Takiego sukcesu jeszcze nie było. A kibice i tak skreślają Maciusiaka

2 godzin temu
Zawsze mówiliśmy, iż brakuje nam juniora, który osiągnie sukces od razu, już w tak młodym wieku. Baliśmy się, iż Kacper Tomasiak może nie wytrzymać budującej się wokół niego presji i napięcia. On jednak nie jest taki, jak inni, dzięki czemu przez ostatnie miesiące byliśmy świadkami czegoś dotąd niewyobrażalnego. Olimpijskie srebro doskonale się w to wpisuje.
To nowa wersja artykułu, który ukazał się 22 listopada w Magazynie Sport.pl na początek nowego sezonu Pucharu Świata w skokach. Teraz odświeżamy go przy okazji wielkiego sukcesu Kacpra Tomasiaka na igrzyskach olimpijskich.

To, co od lata robił 19-letni w tej chwili Kacper Tomasiak, z zainteresowaniem śledziło wielu kibiców skoków. Pojawiła się nadzieja, iż furorę zrobi i zimą - zadebiutuje w Pucharze Świata, ale i pokaże, iż sam może pomóc polskiej kadrze wejść na wysoki poziom. On sam jednak zachował spokój. A już na pewno nie przejmował się tym, iż tak wielu widziało w nim następcę naszych wielkich skoczków. I to doprowadziło go do udowodnienia, iż rzeczywiście nim jest.

REKLAMA







Zobacz wideo To odmieniło skoki narciarskie? "Przypadek Simona Ammanna był przełomowy"



W Pucharze Świata pokazywał się z dobrej strony - solidnie punktował, a maksymalny poziom ustabilizował w granicach czołowej piątki całej stawki. To już były wyniki ponad stan. Ale Tomasiak wymyka się jakimkolwiek z góry przyjmowanym standardom. I złapał formę w idealnym momencie, na najważniejszą imprezę. Wiadomo było, iż na normalnej skoczni na igrzyskach wiele rzeczy może wyglądać nietypowo, niestandardowo. Przełomowe były niedzielne treningi, na których Polak pojawił się w granicach medalowych pozycji. I kolejnego dnia skakał tak, jakby okoliczności się nie zmieniły, jakby to dalej były zwykłe, kilka znaczące serie. A to, czego dokonał w Predazzo, już odmieniło mu życie. Srebrny medal sprawił, iż stanie się rozpoznawalny, a wewnątrz środowiska polskich skoków przestał już być nadzieją - jest ich realną gwiazdą i tym, który będzie miał je prowadzić.
"Nowa Nadzieja"
W "Nowej Nadziei", pierwszej części oryginalnej trylogii "Gwiezdnych Wojen", jest taka scena: młody Luke Skywalker patrzy na podwójny zachód słońca na planecie Tatooine. Jedno słońce chowa się za horyzont, barwiąc niebo na krwisto-czerwono, a drugie, jasnoróżowe, zachodzi lekko i powoli, sprawiając, iż na pustyni zmrok nie zapada od razu.
Wielu fanów "Star Wars" zauważa, jak symboliczne ma ona znaczenie dla przemiany Skywalkera. Z dołka, momentu, w którym nic mu nie wychodziło, za chwilę wyruszy w podróż, po której nic nie będzie już takie same, a jego los będzie się - z przeszkodami, ale jednak - odwracał. Ile przed sezonem dawaliśmy, żeby tym wschodzącym słońcem dla polskich skoków był Kacper Tomasiak. Żeby był tytułową "Nową Nadzieją".
Jest też inna scena, która mogłaby się kiedyś znaleźć w scenariuszu, ale wydarzyła się naprawdę. Gdy blisko 15 lat temu Adam Małysz kończył karierę w Planicy i po ostatnim skoku zajął tam trzecie miejsce w swoim ostatnim konkursie, zwyciężył w nim Kamil Stoch. I dokonała się symboliczna zmiana warty.



Teraz, nie narzucając presji, nie oczekując tego samego, marzyło nam się, żeby doświadczyć chociaż odrobiny takiej magii, skoro w marcu swój "last dance" w tej samej Planicy zatańczy Stoch. Tak bardzo chcieliśmy - podobnie jak w 2011 r. - pożegnać mistrza, mając przed oczami kogoś, kto ma potencjał, żeby kontynuować nasze wielkie sukcesy w tym sporcie. I w Predazzo to już niejako się dokonało: Tomasiak zdobył srebro, szkoda tylko, iż ze Stochem się minęli - on na normalnej skoczni skończył 38. i nie awansował do drugiej serii.
I teraz Tomasiak pokazał, iż jest naszą szansą. Że możemy wierzyć, iż przyszłość polskich skoków jest teraz. I iż po kilku słabszych zimach w końcu mamy czym się naprawdę fascynować.


