Ward trafił do Wybrzeża w 2011 roku niemal bez wyboru, gdy w Toruniu uznano, iż potrzebuje odsunąć się od Chrisa Holdera. W Poole para Australijczyków była nierozłączna na torze do tego stopnia, iż kibice nazywali ich „Turbo Twins” – jeździli niemal z zamkniętymi oczami, dając drużynie zwycięstwa, a fanom radość.
– W Toruniu powiedzieli mi, iż muszę iść do Gdańska, ponieważ musiałem odsunąć się od Chrisa Holdera i odnaleźć samego siebie. Klub z Torunia pomagał mi przez dwa lata, a wtedy nadszedł czas, bym sam zadbał o swoje motocykle, mechaników i naukę, a potem wrócił. Nie miałem wyboru. Gdańsk okazał się jedyną opcją – wspomina rekordzista gdańskiego toru. Decyzję ułatwiał wtedy Wojtek Stępniewski, który przekonywał, iż bliskość Torunia i promu do Szwecji ma swoje plusy. – Pieniądze nie były wielkie, choć muszę przyznać, iż czasem ciężko było je otrzymać. Zdarzało się, iż dzwoniłem w piątek do klubu, informując, iż nie przyjadę na mecz. Jak pytano, dlaczego, mówiłem, iż nie dostałem przelewu. To działało – za godzinę pieniądze były na koncie. Gdy pojawiały się kłopoty, prosiłem Wojtka Stępniewskiego o interwencję, bo to on kazał mi iść do Gdańska – dodaje.
Żużel. Kary dla Janowskiego, Łaguty i Unii?! Jest głos Byków i PGE Ekstraligi
Żużel. Wrócił po kontuzji i bryluje! Myśli już o roli seniora w Falubazie!
Sezon 2011 zapisał się w pamięci Australijczyka mimo wszystko niewyraźnie. – Szczerze mówiąc, kilka pamiętam. Nie jestem dobry w zapamiętywaniu rzeczy, bo dla mnie liczył się wyścig po wyścigu, dzień po dniu. Cieszyłem się czasem spędzonym tutaj z Zorro i całą drużyną. To był mój pierwszy rok z własnym mechanikiem, Martinem, i z tunerem Hagonem. Wszystko okazało się nowe – przyznaje. Nie pamięta szczegółów wyczynu, który zapisał go w annałach gdańskiego toru – 21 sierpnia 2011 roku w meczu ze Startem Gniezno pobił własny rekord, ustanowiony tydzień wcześniej, wynikiem 61,28 sekundy. – Wiem, iż wykręciłem rekord toru, ale nie pamiętam osiągniętego rezultatu. Słyszałem, iż moje nazwisko przez cały czas widnieje w programie jako rekordzista toru – mówi z uśmiechem były żużlowiec Wybrzeża.
Najbardziej barwnie wspomina swoją rolę „jokera” w drużynie Stanisława Chomskiego. Jako junior mógł startować w siedmiu biegach i regularnie wykorzystywał ten limit. – To działało na moją korzyść – więcej pieniędzy. Skoro i tak tam byłem, mogłem przejechać choćby piętnaście wyścigów. To było świetne. Gdańsk miał wtedy szczęście, iż trafił na odpowiedni moment, by mnie pozyskać – ocenia Australijczyk.
Po latach powrót do Gdańska wywołuje u niego ciepłe emocje, choć tym razem ogląda miasto z innej perspektywy. – Miło tu wrócić. Kiedy tu się ścigałem, nie bywałem w samym mieście zbyt często – zwykle przylatywałem, zostawałem blisko toru i wracałem do warsztatu w Toruniu. Teraz jestem bardzo ciepło przyjęty. Zamieszkałem z żoną Lizzie oraz dzieciakami w Sopocie. Krystian Plech i Ola Samborska bardzo o mnie dbają – mówi.
