Wielu skoczków czuje strach. „Każdy ma trzy karty w kieszeni”

8 godzin temu

Paweł Wąsek miał w głowie najgorsze obrazy tego, co za chwilę może się stać. Andrzej Stękała denerwował się tak, iż prawie zwrócił zupę. Jakub Kot na skoczni zwanej „szubienicą” nie widział praktycznie nic. Słynny Norweg przez lęk wysokości nie potrafił zejść z drabiny, a później został mistrzem świata w lotach. Strach skoczków narciarskich to temat tabu. Wielu zawodników się boi, ale nie chce o tym mówić. Co tak naprawdę dzieje się w ich głowach? I jak temu zaradzić?

W książce „Za punktem K”, którą napisałem z Natalią Żaczek, wywiad z Pawłem Wąskiem jest zatytułowany: „Do dziś zdarza się, iż głowa nie puszcza”. Choć równie dobrze mógłby nim być fragment „Mieć czy być”, piosenki zespołu Myslovitz: „Strach przed lataniem i głód doświadczeń”.

W przypadku skoczka, który przez długi czas kadencji Thomasa Thurnbichlera był najlepszym z Polaków, wszystko zaczęło się 15 stycznia 2014 roku. Wąsek miał 15 lat i był przedskoczkiem przed zawodami Pucharu Świata w Wiśle. Odbywał się trening, długo czekał na pozwolenie na skok. Panowały trudne warunki, a na dodatek, kiedy Paweł puścił się z belki, wiatr się wzmógł. Dostał boczny podmuch, wykonał salto, upadł. Stracił przytomność, z jego nosa obficie leciała krew. Trener Jan Szturc, który oglądał to wszystko z bliska, sięgnął po telefon i zadzwonił do ojca zawodnika, pana Krzysztofa.

Powiedział mu tylko: „Przyjedź na skocznię, bo twój syn się strzaskał”.

Dlaczego skoczkowie narciarscy boją się latać?

Spis treści

  1. Dlaczego skoczkowie narciarscy boją się latać?
  2. Straszny wypadek Pawła Wąska. „Miał wątpliwości, czy dalej skakać”
  3. Polski skoczek wspomina: „Zacząłem jeść zupę. Prawie ją zwróciłem”
  4. Zawodnik najpierw się cieszył. A później milczał
  5. Ważne słowa trenera: „Ty już w Planicy nie skaczesz”
  6. Mgła na „szubienicy”. Wspomnienia Jakuba Kota
  7. Słynny Norweg miał lęk wysokości. „Nieuleczalna dolegliwość”
  8. Skoki jako kompensacja. Treningi polecili psychologowie

Straszny wypadek Pawła Wąska. „Miał wątpliwości, czy dalej skakać”

Pamiętam moment wyjścia z progu. Poczułem, iż narta mi ucieka i zaczyna mnie przekręcać na głowę. Później przebłyski: siedzę w karetce, obok mnie jakaś pani. Pytam, co się stało, a ona odpowiada, iż miałem wypadek i jedziemy do szpitala. „Będzie ok”- dodała. Kolejne przebłyski są z badań. Ludzie obok mnie coś przekładają, przenoszą. Pełna świadomość wróciła mi dopiero, gdy spokojnie leżałem na sali – opowiada Wąsek w „Za punktem K”. W szpitalu był tydzień.

Powtórki tamtego feralnego skoku nigdy nie widział i nie chce jej obejrzeć.

Nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał, iż to, co się wydarzyło, tak mocno będzie mu siedziało w głowie i wywoła tak wielki lęk.

Po tamtym zdarzeniu syn miał wątpliwości, czy dalej skakać – opowiadała jego mama, pani Grażyna, w cyklu „Portrety” w „Przeglądzie Sportowym”.

Pan Krzysztof w tym samym materiale dodawał: – Paweł musiał się przełamać. Czuł lęk przed skakaniem. Powtarzałem mu: „Jako dziecko chciałeś jeździć na motorze. Tam najwięksi mistrzowie po 13 razy się łamią, a później wracają i osiągają sukcesy. Pomyśl, jaką oni muszą mieć psychikę”. Syn próbował współpracy z psychologiem, ale średnio mu przypadła do gustu. choćby niedawno czuł stres i był niezdecydowany, gdy na skoczni dość mocno wiało.