Tomasiak nie okazuje emocji. Jest jak Ahonen, którego choćby nie oglądał
Na początku zimy mogliśmy jeszcze mówić: spokojnie. Bo te nadzieje i marzenia były odległe. Bo Tomasiak musiał w ogóle zadebiutować w Pucharze Świata. Latem narobił nam apetytu zwycięstwem w klasyfikacji generalnej Letniego Pucharu Kontynentalnego i świetnymi pierwszymi skokami w zawodach najwyższej rangi - w Letnim Grand Prix. To jednak tylko lato, na które wiele osób nie zwraca uwagi. Jeszcze inni powiedzą, iż tylko zimą, w PŚ, jesteś w stanie odczuć największą presję. Skupienie na sobie uwagi mediów, zawody z najlepszymi zawodnikami na świecie czy logistyka, przeloty i pakowanie się z tygodnia na tydzień. Tego wszystkiego Tomasiak doświadczał po raz pierwszy. Jednak od początku wcale nie wydawał się przestraszony.
Wręcz odwrotnie. Na nim to wszystko nie robi przesadnego wrażenia. Po skokach, choćby tych najdłuższych, też nie widać w nim ekscytacji i radości. Wszyscy wokół tłumaczą, iż taki już jest, a on dodaje, iż emocje oczywiście w nim są. Jednak tylko tam w środku, bo na zewnątrz nie pokazuje praktycznie nic. Już jak się uśmiechnie, to można mówić o sporej reakcji. Na olimpijskim podium wreszcie wszystko mu "puściło" i te emocje było widać. W rozmowie z TVP Sport przed sezonem tłumaczył, iż wynika to z tego, iż na skoczni zastanawia się, co dany skok mu da wynikowo. Ale przyznał też, iż wiele rzeczy przyjmuje "na chłodno".



To nic złego. A choćby w kontekście radzenia sobie z presją i oczekiwaniami to może być wielka zaleta Kacpra. W Klingenthal, podczas finału letniego skakania, śmialiśmy się z Tomasiakiem, iż jest jak słynny Fin Janne Ahonen. Jedną z największych legend skoków kiedyś nazywało się "Maska" właśnie ze względu na ten częsty brak ekspresji po skokach. Ci, którzy widzieli go uśmiechniętego na skoczni, wspominają to do dziś. Ale zapomnieliśmy, iż Tomasiak to rocznik 2007. I Ahonena nie pamięta choćby sprzed ekranu telewizora, choć oczywiście o nim słyszał.
- Mam problem z takim okazywaniem emocji. Choć czy to jest problem? - złapał się na tym sam Tomasiak. - Po prostu tak mam, iż nie pokazuję ich na zewnątrz, ale w środku one są cały czas. Chciałbym, żeby jak najczęściej były pozytywne - przekonywał. Widzi, jaki szum wywołał, wie, iż będzie teraz więcej wywiadów, autografów i zdjęć od kibiców, a w środowisku skoków właśnie przestał być anonimowy. - Myślę, iż to fajnie, iż ludzie się interesują i piszą mi gratulacje, ale jednak staram się skupiać na tym, co mam robić i nie rozpraszać tym wszystkim - wskazał młody skoczek.
- Rzeczywiście, chyba można powiedzieć, iż to wszystko po nim trochę spływa. Nagle się tym jakoś szczególnie nie podnieca. Trochę jakby to był jego kolejny dzień w biurze - przyznaje Robert Mateja, asystent trenera kadry B, w której trenował Tomasiak.
Od upadku wszystko się zmieniło. Trenerzy śmieją się, iż jest jak z Ammannem
Młody wicemistrz olimpijski najwięcej w swoim skokowym wychowaniu zawdzięcza na pewno rodzicom, tacie Wojciechowi, który pracował w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Szczyrku i tam miał na niego oko. 18-latek to skoczek klubu LKS Klimczok Bystra, więc tam zaczynał trenować u Jarosława Koniora. Wiele zawdzięcza także Sławomirowi Hankusowi, który także pracował z nim w SMS. Teraz prowadzi go trener kadry B Wojciech Topór. A tym, którzy decydowali o składzie kadr, bardzo zależało na tym, żeby obok Topora z Tomasiakiem pracował Robert Mateja.



