Trener Polaków nie wytrzymał po starcie na igrzyskach. "Piąte koło u wozu"

2 godzin temu
- Z kombinacją norweską w Polsce źle się dzieje - mówi trener główny męskiej kadry tej dyscypliny Wojciech Marusarz. Tuż po olimpijskim starcie swoich zawodników, choć gryzie się w język, ujawnia, iż niektórzy działacze Polskiego Związku Narciarskiego chcą śmierci tego sportu. - Będą mieć wtedy mniejszy problem. Nie będzie nas i będą nas mieć z głowy - uważa olimpijczyk z Pjongczangu.
jeżeli spojrzeć na kombinację norweską z perspektywy ogólnego widza i kibica sportu w Polsce, to można powiedzieć, iż ta dyscyplina u nas nie istnieje. Nie ma wyników, nie ma wielu zawodników, a po niezłym okresie sprzed kilku lat - choćby miejscu drużyny w najlepszej ósemce na mistrzostwach świata - nie ma już praktycznie śladu.

REKLAMA





Wielu doda do tego, iż przecież to sport, który zaraz może zniknąć z igrzysk olimpijskich - ciągle waży się jego przyszłość. Zatem, po co się nim zajmować i w niego inwestować? Włoskie igrzyska niespodziewanie dały nam jednak nową, odmienną perspektywę, z której można spojrzeć na ten sport z wielką tradycją w narciarstwie i olimpizmie w polskim wydaniu.


Zobacz wideo Kamil Stoch ujawnia, co zamierza robić już po zakończeniu kariery



Trener Polaków uderza w działaczy: Cały czas byliśmy piątym kołem u wozu
Bo okazuje się, iż zawodnicy są. Miłosz Krzempek i Kacper Jarząbek przyjechali do Włoch i tu startują. - Mamy młodych zawodników, budujemy to. Mieliśmy zmianę pokoleniową, bo po igrzyskach w Pjongczangu, gdy było kilku zawodników, oni rok po roku kończyli karierę. Zrobiła się taka dziura, teraz budujemy od nowa. Mamy bardzo młodych zawodników, oni dopiero zaczynają. Igrzyska były, powiedziałbym, taką marchewką pokazaną im, żeby właśnie walczyli dalej. Mam nadzieję, iż za cztery lata przygotujemy się lepiej. Mielibyśmy czas, żeby popracować - tłumaczy Wojciech Marusarz.
Trener kadry uważa, iż olimpijski start Krzempka i Jarząbka już można uznać za swego rodzaju sukces. Bo nie wszyscy tego chcieli. - Z kombinacją w Polsce źle się dzieje. Nie chcę powiedzieć za dużo, nie chcę robić znowu afer, bo też cieszmy się sportem, cieszmy się igrzyskami. Nie będę teraz mówił, bo powiedziałbym wiele rzeczy. Serce chce, ale rozum na razie radzi, żeby się od tego wstrzymać - ujawnia Marusarz. I dalej, choć próbuje się gryźć w język, nie szczędzi gorzkich słów działaczom Polskiego Związku Narciarskiego. Poprosiliśmy już o to, żeby ktoś ze związku się do nich odniósł, czekamy na odpowiedź.
- Po prostu, to się już od samych podstaw troszeczkę kłóci z tym. Mamy mały sztab, dwa lata pracowałem sam. Bez serwismana, bez fizjoterapeuty, a to w kombinacji wiele znaczy. Gdzie sztaby innych kadr mają tu po sześć, siedem osób non-stop. Skoczkowie mają duży sztabu, ale też mają wyniki. To im trzeba oddać i ani słowa przeciwko. Biegacze mają, tak samo, wielki sztab. My cały czas gdzieś byliśmy jak piąte koło u wozu. Nie powiem, mieliśmy wsparcie z PZN-u, ale takie podstawowe. Mieliśmy na zgrupowania, mieliśmy na sprzęt. Za to mogę podziękować związkowi, ale jest pewna grupa osób, która nam to wszystko utrudnia. Sami wiemy, iż nie dajemy temu pretekstu, żeby może gdzieś tam nas bardziej wspierać, ale niestety trzeba trochę zaryzykować czasem. Postawić na jedną kartę, powiedzieć: macie cztery lata, wielkie wsparcie, macie sztab i spróbujmy coś zrobić. Ja już nie mam siły, jestem tu czwarty rok, ale dalej obijam się o ścianę. Niektórzy ludzie, działacze robią nam troszkę pod górę, przeszkadzają nam. (...) Tak po cichu liczą w naszym środowisku, iż tę kombinację po prostu zagrzebią na arenie międzynarodowej. Będą mieć wtedy mniejszy problem. Nie będzie nas i będą nas mieć z głowy - tłumaczy szkoleniowiec.



