—> ZOBACZ POPRZEDNI TEKST O ŻUŻLU W WENEZUELI! <—
Dotarcie do archiwów niegdyś najpopularniejszej gazety Wenezueli – „El Nacional” – jest w tej chwili niemożliwe. „Przepraszamy, ale nie będziemy w stanie Państwu pomóc” – odpowiedział na moje zapytanie redaktor naczelny tego medium, José Gregorio Meza. Początkowo nie bardzo rozumiałem powód odmowy (wszak resztki tego ogromnego archiwum wciąż można znaleźć w Internecie), ale po pewnym czasie wszystko się wyjaśniło.
W kwietniu 2021 roku Sąd Najwyższy Wenezueli wydał wyrok, zgodnie z którym „El Nacional” miało zapłacić około 13,6 miliona dolarów amerykańskich jednemu z najbardziej wpływowych polityków „czawistowskiej” Wenezueli, Diosdado Cabello, tytułem „zadośćuczynienia za szkody moralne”, rzekomo wyrządzone mu po przedruku artykułu z hiszpańskiego dziennika ABC, w którym przytaczano fakty dotyczące jego bliskich związków z narkobiznesem.
Dla medium, które przez wiele lat pozostawało w opozycji wobec władzy, wyrok ten był w istocie „śmiertelny”. Już następnego dnia do siedziby redakcji „El Nacional” przybyła grupa uzbrojonych osób „w czerni”, których faktycznym zadaniem było zajęcie majątku redakcji – w tym ogromnego i bezcennego archiwum gazet oraz fotografii, skrupulatnie gromadzonych od 1943 roku, kiedy ukazał się pierwszy numer „El Nacional”. Na szczęście niemal cały dobytek pracownicy zdołali wywieźć wcześniej. Tomy starych gazet i pudełka z negatywami fotograficznymi – wśród których niemal na pewno znajdowały się również materiały o wyścigach żużlowych w Caracas – zostały starannie zapakowane i przewiezione w bezpieczne miejsce.
Wydawcy zostali zmuszeni do zaprzestania publikacji gazety w wersji papierowej, pozostawiając jedynie edycję elektroniczną z redakcją „na wygnaniu” – w Madrycie. Tak właśnie wygląda cena wolności słowa we współczesnej Wenezueli. Prawdę mówiąc, większość wenezuelskich reżimów politycznych dość brutalnie reagowała na wszelkie przejawy „innego myślenia”, ale za czasów dyktatorów-socjalistów – Hugo Cháveza i jego następcy Nicolása Maduro – aparat represji ruszył ze szczególną siłą.
Ostatnie dni redakcji El Nacional. Rok 2021.Niekończąca się strefa turbulencji dla współczesnej Wenezueli rozpoczęła się wraz z końcem tak zwanego „Złotego Wieku”. Jej początek był jednak mało zauważalny, ponieważ fundament rozwoju gospodarczego kraju, położony za rządów Péreza Jiméneza, był w istocie solidny. Ten sam Rómulo Betancourt, który po raz drugi doszedł do władzy, wygrywając wybory pod koniec 1958 roku (co stało się możliwe dopiero po obaleniu reżimu Jiméneza kilka miesięcy wcześniej), kontynuował kurs swoich poprzedników, zmieniając jednak formę rządów z jednoosobowej dyktatury na demokratyczny ustrój polityczny.
W swoim nieodłącznym kapeluszu i z fajką w ustach Betancourt często podróżował po Wenezueli, spotykał się ze zwykłymi ludźmi, utrzymywał dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi i przyjaźnił się osobiście z prezydentem Kennedym. Nie zmienił kierunku polityki zagranicznej kraju, czego bardzo chciał nowy przywódca Kuby, Fidel Castro, któremu Betancourt odmówił mu sprzedaży ropy po obniżonej cenie. Nie przywrócił też stosunków dyplomatycznych z ZSRR, za co zapłacił próbą zamachu na swoje życie oraz licznymi próbami destabilizacji sytuacji w Wenezueli.