Sąsiad byłego polskiego skoczka, a w tej chwili trener kadry A, Maciej Maciusiak, musiał namówić swojego kolegę, żeby wrócił do pracy, od której chciał odpocząć. Negocjacje nie trwały długo, ale decyzja wcale nie była taka prosta. Mateja mówi, iż dobrze było mu w Szczyrku, gdzie pracował bardziej u podstaw i zajmował się młodymi zawodnikami. Dał się jednak Maciusiakowi przekonać. Spędził z Tomasiakiem dwa lata w SMS, więc dość dobrze go zna. A skoro skoczkowi dobrze się z nim trenuje, to tym lepiej, iż w przygotowaniach zyskał zaufaną osobę.
- To bardzo spokojny, poukładany chłopak. Dobrze się uczy, nie ma problemów w szkole, tak iż nie musi dużo siedzieć nad książkami, samo mu to jakoś wchodzi. Bardzo dobrze znam jego ojca, bo też razem chodziliśmy do szkoły sportowej w Zakopanem, do tej samej klasy - opisuje Robert Mateja. - A jako skoczek? Wiadomo, iż Kacper pokazywał się już trochę wcześniej. W kategoriach juniora młodszego czy młodzika brylował pomiędzy swoimi chłopakami. Jego talent objawił się na mistrzostwach świata w Whistler w 2023 roku, gdy niespodziewanie zajął czwarte miejsce. Wszyscy dopytywali się, kto to jest, bo go tam po raz pierwszy widzieli na oczy - wspomina trener.
- Teraz sobie na wszystko zasłużył. Wywalczył to, idąc od FIS Cupu, później przez Puchar Kontynentalny, gdzie wygrywał i wywalczył Polsce dodatkowe miejsce startowe na początek Pucharu Świata. No i na koniec w Letnim Grand Prix, gdzie udanie zadebiutował. Tutaj też trenerzy nie są ślepi, bo trenujemy wspólnie i widać też jego dyspozycję na treningach. Był wprowadzany do startów stopniowo, teraz przyszedł czas na bardzo poważny sprawdzian - opisuje Mateja.
Widać, iż Tomasiak już od dawna był uważany za diament do oszlifowania, a w ostatnim czasie pokazywał, iż może wskoczyć na poziom, na którym dotąd go nie było. Wystrzelić w kierunku elity. Choć pewnie poziomu podium na igrzyskach to jeszcze nikt się nie spodziewał. Niektórzy bali się o tym marzyć, choć pewne podstawy były.



Gdy pytałem trenerów, co takiego zmieniło się w to lato, iż Tomasiak nagle "odpalił", zaczynali się śmiać. Choć temat jest poważny. - Kacper nie trenował przez miesiąc. Miał nieprzyjemny upadek na skoczni i w efekcie kontuzję. Ale wrócił w bardzo dobrej dyspozycji. Jakby tego w ogóle nie było albo choćby lepszej. Jakby uderzył się w głowę i coś mu tam przeskoczyło przez ten upadek - opowiadał Mateja. Dodawał, iż to coś, jak u Simona Ammanna w 2002 roku, gdy upadł w Willingen, a kilkanaście dni później sięgał po dwa złote medale igrzysk w Salt Lake City. To ładna analogia, ale nikt Kacprowi nie mówił, iż ma być czy będzie tak samo. Choć wewnętrzne żarty w zespole z niej na pewno powstały. Teraz okazało się, iż jednak w pewnym stopniu do tego nawiązał.
Kibice skreślają Maciusiaka z listy autorów sukcesu Tomasiaka. Czy słusznie?
Mówimy o trenerach, a zasadne jest też pytanie o to, z kim Tomasiak trenuje i kogo adekwatnie ma się słuchać. Skoro skacze w Pucharze Świata, to w teorii na miejscu jego trenerem zawsze jest prowadzący kadrę Maciej Maciusiak. Z drugiej strony, przecież do sezonu przygotowywał się z Wojciechem Toporem.
Zawodnik przed zimą nie przekazywał im żadnych konkretnych preferencji. - Trenerzy mają między sobą bardzo dobry kontakt, więc tak naprawdę te uwagi są cały czas podobne. Ale może mają wizję minimalnie inną. A może choćby nie inną, tylko one troszeczkę w detalach się różnią. Ogólnie jest to wszystko bardzo podobne - oceniał Tomasiak.
- Jeszcze niczego nie ustalaliśmy. Każdy trener ma swój warsztat i pracuje po swojemu, takie jest moje zdanie. Wiadomo, iż można się kogoś poradzić i zobaczyć, czy nie ma lepszej perspektywy. Wszyscy z nas mają dobre oko i wizję. Tu się trenerzy już muszą dogadać. Trzeba na to także patrzeć pod względem logistycznym. Te grupy będą się przecież rozjeżdżać w różnych kierunkach. Pewnie i tak wszystko się śledzi, ale nikt nie będzie w stanie się rozdwoić - tłumaczył wówczas Robert Mateja.