Paweł Wąsek (z prawej) w 2017 roku

Jak dokładnie wygląda taki lęk z perspektywy zawodnika? Paweł w cytowanej już tutaj książce definiował go tak: – W głowie kotłuje się milion myśli. Człowiek ma poczucie, iż jego nogi są jak z waty i nie będą gotowe, żeby się odbić. Ale przede wszystkim pojawiają się najgorsze obrazy tego, co za chwilę może się stać.

Polski skoczek wspomina: „Zacząłem jeść zupę. Prawie ją zwróciłem”

Daniel Krokosz to psycholog, który od sezonu 2022/2023, kiedy kadrę objął Thurnbichler, współpracuje z reprezentacją skoczków. Jest uczniem prof. Jana Blecharza, który w przeszłości pomógł doprowadzić Adama Małysza do gigantycznych sukcesów. To właśnie Blecharz polecił Krokosza, na co dzień wykładowcę AWFiS w Gdańsku, austriackiemu szkoleniowcowi.

Strach skoczków w przypadku największych obiektów jest często obserwowany . Większość zawodników może choćby nie zdawać sobie sprawy, iż to pobudzenie, które odczuwają, jest właśnie objawem strachu. Lęk generuje sama prędkość skoczka, wysokość i długość lotu. Tak działa nasza biologia, a konkretnie układ współczulny, odpowiedzialny za reakcję stresową – walkę i ucieczkę, który w takich sytuacjach aktywuje się jeszcze bardziej. Każdy lot na mamucim obiekcie stanowi wyzwanie, a może choćby stanowić zagrożenie – tłumaczy Krokosz w rozmowie z Weszło.

Po chwili dodaje: – W psychologii strach ma dwa wymiary. Pierwszy to ten biologiczny, objawiający się wzmożonym tętnem, spłyconym oddechem, większym napięciem mięśni, potliwością. To reakcja fizjologiczna, przygotowywanie nas do ucieczki, do zagrożenia. Możemy to mieć w różnym nasileniu. Druga sprawa to lęk poznawczy. Zawodnicy rozmyślają, co może się wydarzyć albo co by się wydarzyło, gdyby coś poszło nie tak. To prowadzi do trudnych reakcji: bólu brzucha, niełatwych do przepędzenia myśli, overthinkingu. Do bezsenności, trudności z jedzeniem. Im większe doświadczenie w lotach ma skoczek, tym lepiej sobie z tym radzi.

Daniel Krokosz

Drugi wymiar strachu dopadł w grudniu 2020 roku Andrzeja Stękałę. Tego dnia odbywał się konkurs drużynowy w mistrzostwach świata w lotach w Planicy. Pochodzący spod Zakopanego skoczek miał wtedy najlepszy sezon w karierze, ale tamten dzień nie był dla niego łatwy.

Wstałem, zjadłem śniadanie. Wszystko było jeszcze w porządku. Nagle zacząłem zdawać sobie sprawę, iż ja coś mogę z tej Słowenii przywieźć. Jakiś medal – wystarczy, iż oddam dwa dobre skoki i koledzy zrobią to samo. Wtedy pojawił się duży stres. Próbowałem odepchnąć te myśli od siebie, ale nie potrafiłem. Pamiętam, jak zszedłem na obiad, zacząłem jeść zupę i prawie ją zwróciłem. Gdy przyjechaliśmy pod skocznię, długo na nią patrzyłem – opowiadał mi pięć lat temu.

Stękała dał jednak radę. „Oddaj dobre skoki, po prostu się tym baw” – powiedział do siebie. Pomogło, ale po swojej ostatniej próbie, bardzo udanej, na 229 metrów, najpierw uniósł ręce do góry, a później z ruchu warg można było wyczytać, jak wypowiada jedno słowo: „Koniec”.

Wyraz, który oznaczał koniec braku sukcesów w karierze. Koniec bycia kimś drugorzędnym, przeciętnym. Ale też koniec konkursu, który mimo wszystko wiązał się z wielkim stresem.