Za czasów Betancourta wydobycie „czarnego złota” wciąż pozwalało krajowi utrzymywać status najbardziej rozwiniętego w regionie Ameryki Łacińskiej – choćby dlatego, iż równolegle z przemysłem naftowym rozwijały się także inne gałęzie gospodarki. Chcę od razu zaznaczyć, iż posiadanie ogromnych złóż ropy wcale nie oznacza bezchmurnej przyszłości dla danego państwa. W Wenezueli ropa jest ciężka (zawiera dużo frakcji asfaltowo-żywicznych), a jej wydobycie wymaga dużych inwestycji, skomplikowanych rozwiązań inżynieryjnych oraz licznej wysoko wykwalifikowanej kadry. Rentowność takiej eksploatacji jest znacznie niższa niż na przykład na Bliskim Wschodzie.
Oczywiście w politycznie stabilnym regionie zarządzanie takimi procesami byłoby prostsze, ale dla Wenezueli, z jej nieustanną „turbulencją”, niekompetentnymi politykami, totalną korupcją i innymi czynnikami, ropa stała się prawdziwym przekleństwem, które stopniowo wciągnęło kraj w głęboki kryzys gospodarczy. Jednak za rządów Rómula Betancourta wydawało się, iż przyszłość Wenezueli będzie bardziej optymistyczna, a lokalni biznesmeni mogli bez większego wahania wydawać ogromne pieniądze na swoje ryzykowne „zabawki”. Jedną z nich była seria zawodów żużlowych w Caracas pod koniec 1959 roku. choćby dziś projekt ten można uznać za jeden z najbardziej ambitnych w historii tej dyscypliny sportów motorowych. I bez wątpienia za jeden z najbardziej awanturniczych.
CaracasByć może z Ewertem wrócimy do domu już 17–18 grudnia, jeżeli na statku będą wolne miejsca. Część naszej „bandy” planuje zostać dłużej, tym bardziej iż miejscowi chłopcy też zaczęli powoli wyjeżdżać na tor. Trudno powiedzieć, co by się stało, gdybyśmy wszyscy zdecydowali się wyjechać stąd jednocześnie, ale osobiście nie wierzę, by sport jako taki szczególnie interesował ludzi w Wenezueli. Niedawno byliśmy na korridzie – i tam publiczność zachowywała się jak oszalała, zwłaszcza gdy z bezbronnych zwierząt zaczynała płynąć krew. Takie „rozrywki” są tu bardzo popularne.
W każdym razie uważam, iż miejscowi chłopcy mogą stać się dobrymi zawodnikami. Wielu z nich ma talent, zainteresowanie żużlem oraz pewne doświadczenie w wyścigach na seryjnych motocyklach. W ostatnią niedzielę kilku Anglików pojechało zobaczyć jedne z takich zawodów. Nigdy w życiu nie widzieli nic bardziej niebezpiecznego i gorzej zorganizowanego. Widzowie chodzili tam i z powrotem bezpośrednio po torze, a policja pilnowała jedynie, by na trasę nie wjeżdżały prywatne samochody. Turniej zaczynał się o dziewiątej rano, więc chłopcy z naszej drużyny bez problemu zdążali wrócić do Caracas, by przygotować się do wieczornych zawodów na Estadio Bello Monte…
…W wieczornych zawodach drużynowych najwięcej punktów zdobył Mattingly – 7. Zwycięzcą indywidualnym został Taylor, przed Byfordem i Vanderbergiem. Ewert i ja wyjechaliśmy na tor tylko w meczu drużynowym. Ewert spróbował też pobić rekord okrążenia, ale niestety popełnił błąd w ostatnim łuku. Najszybszy był Byford, uzyskując czas 15,8 sekundy na okrążeniu ze startu lotnego. Ten wynik będzie prawdopodobnie bardzo trudny do poprawienia. Wczoraj wygrałem finał indywidualny. Drugie i trzecie miejsce zajęli Teodorowicz i Mattingly…” – pisał w swoim ostatnim liście z Wenezueli do redakcji „Racing” Berndt Nilsson.