20260627, Gdańsk, minitor, Golden Boy Trophy, Turniej o puchar im. Zenona PlechaNa Gdańsk Speedway Camp Darcy Ward łączy rolę mentora z bezpośredniością, do której przyzwyczaił go żużlowy tor. – Atmosfera dopisuje. jeżeli chodzi o sam obóz, to treningi nie wyróżniają się pod względem organizacyjnym – przychodzimy, rozmawiamy, ja patrzę, oni mówią, a dzieciaki słuchają. Myślę jednak, iż dla uczestników to wyzwanie, bo staram się, żeby robili wymagające rzeczy – zaznacza. Podkreśla, iż najważniejsza lekcja dotyczy opanowania gazu, nie odwagi. – Każdy z tych dzieciaków chce jechać „pełnym gazem”. Nie rozumieją, iż manetka gazu to ich przyjaciel i działa w obie strony. Muszą się nauczyć kontroli nad gazem. Powinni najpierw zwolnić i opanować to, zanim zaczną jechać na maksa, bo ich styl w tej chwili pozostawia wiele do życzenia – wyjaśnia.
Żużel. Burza po decyzji ws. meczu Orzeł – Polonia! To jeszcze nie koniec?
Żużel. Dudek już dogadał się z oponami? Mówi o powrocie euforii z jazdy!
Rekordzista gdańskiego toru zwraca uwagę, iż sam trening to dopiero połowa sukcesu – najważniejsze jest to, co dzieje się po powrocie do domu. – Najłatwiej jest powiedzieć: „Tak, dzisiaj było super, dużo się nauczyłem”, a potem wrócić do domu, pójść do szkoły i o wszystkim zapomnieć. Ale jeżeli chcesz, żeby to przyniosło efekty w dłuższej perspektywie, musisz te rzeczy zapamiętać i starać się je wdrażać. Nie jest łatwo trenować dzieciaki tylko przez dwa dni i oczekiwać od nich cudów, ale to świetne doświadczenie. Przekazuję im po prostu to, co mam w głowie – moją wiedzę i instynkt. Nie zawsze mam pewność, czy to jedyna słuszna droga, ale widzę, iż wszyscy są bardzo wdzięczni za tę szansę i chętnie chłoną wskazówki – podsumowuje.
Wśród uczestników campu kilku młodych zawodników wyraźnie wyróżnia się na tle reszty. – Na torze jest kilku chłopaków, którzy naprawdę imponują. Syn Kennetha Hansena, Anakin, pokazał świetną jazdę. Bardzo zaskoczył mnie też Mikkel, syn Nickiego Pedersena – nie spodziewałem się, iż będzie aż tak dobry na tym etapie. Ale to, co robi sześcioletni dzieciak ze Szwecji – Mason Thollander na swoim małym motorku, to czyste szaleństwo. On jest w stanie pokonać starszych zawodników z topowej klasy. To niesamowite patrzeć na taką pewność siebie w tym wieku – opisuje Australijczyk. Talent można gwałtownie dostrzec. – Wystarczą dwa okrążenia, by odkryć, czy ktoś ma smykałkę do żużla – odpowiada bez wahania.
20260622, minitor, Gdańsk Speedway CampWard z euforią ogląda popisy swoich rodaków na międzynarodowych arenach. – Cieszę się z sukcesów Brady’ego Kurtza czy Jacka Holdera. Oglądam ich zmagania w Grand Prix. Fascynuje mnie rywalizacja Brady’ego Kurtza z Bartkiem Zmarzlikiem. Szanse na wygraną oceniam po równo – każdy z nich może wygrać. Mimo dobrej postawy naszych reprezentantów martwi mnie to, co się dzieje w Australii. Jeszcze dziesięć–piętnaście lat temu było wielu żużlowców z tego kraju, a teraz nie ma prawie nikogo. jeżeli nic się nie zmieni, za piętnaście lat nie zostanie już żaden Australijczyk w tym sporcie. Coś musi się zmienić… – mówi z troską Australiczyk.
Były żużlowiec Wybrzeża widzi też konkretną przyczynę problemu. – Mamy problem, bo przez wiele miesięcy nikt się nie ściga. Dlaczego ojciec miałby kupić dziecku motocykl, skoro nie ma gdzie jeździć? Rozmawiam o tym z Wojtkiem Stępniewskim i Krystianem Plechem. Pojawiły się pewne pomysły. Zobaczymy czy zadziałają, ale dyskusja ruszyła – kończy Darcy Ward.
Tomasz Rosochacki

1 miesiąc temu