Zawodnik najpierw się cieszył. A później milczał

Właśnie rozpoczęły się kolejne mistrzostwa świata w lotach, tym razem w niemieckim Oberstdorfie. W mieście, gdzie pod koniec roku rozpoczyna się Turniej Czterech Skoczni, ale wtedy rywalizacja ma miejsce na Schattenbergschanze, która ma punkt konstrukcyjny na 120. metrze. Teraz skoczkowie walczą na mamucie – Heini-Klopfer Skiflugschanze, gdzie ten punkt to już 200 metrów. Mamy za sobą kwalifikacje, przed nami konkurs indywidualny o tytuł oraz rywalizacja drużynowa.

Obecny trener kadry, Maciej Maciusiak, nie zabrał do Niemiec Wąska, ale bierze go na igrzyska olimpijskie do Włoch. Szkoleniowiec w Niemczech postawił na szóstkę: Kamil Stoch, Piotr Żyła, Maciej Kot, Dawid Kubacki, Aleksander Zniszczoł i Klemens Joniak. Ale losy obecnego trenera kadry, Wąska i tego właśnie obiektu splotły się ze sobą już siedem lat temu.

W 2019 roku Maciusiak był głównym trenerem reprezentacji B. Zadzwonił do Wąska, który miał 19 lat i w zawodach Pucharu Świata startował wyłącznie w naszym kraju.

Paweł, jedziesz na zagraniczne konkursy – poinformował skoczka.

Po drugiej stronie euforia, radość.

Chodzi o rywalizację na mamucie w Oberstdorfie – dodał Maciusiak.

Wąsek przestał się cieszyć, długo milczał. Ale pojechał do Niemiec.

Na miejscu w pokonaniu lęku trochę pomógł mu profil obiektu. Szatnie znajdowały się na wysokości punktu K, a sam obiekt z dołu nie robił aż tak wielkiego wrażenia. Ale kiedy spojrzał na wszystko z góry, pojawiła się myśl: „Co ja tutaj robię?”. Wąsek musiał działać szybko. Przełamał się. Zauważył wtedy, iż im dłużej myśli o strachu, tym z jego głową jest gorzej.

Ważne słowa trenera: „Ty już w Planicy nie skaczesz”

Większy problem miał na najbardziej znanym mamucie na świecie, czyli w Planicy. W środowisku można usłyszeć, iż na słoweńskim gigancie większość zawodników tak naprawdę czuje strach, tylko o tym nie mówi. Z różnych powodów. Bo nie uchodzi. Bo przecież, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, trzeba być twardzielem. Bo nie powinno się okazywać słabości przed rywalami.

Wąsek do dziś pamięta swój pierwszy trening w Planicy w 2022 roku. Spóźnił skok, narta zaczęła mu się oddalać. Od razu w głowie najgorsze myśli. Musiał ratować się przed upadkiem. Gdy wylądował, jego ciało zaczęło wysyłać sygnały, iż nie chce oddawać kolejnego skoku. Ale zwyciężyła myśl, iż przecież musi, bo jest na ważnych zawodach. Wjechał na górę, ale jury odwołało serię, ze względu na roztopiony śnieg. Niedługo później spotkał go ówczesny trener kadry, Michal Doleżal. Czech tylko spojrzał na Wąska i od razu powiedział: „Paweł, ty już w Planicy nie skaczesz”.

I tak też się stało.

Daniel Krokosz i Paweł Wąsek

Ojciec Wąska wspominał, iż syn nie był przekonany do pracy z psychologiem. W serialu „Skoczkowie” w reżyserii Adama Nasiłowskiego, który opowiada o kulisach pracy kadry Thurnbichlera, widać jednak, iż Krokosz i Wąsek nawiązali relację i pracują nad stresem, który długo był problemem Pawła.

Jak udało się sprawić, iż skoczek na mamutach zaczął skakać odważniej i osiągać lepsze wyniki?