Międzynarodowa drużyna żużlowców podczas prezentacji tournee w Caracas. Berndt Nilsson na pierwszym planie…Trochę poznaliśmy też miasto. I chyba pierwsze, co uderza, to ruch drogowy. Bardzo różni się od tego, do czego przywykliśmy w Szwecji czy Anglii. Tutaj jeżdżą jak szaleni, a do tego bez przerwy trąbią na siebie, gdy tylko ruch zaczyna zwalniać. Pewnego dnia spadł deszcz, który wywołał prawdziwy chaos na drogach. Ewert z chłopakami przez 15 minut nie mogli przejść na drugą stronę ulicy, dopóki policja nie zdołała choć trochę uporządkować ruchu…
…Ten, kto posiada tu warsztaty blacharskie, musi być milionerem – nigdy i nigdzie nie widziałem tylu rozbitych samochodów. choćby w Szwecji zimą. W rzeczywistości większość ludzi nie spieszy się z naprawą aut po drobnych kolizjach…
…Teodorowicz spotkał tu swojego krewnego, który zobaczył jego zdjęcie w gazetach i postanowił się odezwać. Mówią, iż w Polsce tylko jedna rodzina nosi takie nazwisko. Nie jestem pewien, kim ten człowiek jest dla Tadeusza – może kuzynem. Wyjechał do Szwecji w 1945 roku, ożenił się z miejscową dziewczyną, a potem razem z nią przeniósł się do Wenezueli. Pokazali nam wspaniałe plaże i opowiedzieli wiele ciekawych rzeczy o lokalnym życiu – między innymi o cenach mieszkań, samochodów i benzyny. Ogólnie rzecz biorąc, prawie wszystko jest tu dwa razy droższe niż w Szwecji. Ale możliwości zarobku są całkiem niezłe…
…Pewnego dnia pojechaliśmy w góry, które leżą między morzem a Caracas. Kolejka linowa wyniosła nas na wysokość 8000 stóp nad poziomem morza. Pogoda była wietrzna, więc trochę się baliśmy, gdy wagonik się kołysał. Ale widok miasta z góry był czymś niesamowitym. choćby samochody wyglądały na maleńkie, jak zabawki. Tor żużlowy z tej perspektywy przypominał pierścień położony dokładnie w centrum miasta…
…Kąpiemy się i odpoczywamy między zawodami. Wygląda na to, iż ta trasa niedługo dobiegnie końca, więc staramy się zobaczyć i przeżyć jak najwięcej. Na przykład między siódmymi a ósmymi zawodami pojechaliśmy na polowanie na krokodyle. Zaprosili nas Niemcy, z którymi zaprzyjaźniliśmy się w Caracas. Musieliśmy jechać nad jezioro oddalone o 100 kilometrów od miasta. Wcześniej zupełnie nie wyobrażałem sobie, jak takie polowanie wygląda. Nie wiedziałem, iż odbywa się wyłącznie nocą i iż krokodyle są tak zwinne. Złapaliśmy trzy. Największy miał półtora metra długości. Robiliśmy na nie pułapki z metalowego drutu i wciągaliśmy je do łodzi. Bardzo ważne jest trzymać się od nich z daleka i koniecznie wiązać tylne łapy – no i pysk, oczywiście…
…Wracając do żużla – Ewert i ja radzimy sobie bardzo dobrze. choćby lepiej, niż mogliśmy przypuszczać. W poprzednich zawodach zdobyłem 14 punktów, Ewert – 12, Teodorowicz – 11, Byford i Maidment po 10. Kilku miejscowych chłopaków też spróbowało swoich sił. W gruncie rzeczy przypominają naszych juniorów, ale żeby osiągnąć choćby przyzwoity poziom, muszą dużo trenować. Może gdyby zaczynali od motocrossu, szybciej zdobyliby potrzebne doświadczenie. Ale przy dużym zaangażowaniu wszystko jest możliwe. Oczywiście pod warunkiem, iż żużel w tym kraju się utrzyma…
15 grudnia 1959 roku międzynarodowa drużyna żużlowców wyjechała na tor Estadio Bello Monte po raz ostatni. Tadeusz Teodorowicz zdobył w tych zawodach 15 punktów, Berndt Nilsson – 12, Cham Taylor – 11, Ewert Andersson – 8. Na torze pojawili się również kontuzjowani w czasie poprzednich imprez Reg Lackhurst i Derek Stratt.
Jeszcze jedno spotkanie miało się odbyć 20 grudnia, jednak z powodu deszczu organizatorzy byli zmuszeni odwołać je w sam dzień zawodów. Lokalni chłopcy, którzy wcześniej zapewniali Phila Bishopa, iż w Caracas nie będzie deszczów aż do marca, ostatecznie pomylili się w swoich prognozach. Prawdę mówiąc, było to logiczne i spodziewane zakończenie wenezuelskiej przygody żużlowej. Do świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku pozostawały już tylko dni, a sportowcy, przepełnieni wrażeniami, chcieli jak najszybciej dotrzeć do swoich domów rodzinnych.
