Żużel. Córeczka i… tytuł IMP jednego dnia! Tak Huszcza wprawił Zieloną Górę w ekstazę

1 miesiąc temu

To była tradycja w Peerelu, iż finał Indywidualnych Mistrzostw Polski na żużlu odbywał się 22 lipca, w święto Odrodzenia Polski. W 1944 roku, tego dnia ogłoszono Manifest Polskiego Komitetu Odrodzenia Narodowego, który legł u korzeni powstania komunistycznej Polski po zakończeniu drugiej wojny światowej.

Naturalnie był to dzień wolny od pracy. Ale – abstrahując od polityki – dla organizacji imprezy żużlowej, termin idealny. Środek lata. Jak sięgnę pamięcią, nie przypominam sobie, by ten dzień kiedykolwiek był niepogodny.

Panowała wówczas jeszcze jedna tradycja. Finał Indywidualnych Mistrzostw Polski na żużlu (jednodniowy!) rozgrywany był na torze drużynowego mistrza kraju z poprzedniego sezonu.

Żużel. Bomba czy niewypał? Ma obawy o Douglasa w PGE Ekstralidze – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. Kto na U24 w Pres Toruń? Wskazał konkretne nazwisko! – PoBandzie – Portal Sportowy

Pierwszy zielonogórski finał

Toteż w zawodach o Czapkę Kadyrowa w 1982 roku po raz pierwszy ścigano się w Zielonej Górze. Rok wcześniej bowiem Falubaz po raz pierwszy wygrał ligę, mając w składzie takie znakomitości jak Andrzej Huszcza, Henryk Olszak, bracia Jan i Alfred Krzystyniakowie, Maciej Jaworek, Stefan Żeromski czy Wiesław Pawlak.

Ja miałem wówczas lat 14. W żużel dopiero się wkręcałem. Mieszkając w Żaganiu, do Zielonej Góry miałem 50 km i półtorej godziny jazdy pekaesem. Nie było łatwo bywać na Falubazie, ale gdy tylko się udało…

Z kolei moi dziadkowie i wujkowie żyli w Zielonej Górze. A Zielona Góra żyła żużlem od zawsze. Latem 1982 roku byłem u nich na wakacjach. Mieszkali przy Szosie Kisielińskiej (obecnie ulica Gajowa). Wystarczyło przejść kilkanaście minut przez lasek, by dotrzeć na W69. Chociaż wtedy tej skróconej nazwy nikt nie stosował. W zwykłe dni na podwórku dziadków było słychać ryk silników motocyklowych (wtedy jeszcze naprawdę ryczały), gdy drużyna trenowała.

Wtedy nie kupowało się biletów przez internet. Wystarczyło pójść do kasy w dniu zawodów. No i poszliśmy z wujkiem. Sześć, może siedem godzin przed zawodami?! Wujek zafundował mi bilet i poszliśmy koło południa na trybuny. A zawody zaczynały się za kilka godzin. Udało nam się usiąść w moim, na zawsze ulubionym miejscu. Pomiędzy startem, a wejściem w pierwszy łuk. Wtedy nie było krzesełek, więc z godziny na godzinę, na ławkach robiło się ciaśniej, a na stadionie czuło się wielkiego, sportowego święta.

Jak przez mgłę pamiętam, iż były jakieś wydarzenia towarzyszące. Pamiętam na pewno, iż siedzieliśmy bez koszulek w pełnym słońcu. Żar lał się z nieba. Jedynym sposobem na upał były oranżadki kupowane na szczycie trybuny. Takie w woreczkach foliowych.

Andrzej Huszcza, ulubieniec Zielonej Góry. Miał nie pojechać w tych zawodach. W półfinale eliminacji bowiem w Gdańsku zajął dziewiąte miejsce. W biegu barażowym przyjechał na trzecim miejscu. Wyprzedzili go: Eugeniusz Błaszak i – klubowy kolega – Henryk Olszak. Huszcza zajął dziewiąte miejsce, które w finale gwarantowało mu status rezerwowego.

Żużel. Jest decyzja KOL! Unia Leszno z karą – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. Pawlicki czy Drabik? Mówi co powinien zrobić Falubaz? – PoBandzie – Portal Sportowy

Finał na W69 i w… szpitalu

Jednak kontuzje Zenona Plecha i Eugeniusza Błaszaka, którzy nad Bałtykiem byli lepsi od Huszczy, sprawiły, iż ulubieniec miejscowych kibiców dostał przepustkę do finału.

– Dowiedziałem się o tym, iż pojadę dzień przed finałem. Emocje były ogromne. Z dwóch powodów: sportowego i prywatnego. Żona była bowiem w ciąży i właśnie nadchodził dzień porodu. Nie pamiętam za którego zawodnika, jako rezerwowy wystartowałem w tym turnieju. Nie miało to dla mnie znaczenia. Faworytem nie byłem. Faworytem do mistrzostwa w tamtym czasie mógł być Zenek Plech, Romek Jankowski czy Edek Jancarz – wspomina legenda Falubazu, nie pamiętając nawet, iż Plech wówczas nie pojechał – opowiada Andrzej Huszcza.

