Szalony występ Kiwiora w LE. "Za takie pomyłki stoperzy są rugani"

2 godzin temu
Jan Bednarek i Jakub Kiwior stanowią trzon FC Porto, grają praktycznie bezbłędnie. Tymczasem drugiemu z tego duetu przydarzył się mecz, który przypominał przejażdżkę kolejką górską. Był zamieszany w kluczowych momentach meczu z Viktorią Pilzno (1:1), ale niekoniecznie można powiedzieć, iż to dobra wiadomość. To od błędu Kiwiora zaczęła się jedyna akcja bramkowa w tym meczu. Zrehabilitował się w ostatniej chwili.
Jan Bednarek i Jakub Kiwior tworzą duet obrońców działający w FC Porto praktycznie bez zarzutu. Wielokrotnie byli jednymi z bohaterów portugalskiego giganta. Pierwszy z nich kilka razy z rzędu otrzymał nagrodę dla najlepszego obrońcy ligi. Kiwior dodaje dużo jakości na lewej stronie defensywy, a gdy gra w środku, to świetnie zachowuje się w kluczowych momentach.

REKLAMA







Zobacz wideo Legia straciła swoją markę? Kosecki: W tej chwili jest rozpoznawalna tylko dzięki nim!



Ale liga portugalska i Liga Europy to dwa różne światy dla FC Porto. Rozgrywki europejskie to jedyny front, na którym "Smoki" ponosiły porażki w tym sezonie, obniżały poziom gry i popełniały błędy. Starcie Viktorią Pilzno było z gatunku tych, które trzeba było wygrać. Porto nie zgarnęło trzech punktów, a do tego przyczynił się, niestety, Jakub Kiwior.


Przebieg meczu ustawiony po dużym błędzie Kiwiora
Błędy są naturalną częścią sportu i życia, mają prawo się zdarzyć. A one przydarzały się dotychczas Bednarkowi i Kiwiorowi bardzo, bardzo rzadko. W Pilźnie drugi z Polaków dość gwałtownie popełnił błąd, który był bardzo poważny w skutkach.
To była szósta minuta, Viktoria grała intensywnie w pressingu. W tym momencie ostatnim obrońcą był Kiwior. Miał piłkę na skraju własnego pola karnego. Jedyną rozsądną opcją było wycofanie do bramkarza. Zrobił to, ale zagrał po prostu koszmarnie. Za takie pomyłki stoperzy są rugani przez trenerów i ekspertów, ganieni z góry na dół.


Kiwior wycofał piłkę zdecydowanie za lekko. Pilzno dostało sytuację strzelecką praktycznie za darmo. Jeden z czeskich graczy ścigał się do bezpańskiej piłki z golkiperem Porto. Diogo Costa zaliczył złe wybicie, trafił w nogę wchodzącego wślizgiem Denisa Visinsky'ego. Poprawka kolejnego gracza gości wcale nie była lepsza. Chwilę później Lukas Cerv pięknie uderzył z dystansu.



Całej sytuacji nie byłoby, gdyby Kiwior nie popełnił błędu w rozegraniu. Zachował się, jakby uległ presji ze strony teoretycznie słabszych Czechów.






Próby rehabilitacji za wszelką cenę
Błąd przed straconą bramką to był de facto najsłabszy moment Kiwiora w tym meczu. Potem wykazywał się dużą wolą walki. Chciał zrehabilitować się za tamtą sytuację. Porto musiało naciskać, Kiwior bardzo chciał pomóc ofensywie. Chętnie brał się za rozgrywanie, widząc, iż linia pomocy nie wykazuje się kreatywnością, wystarczającym zaangażowaniem.
Polak zaliczył kilka rajdów lewą stroną boiska, koledzy otwierali mu flankę. Powodował swoimi zagraniami zamieszanie od bramką Pilzna, jak np. w 32. minucie. Płasko podał wtedy na piąty metr, ale jeden z jego kolegów przestrzelił.
W doliczonym czasie do pierwszej połowy Kiwior miał najlepszą okazję na rehabilitację. Jego strzał głową po rzucie rożnym na bilion procent wpadłby do siatki, gdyby ręką nie zablokował go Matej Vydra. Gracz gospodarzy wyleciał z boiska po interwencji VAR-u. Rzutu karnego nie wykorzystał jednak Samu, który w ostatnich tygodniach nieco obniżył loty, a dziś mieliśmy potwierdzenie tego.









W drugiej części meczu Kiwior przegrał kilka pojedynków w obronie, zaskakująco łatwo dawał się objeżdżać. Ale w ataku wyrastał na jednego z najaktywniejszych. Chętnie szarżował lewą stroną, próbował posyłać też długie piłki, za linię obrony. Szukał różnych rozwiązań, starał się zaskoczyć. Jego wrzutki w pole karne były problematyczne dla obrońców Viktorii.
Kiwior nie odpuszczał, do końca wierzył w uratowanie siebie i sytuacji zespołu. Aż przyszła 90. minuta. To był najlepszy moment, by się wykazać, by pokazać, jak dobrze ma ułożoną lewą nogę. Zagrał lekko w pole karne, ale idealnie do Deniza Gula. Ten sprytnie się obrócił i pokonał bramkarza z kilkunastu metrów. Kiwior z asystą, zanotowaną niemalże w ostatniej chwili.
Klasowych graczy poznaje się po tym, kiedy wykazują się naprawdę silną wolą walki. A taką niewątpliwie ma Kiwior. Przyczynił się do utraty bramki, a później sam mógł odwrócić losy rywalizacji. Ostatecznie pomógł uratować remis.
Zobacz też: Lewandowski wmanewrowany w poważny konflikt. "Może potrwać dekadę"



Bednarek praktycznie bez zarzutu, ale też bez błysku
Trzeba kilka słów powiedzieć o Janie Bednarku. Zagrał solidny mecz w obronie. Umiejętnie czytał grę ekipy z Pilzna, przerywał kolejne akcje, odbierał w porę piłkę. W końcówce pełnił rolę trzeciego napastnika, ale nie miał sytuacji, która mogłaby dać zwycięstwo portugalskiemu gigantowi. Zarobił jedynie głupią żółtą kartkę. Sędzia uznał, iż Bednarek uderzył rywala w walce o piłkę, ale tak naprawdę dał się nabrać na teatralny upadek gracza gospodarzy.
Polscy obrońcy znów byli jednymi z głównych aktorów meczu FC Porto, ale mogą nie być do końca w dobrych nastrojach po swoim występie. Tak samo jak reszta drużyny. Mimo wszystko "Smoki" spisały się poniżej oczekiwań.
Oskar Pietuszewski był poza kadrą Porto, bowiem w styczniowych meczach LE mogą zagrać zawodnicy zgłoszeni w danym zespole we wrześniu. Młody Polak przyszedł niedawno, pewnie będzie brany pod uwagę na fazę pucharową.
Idź do oryginalnego materiału