Ostatni list Phila Bishopa ukazał się w numerze tygodnika „Speedway Star & News” z 9 stycznia 1960 roku. Jego tytuł mówił sam za siebie: „Venezuelan venture fails”. Przytoczę tylko kilka fragmentów:
…Wróciłem do domu w Anglii z Caracas w poranek Bożego Narodzenia i bardzo chcę spędzić czas z rodziną oraz spróbować niezwykle smacznej świątecznej kolacji, którą przygotowała moja żona…
…Ogólnie rzecz biorąc, tę południowoamerykańską trasę mogę nazwać porażką. Organizatorzy wydali około 250 tysięcy funtów na ten projekt. Kupili ziemię pod tory żużlowe w Caracas oraz jeszcze w dwóch miastach. Sama budowa jednego stadionu, na którym się ścigaliśmy, kosztowała sto tysięcy. Byłem absolutnie zaskoczony faktem, iż obiekt ten ma zostać zburzony już za kilka miesięcy, ponieważ lokalne władze planują budowę drogi właśnie w tym miejscu…
…Ogólnie ceny wszystkiego w Wenezueli są bardzo wysokie…
…Kontuzjowany Cyril Roger otrzymał od organizatorów 1000 funtów odszkodowania. Jego operacja kosztowała 250 funtów, pobyt w szpitalu – kolejne 25 funtów dziennie. Dodajcie do tego cenę biletu do Londynu i zrozumiecie, iż suma robi się niemała…
…Nawet po zbudowaniu stadionu organizatorzy stale zmagali się z dodatkowymi problemami. Kilka razy deszcz zmywał tor i za każdym razem trzeba było go budować od nowa…
…Wszyscy mieszkaliśmy w najlepszym hotelu w Caracas, co kosztowało 30 funtów tygodniowo na osobę. Oprócz tego każdy z nas otrzymywał „gwarantowane” 20 funtów tygodniowo. Możecie sami policzyć, jak kosztowna może być próba popularyzacji żużla w tym kraju. Oczywiście wszystkie koszty transportu w tej dalekiej podróży dla 17 zawodników również pokrywali organizatorzy…
…Publiczność nigdy nie przekraczała 4 tysięcy osób. Przy czym znaczna część z nich miała darmowe zaproszenia…
…Łącznie rozegraliśmy 8 zawodów. Przed rozpoczęciem trasy była dobra reklama w telewizji, radiu i gazetach. Zawody transmitowano w telewizji, ale w prasie prawie nie było relacji i wielu ludzi po prostu nie wiedziało o naszych wyścigach…
…Tuż obok stadionu jeden Szwed był właścicielem biurowca. I absolutnie nic nie wiedział o żużlu w Caracas aż do naszego ostatniego wyścigu. Ten facet był bardzo rozczarowany, bo okazało się, iż jest kibicem klubu Monarkerna, w którym w Szwecji startują Berndt Nilsson i Evert Andersson. Poza stadionem było mnóstwo różnej reklamy, ale nigdzie nie zapowiadano kolejnych zawodów żużlowych…
…Problemy organizacyjne stały się główną przyczyną porażki tego tournée. Stosunek Wenezuelczyków do wielu spraw można określić słowami: „Och, zrobimy to jutro”, ale jak mówi stare przysłowie – „jutro może nigdy nie nadejść”…
…Kiedy sprawy zaczęły wyglądać źle, zorganizowałem dla pięciu zawodników bilety na statek do domu. Mieli dotrzeć do Anglii 26 grudnia. Kolejnych 12 żużlowców zostało, aby pojechać zawody 20 grudnia. To spotkanie ostatecznie zostało odwołane. Następnych sześciu chłopaków dostało miejsca na statku i mają dotrzeć do domu w ten weekend. Ci, którzy zostali, zostaną bardzo gwałtownie wysłani do Europy. Wyleciałem z Caracas 24 grudnia, chociaż jeszcze 10 minut przed odlotem mój samolot nie był potwierdzony…
…Wenezuelskie tournée stało się kolejną kartą w mojej 32-letniej karierze żużlowej. I chcę powiedzieć, iż nie zapomnę jej jeszcze bardzo długo.