Najciekawsze rzeczy dotyczące mojej pracy są zamknięte za drzwiami tajemnicy zawodowej. Ale mogę panu powiedzieć, iż Paweł sam chciał nad tym pracować. Praca w takim temacie to z jednej strony umiejętność koncentracji na chwili obecnej, bez wybiegania w przyszłość i rozpamiętywania przeszłości. A z drugiej – to akceptacja tego, co pojawia się w ciele. Zdolność działania pomimo strachu. Na tych elementach się skupialiśmy i mam wrażenie, iż Wąskowi to całkiem nieźle wyszło. Zasługa jest po jego stronie. W Planicy w końcu poradził sobie z lękiem, skacząc coraz lepiej, a w ubiegłym sezonie na mamucie w Oberstdorfie bił rekordy życiowe – przekonuje Krokosz.

Ważnym dniem był 26 stycznia 2025 roku. Wąsek w Oberstdorfie najpierw poprawił życiówkę w kwalifikacjach, osiągając 225,5 m. Tego samego dnia, ale już w konkursie, osiągnął 233 m. Kolejny rekord, a zawody ostatecznie zakończył na rewelacyjnej czwartej pozycji. Jak się przełamywać, to właśnie w takim stylu.

Krokosz niedługo po rozpoczęciu pracy z reprezentacją skoczków udzielił wywiadu portalowi Sport.pl. W rozmowie z Łukaszem Jachimiakiem pojawiła się postać Marca Noelke, który w polskiej kadrze był asystentem Thurnbichlera. Niemiec w przeszłości sam skakał, ale po upadku na igrzyskach w Albertville w 1992 roku, kiedy pękła mu śledziona i mógł choćby umrzeć, nie był już w stanie wrócić na dawny poziom i po kilku latach gorszego skakania zakończył karierę.

Między innymi dzięki Marcowi wiem, iż po takim upadku nic dla skoczka już nie jest takie samo – mówi w tamtej rozmowie Krokosz.

Dziś stwierdza, iż przypadki Niemca i Wąska mocno się różnią. – Mamy tu do czynienia z dwoma różnymi osobowościami. Paweł kontynuuje karierę po upadku, a Marc zakończył ją po tym, co wydarzyło się podczas tamtych igrzysk. Trudno to porównywać. Jeden z trenerów powiedział mi kiedyś, iż skoczkowie mają trzy karty w kieszeni. Każdy upadek na mamuciej skoczni zabiera im jedną, dwie karty albo wszystkie trzy. Nie ma zawodników, których takie zdarzenie nic nie kosztuje. Marc Noelke zapłacił od razu trzema kartami. Nie był w stanie dalej skakać. A Paweł, gdy upadł jako 15-latek w Wiśle, zapłacił jedną kartą. Resztę ciągle ma – tłumaczy nam Krokosz.

Mgła na „szubienicy”. Wspomnienia Jakuba Kota

Pod koniec ubiegłego sezonu wydawało się, iż do życiowej formy doszedł Philipp Raimund. I chyba tak było – Niemiec w dwóch konkursach z czterech kolejnych plasował się na piątym miejscu, a teraz pozostało mocniejszy, bo tej zimy już 11 razy meldował się w pierwszej dziesiątce, w tym czterokrotnie na podium. Ale w Planicy, na zakończenie ostatniego sezonu, nie pojawił się na skoczni. Powód? Pewnie się domyślacie.

Czasami, zwłaszcza podczas lotów, czuję, iż tracę kontrolę nad swoim ciałem. Nie zamierzam podejmować ryzyka, iż to mogłoby się stać. Nie wiem, czy byłbym jak pilot, który ma nad tym władzę, czy jednak poczułbym, iż tracę kontrolę nad wszystkim. Nie zamierzam latać, o ile nie będę czuł się na to gotowy – wyjaśnił Niemiec w swoich mediach społecznościowych.

Philipp Raimund

Czasami lęk na mamutach jest kwestią okoliczności. Splotu różnych czynników. Jakub Kot, dziś ceniony ekspert TVN-u i Eurosportu, nigdy nie zapomni, jak rywalizował jako zawodnik na popularnej kilkanaście lat temu mamuciej skoczni w czeskim Harrachovie.