Te ostatnie słowa Matei to coś, co może być trudne do przyjęcia dla wielu kibiców. To oni podkreślają, iż autorami sukcesu są głównie Wojciech Topór, Robert Mateja i Sławomir Hankus. Niczego nie można im odebrać: wychowali, a potem świetnie prowadzili naszego zawodnika. Maciusiak, który przez kibiców z tej listy pomagających naszemu skoczkowi jest skreślany, też miał tu jednak swoją rolę do odegrania i Tomasiakowi pomógł. Choć to temat trudny i nielubiany przez szkoleniowca Polaków. On ciągle podkreśla, iż nasza kadra to jeden duży zespół, który działa razem. I teraz zyskał argument do tego, żeby nikt go nie podważał: od początku zapowiadał ten medal i miał rację.
Taka szansa mogła się nie powtórzyć. Choć liczymy, iż Tomasiak wykorzysta je jeszcze nie raz
Gdy pytałem, czego Mateja spodziewa się po Kacprze w Pucharze Świata, wolał być cierpliwy i zobaczyć, co przyniesie sama skocznia i zawody. Wiadomo było, iż na razie musi się ze wszystkim oswoić. Z niektórymi zawodnikami, więcej lub mniej już rozmawiał, ale najlepiej zna się dalej z Polakami. Albo ze swoimi rywalami z Pucharu Kontynentalnego, np. Jonasem Schusterem. - Też jest młody i na bardzo wysokim poziomie. W każdym konkursie "Kontynentalu", w którym skakał, zajmował miejsce w czołówce. Lubię z nim rywalizować. Z chęcią powalczyłbym z nim także w PŚ. On wyrobił Polsce dodatkowe miejsce na start zimy, mnie się nie udało, ale liczę, iż niedługo do niego dołączę - mówił nam Austriak.
Potem Schuster dołączył do stawki i choćby się w niej utrzymał. A Tomasiak robił rzeczy dotąd niewyobrażalne dla polskiego skoczka. Dodajmy: polskiego skoczka w takim wieku. Można zażartować, iż przeszliśmy grę. Mieliśmy już w tym sporcie dominatorów, mieliśmy drużynę na miarę wielkich sukcesów i stającą się potęgą świata skoków, a teraz mamy juniora, który wystrzelił i, choć ma przed sobą lata skakania i dalszej kariery, już odniósł wielki sukces.
Tomasiak wszystko tej zimy robił po raz pierwszy, ale wykonywał to, jak doświadczony mistrz z wieloletnim stażem. Jeszcze na igrzyskach w gronie dziennikarzy mówiliśmy sobie: dobrze będzie, jak utrzyma się w czołówce. Pokaże, iż mógł dokonać czegoś wielkiego. Jednak Kacper nie chciał tylko pokazać, iż mógł, a udowodnić, iż już może i jeszcze długo będzie mógł. Osiągać takie sukcesy, rywalizować z najlepszymi bez skrupułów i cieszyć się tym wszystkim, choćby zza swojej maski na twarzy po oddanym skoku.



Po pierwszej serii olimpijskiego konkursu, gdy Tomasiakowi brakowało do podium 0,1 punktu, zastanawiałem się, co będę mógł napisać, jeżeli Polakowi jednak się nie uda. I ustaliłem, iż trzeba będzie napisać o tym, jakim paradoksem będzie niedosyt po braku medalu dla skoczka, który jeszcze kilka miesięcy temu nie miał prawa tu być. Ale potem pomyślałem sobie, iż szkoda byłoby stracić taką szansę. Że choćby jeżeli Tomasiak jest naszym brylantem i widzimy w nim sporą przyszłość, to taka okazja - wiemy, jaki bywa sport - może się nie powtórzyć. Na szczęście Tomasiak sprawił, iż te rozważania można było odłożyć. I już tylko się cieszyć.


Trzeba trzymać kciuki, żeby Kacper dalej pozostał sobą. To jego największa siła. To nieokazywanie emocji, a z tym niezwykle silna psychika, sprawiają, iż mamy do czynienia z fenomenem na ogromną skalę. Sam Tomasiak już przed zimą i gdy zajmował miejsca w top 10 Pucharu Świata w tym sezonie wspominał, iż to, o czym myśli, sięga wyżej niż "zwykłe" wyniki w szerokiej czołówce. On chce być w wąskim gronie najlepszych i w poniedziałek właśnie do niego wskoczył. Od czegoś trzeba było zacząć, przejść drogę w kierunku czołówki krok po kroku, ale na koniec wykorzystać potencjał i wskoczyć na szczyt. Tu na początku zimy pisałem: "A potem, kto wie, może będzie można spełniać i te najskrytsze marzenia". Minęło kilkadziesiąt dni i nie trzeba pisać "może". Jakże pięknie brzmi, iż Tomasiak te marzenia już spełnia. A iż ma ich jeszcze sporo, to oby robił to jak najdłużej.
Idź do oryginalnego materiału