzysztofa Kasprzaka, a gdy zostałem prezesem Unii, to pojechałem do angielskiego Luton i tam nakłoniłem Nickiego Pedersena na transfer do naszej drużyny. Wtedy mówiło się o nim złośliwie, iż szybciej spuści jakiś klub z ligi niż zdobędzie z nim złoto w DMP, bo dotąd takiego sukcesu nie miał. Mój instynkt podpowiadał mi coś innego i się nie zawiodłem. Nicki z Unią Leszno trzykrotnie wygrał Ekstraligę! Teraz jest Nazar Parnicki, któremu dałem szansę na rozwój. A wracając do Kangurów, to Leigh z pewnością miał ogromny wpływ na to, jak patrzyłem na Australijczyków. Podobało mi się ich podejście do życia I sportu. Młody chłopak przyjeżdżał na drugi koniec świata, często bez wielkich pieniędzy, czasami z jednym, czy dwoma motocyklami, ale miał w sobie odwagę. o ile dostawał szansę i uczciwe warunki, potrafił się odwdzięczyć wynikami. Przez ten leszczyński „australijski program” przewinęło się sporo nazwisk. Byli między innymi Troy Batchelor, Brady Kurtz, Jaimon Lidsey, Keynan Rew, później Benjamin Cook, no I wcześniej oczywiście Leigh Adams. Każda z tych historii była trochę inna. Nie prowadziłem statystyki Australijczyków jak hodowca bydła: dzisiaj siedem sztuk, jutro osiem [śmiech]. Bardziej interesowało mnie znalezienie człowieka, który ma talent i charakter. I chyba trochę prawdy jest w tym, iż Unia Leszno dzięki temu miała w Australii własną małą kolonię kibiców!
Żużel. Thomsen już jest legendą Stali! Pobił Vaculika, wszedł na szczyt! – PoBandzie – Portal Sportowy
Żużel. Nikt nie wyrwie perełek ROW Rybnik?! Padły ważne słowa – PoBandzie – Portal Sportowy
Prezes Piotr Rusiecki i Piotr Pawlicki. FOT. Unia Leszno.W słynnym „australijskim domku” na swojej posesji dawałeś zawodnikom dach nad głową, wikt, opierunek, a podobno także naukę manier. Keynanowi Rew oddałeś choćby córkę. Miałeś jakieś wątpliwości?
Ten „domek australijski” urósł już chyba do rangi żużlowej legendy. Ale rzeczywiście zależało mi, żeby młody zawodnik, który przyjeżdża z Antypodów, nie dostał wyłącznie motocykla i adresu stadionu. Taki chłopak ma osiemnaście, czy dziewiętnaście lat, przyjeżdża kilkanaście tysięcy kilometrów od domu, nie zna języka, realiów, ludzi. Trzeba mu dać mieszkanie, pomóc z logistyką, sprzętem, treningiem. Czasami powiedzieć, iż talerz sam nie wchodzi do zmywarki [śmiech]. Nie robiłem z nich jednak dzieci. Dostawali warunki do rozwoju, ale reszta należała do nich. Mieli się nauczyć również normalnego życia, odpowiedzialności, szacunku do innych ludzi. Bo można mieć wielki talent do motocykla, ale jeżeli człowiek nie potrafi normalnie funkcjonować poza torem, to wcześniej czy później pojawią się problemy. A Keynan? Cóż… przy tej liczbie Australijczyków, których przewinąłem przez dom, statystycznie kiedyś musiało się tak skończyć. [śmiech]. Czy miałem wątpliwości jako ojciec? Każdy ojciec ma. Ale to są sprawy dwojga dorosłych ludzi. Najważniejsze, żeby córka była szczęśliwa. A o ile rzeczywiście Keynan o rękę mojej córki poprosi mnie np. przy wspólnym zmywaniu naczyń, to przynajmniej będę wiedział, iż te lekcje dobrego wychowania w australijskim domku nie poszły całkiem na marne [śmiech].
Brady Kurtz, Jason Doyle… Nie wszyscy wykazali się wobec Ciebie lojalnością. Byli też Dominik Kubera, czy Damian Ratajczak. Czy w żużlu lojalność jeszcze istnieje?
Rozdzieliłbym jedną rzecz: zawodnik ma prawo zmienić klub. To jest jego zawód, jego kariera i jego życie. Mnie nigdy najbardziej nie bolało to, iż ktoś odchodzi. Bardziej sposób, w jaki to robi. Mówiłem już kiedyś: nikogo nie trzymam na sznurku. o ile człowiek przyjdzie do mnie, spojrzy mi w oczy i powie: „Piotr, mam taką ofertę, chcę zmiany, bo…”, możemy się nie zgadzać, może mi się to nie podobać, ale podamy sobie ręce. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przez lata komuś pomagasz, budujesz z nim relację, a później o najważniejszych rzeczach dowiadujesz się z internetu, albo od osoby trzeciej. Tak było w pewnym stopniu z Jasonem Doylem. Informacje o tym, iż rozważa odejście, docierały do mnie z mediów. To boli bardziej niż sam transfer. Ale też nauczyłem się przez te lata jednego: w sporcie nie wolno obrażać się do końca życia. Zawodnicy odchodzą, wracają, ludzie podejmują różne decyzje i popełniają błędy. Ja też je popełniałem. Lojalność nie oznacza, iż ktoś ma jeździć w Unii do sześćdziesiątki. Lojalność oznacza uczciwość wobec ludzi, którzy ci pomagali. Nie wymagam od ludzi wdzięczności do końca życia. Wymagam przyzwoitości.