Najgorszy mamut, najstraszniejszy, jaki może być. Mówiliśmy na niego „szubienica”, bo często trzepało niemiłosiernie, a po bokach stare bandy i kratki. Jadę tam oddać pierwsze skoki w życiu na tym obiekcie, seria próbna, wyjeżdżam na górę i panuje straszna mgła. Widoczność była na pięć, maksymalnie 10 metrów. Nie widziałeś nic: progu, gniazda trenerskiego. Na czuja wchodziłeś na belkę. Pierwszy skok wspominam jako straszny hardcore. Przede mną mleko. Trener Łukasz Kruczek używał gwizdka, bo machnięcia chorągiewką nie byłoby widać. Dźwięk gwizdka, puszczam się z belki. Odbicie. Czuję, jakby mgła nagle zostawała za mną. Lot. Nagle wszystko staje się szerokie, jakbyś trafił na jakąś autostradę. Kolejne linie, lądowanie. Znowu linie. Coś niesamowitego. Samo oddanie skoku w takich okolicznościach było dużym wyczynem – opowiadał mi Kot w dużym wywiadzie dla Weszło.

Jakub Kot

Wiadomo, z czym kojarzy się przede wszystkim Piotr Żyła. Luz, żarty, wieczne śmianie się. Dziennikarze, których raczej nie traktuje poważnie. – Podczas konkursu, gdy spojrzałem w dół, na tłumy, z wrażenia nie mogłem zapiąć butów, tak mi się ręce trzęsły – powiedział kiedyś. I jeszcze taka jego wypowiedź, przy okazji innych zawodów: – Podczas skoku próbnego pomyślałem sobie, iż może będzie już lepiej, jak spadnę z progu, niż jak za wcześnie wykonam odbicie. Wykręciło mnie. W głowie myśl, iż nie mam szans.

Czy Żyła, który ma jednoznaczny wizerunek, w takich momentach wciąż bardziej sobie żartuje? A może jednak ubiera we adekwatny sobie styl opowieść o lękach, które mocno na niego wpływają?

Rzadko kiedy albo choćby nigdy nie zdarza się, by zawodnik bez profesjonalnego podejścia był w stanie utrzymywać się na wysokim poziomie tak długo, jak Piotrek. Żyła, mając 39 lat, musi dobrze rozumieć, czego wymaga się od profesjonalnego sportowca i jak podchodzić do tego ze starannością oraz powagą. I on to rozumie – mówi Krokosz.

Słynny Norweg miał lęk wysokości. „Nieuleczalna dolegliwość”

Dla Kamila Stocha obecna rywalizacja to pożegnanie z mistrzostwami świata w lotach. To zresztą jedyne duże indywidualne zawody, których nasz wybitny skoczek nie wygrał. Najbliżej był w 2018 roku, właśnie w Oberstdorfie: Stoch ostatecznie sięgnął po srebrny medal, przegrywając złoto o 13 punktów. Na mamucie to nie jest aż tak wielka różnica. Kto wie, co by było, gdyby nie odwołano wtedy ostatniej, czwartej serii. Polak w trzeciej próbie poleciał o 11 i pół metra dalej niż ówczesny zwycięzca, Daniel-Andre Tande. Norweg, który wtedy okazał się najlepszy, to człowiek, który od dzieciństwa walczy z… poważnym lękiem wysokości.

Był grudzień 2016 roku, gdy Tande, wtedy już czołowy skoczek świata, szczerze opowiedział o tym dziennikarzom.

To nieuleczalna dolegliwość. W samolocie, siedząc przy oknie, nie odczuwam żadnego strachu. Być może jest zbyt wysoko, ale kiedy malowałem dom babci, stojąc na drabinie na wysokości pierwszego pietra, po spojrzeniu w dół strach mnie tak sparaliżował, iż zejście z niej zabrało mi ponad pół godziny – opisywał.

Wspominał też swój skok na mamucim obiekcie w Kulm w 2015 roku, kiedy osiągnął 197,5 m. Spokojnie mógł to być wynik powyżej 200 m, jednak Norweg spojrzał w dół i automatycznie wylądował szybciej.

Jak to możliwe, iż ktoś taki potrafił błyszczeć na skoczni i sięgnąć choćby po złoto mistrzostw świata w lotach?