Speedway Star & News. 9/01/60Żużel już nigdy nie powrócił do Wenezueli. Również media sportowe dość gwałtownie zapomniały o tej bez wątpienia ambitnej i unikatowej awanturze. Sam kraj południowoamerykański wszedł w strefę niekończących się turbulencji. Jeden z symboli „złotego wieku Wenezueli”, architektoniczne arcydzieło „El Helicoide de la Roca Tarpeya”, nigdy nie stał się centrum rozrywkowo-handlowym. Po kilku nieudanych próbach kontynuowania budowy, „Helicoide” stał opuszczony aż do 1984 roku, kiedy wprowadziła się”tam narodowa służba wywiadu i działań prewencyjnych. W ostatnich dekadach budynek ten dla wielu mieszkańców Wenezueli kojarzy się ze strachem i bólem – mieści się tam niesławne więzienie, znane daleko poza Ameryką Łacińską z relacji o systematycznych, brutalnych torturach więźniów.
El Helicoide de la Roca TarpeyaPhil Bishop definitywnie zakończył karierę zawodnika w 1963 roku, po czym skupił się na roli menedżera żużlowego. Od 1966 roku pracował z londyńską drużyną West Ham Hammers. 14 lipca 1970 roku Phil Bishop wraz z grupą zawodników i mechaników wracał do domu po serii zawodów w Holandii. O godzinie 5 rano w pobliżu belgijskiego miasta Lokeren mikrobus z Anglikami uległ straszliwemu wypadkowi, w wyniku którego zginęło sześć osób, w tym 60-letni Phil Bishop. Właśnie tego dnia miał on świętować 35. rocznicę małżeństwa ze swoją ukochaną żoną Winifred.
Ślub Phila Bishopa i Winifred Clevley. 14/07/1935Berndt Nilsson po zakończeniu wenezuelskiej przygody wrócił do Szwecji, gdzie jeszcze przez kilka lat startował w barwach sztokholmskich klubów Monarkerna i Getingarna. Później został odnoszącym sukcesy menedżerem tego drugiego, ale okazjonalnie pojawiał się także jako zawodnik na torach szwedzkich stadionów żużlowych aż do 1979 roku. Berndt jest ojcem znanego szwedzkiego żużlowca Tommy’ego Nilssona oraz dziadkiem Kima Nilssona, którego w ostatnich latach mogliśmy oglądać na żużlowych torach cyklu Speedway Grand Prix.
Monarkerna, Sztokholm, lata 50. XX wieku. Berndt Nilsson pierwszy z lewej w dolnym rzędzie.Ostatnim przesłaniem Berndta Nilssona z Wenezueli w grudniu 1959 roku była kartka noworoczna skierowana do czytelników gazety „Racing”:
Teraz opuszczamy Wenezuelę i była to dość nagła decyzja. Dopiero wczoraj dowiedzieliśmy się, iż w pięciu dostaniemy bilety na najbliższy statek do Europy. Oprócz mnie i Everta do domu jadą Taylor, Stratt i Luckhurst. Wszyscy oni doznali różnych urazów podczas naszych wyścigów w Caracas i bardzo chcieli jak najszybciej wrócić do swoich krajów.
Ostatnie kilka dni było dość nerwowych, ponieważ musieliśmy załatwić wszystkie sprawy „papierkowe”, a także uporządkować sprzęt. Najważniejsze jednak było zdążyć pożegnać się ze wszystkimi naszymi nowymi przyjaciółmi, których przez te sześć tygodni naprawdę przybyło bardzo wielu. Myślę, iż teraz mamy kilka dni na statku, aby odpocząć i się poopalać, zanim znów trafimy do zimowej Europy. w tej chwili temperatura powietrza wynosi 35 stopni.
Po przybyciu do Anglii udamy się do francuskiego Hawru, gdzie przesiądziemy się na pociąg do Szwecji. Mamy nadzieję, iż uda się przywitać Nowy Rok w domu. A jeżeli nie, to chcemy życzyć wam wszystkiego najlepszego w nowym, 1960 roku.
Berndt.
—> ZOBACZ POZOSTAŁE CZĘŚCI Z(A)MARŁYCH TORÓW! <—
