Ponoć angielskiego nauczyłeś się za piwo i przy piwie. Jak to było?
To jest jedna z tych historii, które z każdym rokiem stają się coraz lepsze. Jeszcze dziesięć lat i się okaże, iż zdałem Cambridge przy barze [śmiech]. Fakty są prostsze. o ile przez lata otaczasz się Australijczykami, Anglikami i ludźmi z całego żużlowego świata, to albo nauczysz się języka, albo będziesz całe życie kiwał głową, nie wiedząc, czy właśnie pochwalili twoją drużynę, czy sprzedali ci motocykl. Najlepsza nauka języka jest wtedy, kiedy musisz się dogadać. Przy stole, w warsztacie, w samochodzie, na stadionie, przy grillu. A iż czasami przy tym było piwo? Było. Żużel bez opowieści przy piwie byłby bardzo smutnym sportem. Nie twierdzę, iż mówię jak profesor z Oxfordu. Ale Australijczycy rozumieją mnie, ja rozumiem ich, a po drugim piwie wszyscy mówią już prawie tak samo [śmiech].
Łatwo było Cię namówić, żebyś został prezesem Unii Leszno? Nie przerażało Cię pytanie, jak spiąć budżet przy kosmicznych żądaniach zawodników?
Chyba gdybym dokładnie wiedział, z czym wiąże się funkcja prezesa klubu żużlowego, to zastanawiałbym się trochę dłużej [śmiech]. Z zewnątrz prezes wygląda pięknie. Garnitur, loża, wywiady, puchary. A w środku masz budżet, kontrakty, sponsorów, telefony od zawodników i menedżerów, oczekiwania kibiców, regulaminy i świadomość, iż po pięciu minutach meczu pół stadionu wie lepiej od ciebie, jak należało zbudować drużynę. Od początku miałem jedną zasadę wyniesioną z biznesu: nie można wydawać pieniędzy, których się nie ma. W żużlu przez lata bywało z tym różnie. Rosły stawki zawodników, koszty sprzętu, oczekiwania. Ja uważałem, iż klub nie może kupować medalu na kredyt, pozostawiając później komuś długi. o ile czegoś brakowało, udziałowcy dokładali własne pieniądze. Ale chcieliśmy wiedzieć, do czego dokładamy. Medal wygląda pięknie na ścianie, tylko bank trochę gorzej reaguje, kiedy próbujesz nim zapłacić fakturę [śmiech].
Pięć złotych medali DMP, srebro, przy stosunkowo niższym budżecie od ligowych krezusów. Dostałeś ksywę „Midas”. Ale był też spadek i triumfalny powrót. Jak zniosłeś tę huśtawkę?
Pięć drużynowych mistrzostw Polski wywalczonych w roli prezesa Unii Leszno brzmi pięknie. Cztery pod rządkolejne w latach 2017- 2020 to coś, czego nikt nam już nie zabierze. „Midas”? Trochę przesada. Midas czego dotknął, zamieniał w złoto. Ja dotknąłem też paru rzeczy, które zamieniły się w rachunek do zapłacenia [śmiech]. Największą satysfakcję mam z tego, iż sukces nie wynikał wyłącznie z wydawania największych pieniędzy. Budowaliśmy drużynę, szkoliliśmy swoich zawodników, szukaliśmy młodych talentów i pilnowaliśmy, żeby klub był zdrowy finansowo. A spadek? Bolał. Bardzo. Zwłaszcza w Lesznie, gdzie kibic nie pyta, czy miałeś kontuzje, pecha, albo mniejszy budżet. Kibic pyta: ”Dlaczego przegraliśmy?”. I ma do tego prawo. Kibice w Lesznie są wymagający, czasami brutalnie szczerzy. Ale też dzięki temu ten klub jest taki, jaki jest. Najważniejsze było nie spanikować. Klub się nie rozsypał finansowo. Nie zaczęliśmy robić rewolucji tylko dlatego, iż wszyscy byli zdenerwowani degradacją. Zbudowaliśmy drużynę, wygraliśmy ligę i wróciliśmy. Dla mnie ten awans – powrót do Ekstraligi miał momentami większy ciężar emocjonalny niż kolejne mistrzostwo Polski. Bo łatwo być prezesem, kiedy wszyscy robią sobie zdjęcia ze złotym medalem. Charakter organizacji sprawdza się wtedy, kiedy spadasz i musisz następnego dnia rano normalnie przyjść do pracy.