Było to możliwe, bo mamy do czynienia z kierowaniem koncentracji. Skoczkowie są przygotowywani do lotów w sposób systematyczny. Nie przechodzą od razu z obiektu K-70 na mamuta. To jest stopniowe, choć oczywiście przeskok i tak jest pokaźny. Można nauczyć ich, by nie patrzyli w dół, żeby działali z ułamka sekundy na ułamek. W przypadku Tandego to prawdopodobnie się udało, choć wiemy też, jak wiele cała ta kariera go kosztowała – tłumaczy psycholog polskich skoczków.

Ma na myśli problemy zawodnika z depresją. W listopadzie 2024 roku w dramatycznym wywiadzie dla NRK Norweg opowiadał: – Mam problemy, by wstać z łóżka, a o ile już to zrobię, to leżę później cały dzień na kanapie. Przyszłość kojarzy mi się z pustką i ciemnością.

Na jego stan wpływ miało kilka czynników: zakończenie kariery, wypadek (o którym za chwilę) i samobójstwo młodszego brata, z którym nie mógł się pogodzić.

Skoki jako kompensacja. Treningi polecili psychologowie

U Tandego skoki były czymś na kształt terapii. Już w drugiej klasie podstawówki był pod opieką psychologów i to oni doradzili rodzicom Daniela, by ten rozpoczął zajęcia na małej, dziecięcej skoczni.

Krokosz twierdzi, iż „terapia” nie jest w tym przypadku do końca adekwatnym słowem. – To może być niekoniecznie terapia, a bardziej pewna forma kompensacji w radzeniu sobie z zarządzaniem energią i pobudzeniem. Na pewno dobrze byłoby przyjrzeć się każdemu przypadkowi z bliska, ale sądzę, iż psychologowie mogli zwrócić uwagę na fakt, iż układ nerwowy Tandego działał najlepiej, gdy był poddawany stymulacji – zauważa psycholog.

Był 25 marca 2021 roku, gdy Norweg w Planicy po wyjściu z progu stracił równowagę i runął na zeskok. Wyglądało to strasznie. Niektórzy sądzili, iż mogło stać się najgorsze. Daniela przetransportowano do szpitala, został wprowadzony w stan śpiączki. Skończyło się na złamanym obojczyku i przebitym płucu. Ale trauma pozostała. Trzy lata później 30-letni Tande ogłosił zakończenie kariery. – Po wypadku wytworzyła się u mnie bariera. Jest nie do przełamania. Strach stał się większy niż euforia ze skakania na nartach – mówił.

Makabryczny wypadek Tandego w Planicy

Podobną historię, choć z poważniejszymi konsekwencjami, ma Austriak Lucas Muller. Jako mały chłopiec panicznie bał się wysokości. Dlatego rodzice zdecydowali, iż zapiszą go na skoki. – Czasami ma takie dni, iż po wejściu na niewysoką, ale stromą górę z widokiem w dół prawie traci przytomność i siada na ziemi – mówił o Mullerze Alexander Stoeckl, który później prowadził m.in. Tandego w norweskiej kadrze i pracował też, bez powodzenia, przy reprezentacji Polski.

Muller w styczniu 2016 roku na mamucie w Tauplitz miał wypadek, w wyniku którego został częściowo sparaliżowany od pasa w dół. Porusza się na wózku, ale mimo tego po latach szuka pozytywów. I nie obraził się na ukochany sport.

Po tym wszystkim nie chciałem odwrócić się do skoków plecami. One wiele mi dały. Nie chcę, żeby ktokolwiek myślał, iż coś mi zabrały. Miałem poważny wypadek, ale gdybym miał możliwość oddania skoku, zrobiłbym to natychmiast. Ja choćby o tym śnię! Skaczę wtedy naprawdę świetnie i to adekwatnie dla mnie jedyna możliwość uprawiania tego sportu. To sprawia, iż budzę się z uśmiechem – opowiadał w 2020 roku w „Przeglądzie Sportowym”.

WIĘCEJ O SKOKACH NARCIARSKICH NA WESZŁO:

  • Maciej Maciusiak poszedł pod prąd. I dobrze [KOMENTARZ]
  • Grenlandia i Boliwia. Egzotyczne rekordy w skokach narciarskich
  • Kto powinien skakać na igrzyskach?

JAKUB RADOMSKI

Fot. Newspix.pl

Idź do oryginalnego materiału