Polacy potrzebują cierpliwości. Jeden mówi choćby o walce o medale za cztery lata
Na razie jest, jak jest. Krzempek we wtorek zajął 33., a Jarząbek 35. miejsce. Dla naszych młodych zawodników to oczywiście nie są świetne wyniki i sami nie byli zadowoleni, ale nie ma co ukrywać, iż we Włoszech głównie gromadzili doświadczenie udziału w tak wielkiej imprezie.
- Naprawdę jest ciężko. Wiadomo, każdy zawodnik ma wysokie ambicje, chce wystartować jak najlepiej i o ile są jakieś potknięcia, nie wychodzi, to jest to bardzo dołujące. Ale no trudno, bywa i tak, trzeba to przetrwać i myślę, iż za jakiś czas będziemy odnosić po prostu najlepsze wyniki, satysfakcjonujące nas i trzeba trochę cierpliwości - wskazuje Kacper Jarząbek. Zapytany o warunki, jakie zapewnia związek, przez chwilę milczy, ale w końcu odpowiada: "Mamy zabezpieczony sprzęt, treningi, obozy i to na pewno pozwala nam, żeby jeździć na zgrupowania".
- Może i skaczę tak, żeby na Pucharze Kontynentalnym zakręcić się koło Top20, ale igrzyska olimpijskie to jednak jest totalnie parę poziomów wyżej niż tam. Półka wyżej. I też na pewno przed biegiem trochę mnie stres zjadł, przez co gorzej się zaprezentowałem. Ale to jest moja wina, iż nie jestem na tyle dobrze przygotowany do tych igrzysk, bo jednak za mało godzin treningowych na taki poziom mam zrobionych - przyznaje szczerze Miłosz Krzempek.
- Mam nadzieję, iż za cztery lata pokażę, na co mnie stać i biegowo i skokowo, bo potrafię w siebie wierzyć - dodaje. Tomaszowi Kalembie z "Interii" Polak już na ceremonii otwarcia tych igrzysk mówił, iż ma motywację do tego, żeby za cztery lata pojechać we francuskie Alpy, żeby walczyć o medale. To bardzo odważna deklaracja, ale Krzempek się z niej nie wycofuje. - Muszę wysoko mierzyć, żeby coś odciągnąć w tym sporcie, prawda? - pyta retorycznie. Takie podejście może się podobać, choć na razie realia są od tego - w przypadku obu naszych kombinatorów - dalekie.



Marusarz ma apel do PZN. Chodzi o trenerów. "Za jakiś czas mogą ich nie mieć już w ogóle"
Nie jest tak, iż mamy jedynie tych dwóch zawodników. Jakie są realia funkcjonowania kombinacji norweskiej w Polsce w 2026 roku? - Ogólnie w kadrze jest sześć zawodników i oni naprawdę mają potencjał. Mamy też trochę problemów zdrowotnych, bo jeden ma cukrzycę, drugi też ma kłopoty i nie jest łatwo. Musimy to wszystko kleić jakoś do kupy, żeby po prostu walczyć. Ale naprawdę nie jest tak, iż nie ma niczego. Szczepan Kupczak, trener juniorów, też ma fajną grupę. W kombinacji na to wszystko potrzeba jednak czasu. Nie da rady tego rozwoju gwałtownie zrobić, przeskoczyć pewnych rzeczy - twierdzi Wojciech Marusarz.
- Mamy materiał, jaki mamy i twierdzę, iż jest naprawdę okej. Ja w tych zawodnikach widzę ich potencjał na treningach. Wiem, iż oni są w stanie zrobić naprawdę dobre rzeczy. Pracowici są (...). To jest troszkę przykre, iż naprawdę choćby inne nacje wyciągają rękę do nas, żeby nam pomóc na zawodach czy coś, bo widzą, iż jestem sam, czy nas jest dwóch tylko. I oni sami nas bardziej wspierają, chcąc, żeby ci Polacy też byli w tej kombinacji. Inaczej sport się zamyka, tylko parę nacji mocnych się liczy i tyle - uważa Marusarz.
- To jest taki apel mój do polskiego związku, żeby naprawdę wspierali swoich trenerów, bo za jakiś czas mogą ich nie mieć już w ogóle - dodaje. Być może to, iż Marusarz zdecydował się o wszystkim powiedzieć publicznie coś zmieni. Może ktoś spojrzy na kombinację norweską w Polsce przychylniejszym okiem. Oczywiście, wynikowo w tym momencie nie ma podstaw do tego, żeby mocno ją promować i interesować na poziomie skoków. Ale jeżeli chcemy w niej jeszcze zaistnieć, to od czegoś trzeba zacząć.


Cieszy, iż mocno zaangażowany w próbę rozwoju tego sportu jest trener główny kadry. Wojciech Marusarz, tak jak w karierze zawodniczej, jest bardzo zdeterminowany, gotowy do pójścia pod prąd. I trzeba przyznać, iż jeżeli nie on, to chyba nikt już kombinacji w Polsce nie uratuje. Trzeba będzie ją ostatecznie pogrzebać.
Idź do oryginalnego materiału