Piotr Rusiecki, prezes Fogo Unii Leszno. fot. Paweł ProchowskiZ czego jako prezes Unii jesteś dumny, czego żałujesz i co zrobiłbyś inaczej?
Najbardziej dumny jestem nie z jednego konkretnego medalu, tylko z okresu, w którym Unia była klubem poukładanym sportowo i finansowo. Pięć mistrzostw to oczywiście coś wielkiego. Ale równie ważne było szkolenie. Kubera, Smektała, Ratajczak i inni chłopcy pokazali, iż można budować klub także poprzez wychowanków. Dumny jestem również z tego, iż przez lata potrafiliśmy znajdować zawodników wcześniej niż inni. Przywieźć młodego chłopaka z Australii czy Ukrainy, dać mu warunki i po kilku latach patrzeć, jak ściga się z najlepszymi. To daje ogromną satysfakcję. Czego żałuję?Kilku decyzji personalnych. Kilku rozmów, które powinienem był przeprowadzić wcześniej. Czasami człowiek za długo wierzy, iż druga strona rozumie sytuację dokładnie tak samo jak on. A później się okazuje, iż każdy rozumiał co innego. Czy zrobiłbym wszystko identycznie? Oczywiście, iż nie. Kto po kilkunastu latach zarządzania mówi, iż nie popełnił błędu, ten albo kłamie, albo przez kilkanaście lat niczego nie robił.
Pożegnanie Jarka Hampela, później rozstanie z Piotrem Baronem. Można było tego uniknąć?
Jarek Hampel to był jeden z najtrudniejszych tematów. To wielki zawodnik i człowiek, z którym Unia przeżyła wspaniałe momenty. Podjęliśmy decyzję, iż drużyna pójdzie w innym kierunku. Sportowo można było znaleźć dla niej uzasadnienie, ale rozumiem, iż dla Jarka sposób rozstania mógł być bolesny. Dzisiaj, mając większy dystans, powiedziałbym, iż pewne rzeczy komunikacyjnie można było zrobić lepiej. Zdarza się, iż nie każda dobra decyzja sportowa jest dobrze przeprowadzona, tak po ludzku. I to są dwie różne rzeczy. Z Piotrem Baronem również przeżyliśmy kawał historii. Cztery mistrzostwa z rzędu nie robią się przypadkiem. Mam do niego ogromny szacunek za to, co zrobił dla Unii Leszno. Ale w sporcie czasami dochodzi się do momentu, kiedy obie strony potrzebują zmiany. Nie zawsze musi być ktoś winny. Małżeństwa też czasem się kończą, a tutaj choćby nie było wspólnego kredytu hipotecznego [śmiech].
Pamiętasz jakieś anegdotyczne sytuacje ze swojej prezesury?
Tego jest tyle, iż można by zrobić drugi wywiad złożony tylko z anegdot. A najlepsze historie, jak to zwykle bywa, oczywiście nie nadają się do druku – i na tym polega ich największa zaleta [śmiech]. Przez mój dom przewinęła się chyba połowa Australii. Były sytuacje, kiedy młody zawodnik przyjeżdżał do Europy przekonany, iż będzie wyłącznie ścigał się na motocyklu, po czym odkrywał, iż tutaj trzeba jeszcze zrobić zakupy, posprzątać, czasami coś ugotować i w ogóle funkcjonować jak dorosły człowiek. Bywało, iż rano byłem prezesem dużej firmy, po południu prezesem Unii, wieczorem mechanikiem, kierowcą albo psychologiem australijskiego juniora. I człowiek zaczynał się zastanawiać: ja ich sponsoruję czy adoptuję? [śmiech]. Ale chyba właśnie takie historie budują relacje na całe życie.
Byłeś prezesem-przyjacielem czy Iwanem Groźnym trzymającym drużynę żelazną ręką?
Chyba jedno i drugie, zależnie od dnia i wyniku po dziesiątym biegu [śmiech]. Nigdy nie uważałem, iż prezes powinien siedzieć wyłącznie na VIP-ach i czekać na catering. Dlatego lubiłem park maszyn. Tam czuć prawdziwe emocje. Widzisz atmosferę drużyny, reakcje zawodników, mechaników. Czasem z twarzy człowieka wiesz więcej niż po dziesięciu raportach. Chciałem mieć z ludźmi normalne relacje. Z wieloma zawodnikami naprawdę się zaprzyjaźniłem. Ale przyjaźń nie oznacza braku zasad. o ile jesteśmy umówieni na pewne rzeczy, to oczekuję, iż obie strony ich dotrzymają. Tak samo prowadzę biznes. Możemy się śmiać, zjeść kolację, wypić piwo, ale następnego dnia każdy ma zrobić swoją robotę. Nie wiem, czy to Iwan Groźny. Raczej Piotr Marudny [śmiech].
Pytał Bartłomiej Czekański, CDN.
Już jutro druga część dużej rozmowy z Piotrem Rusieckim. Były prezes Fogo Unii odniesie się w niej do bieżących spraw, jak chociażby ostatnich doniesień o sporze z Józefem Dworakowskim.

2 tygodni temu