Gdy nadeszła, bodaj godzina 17, rozpoczęły się zawody. Wtedy finały IMP były najważniejszą imprezą w roku kalendarzowym. Toteż trybuny zielonogórskiego stadionu trzeszczały w szwach. Jestem przekonany, iż było tam koło 20 tys. ludzi. Na prezentacji zestaw ówczesnych gwiazd polskiego żużla: broniący tytułu Roman Jankowski, Jancarz, Ryszard Czarnecki, Marek Kępa czy Bogusław Nowak. No i dwóch, a choćby trzech jeźdźców Falubazu, bo oprócz Huszczy pojechał Henryk Olszak, a w rezerwie – jakże istotniej, jak się miało okazać – pozostawał Jan Krzystyniak.

Jednodniowe finały IMP często miewały nieoczywistych bohaterów. W 1982 r. w Zielonej Górze jednym z nich okazał się nieoczekiwanie Leonard Raba z opolskiego Kolejarza. Już w drugim wyścigu zawodów Raba z Huszczą spotkali się pod taśmą i wygrał Opolanin. Ulubieniec Zielonej Góry przyjechał za jego plecami, przywożąc dwa punkty.

– Raba był bardzo szybki i wygrał ten wyścig. Potem Tadziu Tumiłowicz zmienił mi ustawienia w motocyklu i też byłem szybki.

Wielka rola rezerwowego Jana Krzystyniaka

Po dwóch seriach komplet punktów mieli tylko Raba i Jancarz. Po trzech został już tylko Raba, bo Jancarz przegrał wyścig z Jankowskim i Kępą. Huszcza, wygrywając 12 wyścig wysforował się na drugie miejsce, a w trzynastym przyjechał przed Jancarzem, zdobywając kolejną trójkę. Tak rozpoczęła się czwarta seria startów, która miała ogromne znaczenie dla końcowych rozstrzygnięć. Oto, bowiem, w 15 wyścigu wystartowali: Raba, Grzegorz Kuźniak, Bogusław Proch i Olszak. Między dwoma ostatnimi doszło do kolizji, w wyniku której Olszak został wykluczony z powtórki, a poturbowany Proch nie mógł kontynuować zawodów. Do powtórki więc desygnowano kolejnego rezerwowego – Jana Krzystyniaka.

– No i Janek zrobił swoje – kwituje z uśmiechem Huszcza.

Krzystyniak bowiem, w swoim jedynym starcie tego dnia przyjechał na metę pierwszy, odbierając punkt Rabie.

Po czterech seriach Raba i Huszcza mieli po 11 pkt., Jankowski 10, Jancarz 9. Na początku finałowej serii startów swoje wyścigi wygrali Jankowski i Huszcza. Było wiadomo, iż obaj staną na podium. Doszło do wyścigu 20 przed taśmą stanęli Raba, Jancarz, Piotr Pyszny i Nowak. Ze startu najlepiej wyszedł legendarny zawodnik Stali. Za nim jechał Raba. Taki układ oznaczał, iż mistrzem zostaje Huszcza, a Jancarz i tak musi się obejść czwartym miejscem. I nagle na przeciwległej prostej gorzowianin przymknął gaz, a opolanin przemknął obok niego. Po zakończeniu wyścigu gwizdom na stadionie nie było końca. „W imię przyjaźni zielonogórsko-gorzowskiej” Jancarz sprawił, iż o tytule mistrzowskim musiał zdecydować bieg dodatkowy.

– Nie pamiętam tamtej sytuacji. Byłem skupiony na sobie. Nie ma o czym mówić. Miał być bieg dodatkowy o mistrza, więc wyjechałem. Byłem pewny, iż go wygram. To był mój dzień. Czułem to – mówi Niezniszczalny i Niezatapialny, jak po latach określono Huszczę.

Rzeczywiście w biegu dodatkowym zielonogórzanin nie dał odrobiny szans Rabie. Przy tumulcie trybun przejechał cztery okrążenia na pierwszym miejscu, zdobywając jakże prestiżowy wówczas, tytuł najlepszego żużlowca w Polsce.

Andrzej Huszcza z autorem tekstu

Ze stadionu nikt nie wyszedł. Zielona Góra wiwatowała

A my na trybunach, spaleni słońcem, jeszcze długo fetowaliśmy o mistrzostwo. Nikt nie wychodził ze stadionu przed zakończeniem ceremonii medalowej. Wszyscy czekali na moment, gdy Andrzej założy na głowę Czapkę Kadyrowa. Wsiądzie w niej na motor i zrobi rundę honorową.

– A potem koleżanka wyszyła na niej moje nazwisko – mówi mistrz z roku 1982.

Dla niego jednak emocje tego dnia się nie zakończyły.

– W nocy żona urodziła córkę. Miałem dwa piękne prezenty w swoim życiu jednego dnia: tytuł mistrzowski i ukochaną córeczkę – kończy Huszcza.

Pan Andrzej więcej indywidualnym mistrzem kraju nie został. Ale, mimo tego, za zasługi dla sportu i miasta i wdzięczność kibiców, za życia postawiono mu pomnik. Na zielonogórskim deptaku, przed wejściem do Teatru Lubuskiego, bo żużel to teatr.

MARIUSZ RABENDA

Idź do oryginalnego materiału