Paweł Abratkiewicz od lat obraca się w środowisku rosyjskich łyżwiarzy. Wiją się jak piskorze, żeby móc startować, ale większość jest objęta sankcjami. Emigrują więc "za sportem".
REKLAMA
Zobacz wideo Jakim cudem Rosjanie są na igrzyskach? „Obśmiali sankcje"
Abratkiewicz spędził 12 lat, trenując Rosjanki do igrzysk w Soczi, Pjongczangu i Pekinu. Wrócił w 2022 r. Bywa, iż do Rosji jeździ – niechętnie, jak twierdzi - bo trenuje dziś kadrę kobiet w Kazachstanie i czasem mu każą. Jest z Kazaszkami w Mediolanie.
Pewnego dnia, kiedy był jeszcze trenerem reprezentacji Polski (2022-2023), odebrał telefon od Władimira Semirunnija (w Mediolanie będzie reprezentował Polskę na dystansie 10 km), który zapytał: "Trenerze, czy chciałby pan, żeby z panem trenował w Polsce?"
Radosław Leniarski: Dzwoni do pana Władimir Semirunnij... Jakim cudem?
Paweł Abratkiewicz: Trenował w Rosji i szukał możliwości wyjazdu za granicę. Bardzo chciał wyjechać. Mówił mi, iż pisał w tej sprawie do Kanadyjczyków, nie odezwali się. Do Holendrów też pisał, też się nie odezwali. Z Kazachstanu miał propozycję – to najłatwiejsza droga – ale on sam nie chciał. To "za blisko". Dostał cynk od mojej zawodniczki, Lizy Gołubiewej, która wtedy już przeniosła się do Kazachstanu. Powiedziała mu, iż „Paweł wrócił do Polski, prowadzi reprezentację". Władimir mnie znał z Rosji, bo jako młody zawodnik już był w kadrze ze znacznie starszymi, Aleksandrem Rumiancewem, Rusłanem Zacharowem (na igrzyskach w Pekinie zdobył srebro w drużynie). Widzieliśmy się kilka razy, rozmawialiśmy. Był jeszcze naprawdę nieopierzony. Znał moje wyniki w rosyjskiej kadrze, to go pchnęło do czynu.
Od Lizy dostał numer telefonu, zadzwonił do mnie i powiedział, iż chętnie przyjedzie do Polski, tylko czy go chcemy. Powiedziałem mu, iż ja chcę, ale nie ode mnie to zależy. Wiedziałem, iż to zawodnik, który pomoże naszym zrozumieć, na czym polegają biegi na długich dystansach, na czym polega praca.
Konrad Niedźwiedzki [były świetny panczenista, zdobył m.in. brązowy medal w drużynie, w Soczi], gdy mu powiedziałem o rozmowie i iż Semirunnij chce przyjechać i chciałby ze mną trenować, zaczął nakręcać machinę. To nie było łatwe, bo chwilę wcześniej związek dostał list od Gołubiewej, medalistki mistrzostw świata. Ona również "przeze mnie" się starała przyjechać do Polski. Przekazałem też sprawę też Konradowi, ale na Gołubiewą zarząd Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego się nie zgodził. Nie wiem, o co chodziło - iż Władek tak, a Gołubiewa nie. Może przez wiek…
Nie ubliżając nikomu, ale dlaczego zarząd decyduje o takich rzeczach, czy ktoś tam coś osiągnął? Dla mnie to śmieszne. Jest zawodniczka, która zdobywa medale na mistrzostwach świata, chce przyjechać do nas, a my mówimy "nie". No to dajcie lepszych, dajcie swoich. Gdzie są?
Ale z Władkiem dosyć gwałtownie poszło.
Wyjeżdżał z Rosji tak, żeby nikt nie wiedział. Byliśmy podczas jego podróży cały czas w kontakcie. Przyleciał do Kaliningradu, stamtąd autokarem przyjechał do Polski, z całym dobytkiem na plecach. Dotarł do Tomaszowa i zamieszkał w "Janosiku", zajeździe pod miastem. Mieszkał tam przez ponad rok, związek dogadał się z właścicielem.
To wielka determinacja: sam przez rok w hotelu…
- Władek jest przykładem człowieka i sportowca, który jest świadomy tego, co robi, i ma określony cel. Przyjechał i siedział w "Janosiku" sam. Mówiłem mu: Władek, dam ci samochód, żebyś dojeżdżał do Tomaszowa". "Nie mam prawa jazdy" - odpowiedział. Jeździł rowerem. Latem czy jesienią można, ale nie zimą, choćby jeżeli to tylko osiem kilometrów. Droga wiedzie przez las, nie ma ścieżki rowerowej. Jak byłem w Tomaszowie, to ja go woziłem, albo moja żona. Później, jak zapoznał się z kolegami, jeździł z nimi. Z moim synem zresztą też.
W tym roku na wiosnę zrobił prawo jazdy. I zamieszkał w Tomaszowie.
On chyba ma zamiłowanie do harówki, prawda?
- Na długich dystansach nie da się oszukać organizmu. Co prawda, na innych też się nie da... Zawsze mówiłem tym, których trenowałem: cztery lata [czas między igrzyskami] to bardzo mało czasu. Wykorzystujcie każdą chwilę, każdą sekundę. Jesteśmy na treningu, żeby wykorzystać go do maksimum. Bo później przyjdzie jakaś choroba, albo przelot na drugi koniec świata - coś wypada i układanka się sypie.
A o ile nie zbudujesz bazy fizycznej, nie będziesz w stanie zrobić adekwatnej pracy. Władek jest taki, iż jak mu powiedziałem: "Masz jechać dzisiaj trzy godziny na rowerze", on odpowiadał, iż już przejechał cztery. Był u mnie raz na święta, zaraz po przyjeździe. Zaprosiłem go, żeby spędził jeden dzień z nami. Następnego dnia lód w arenie w Tomaszowie nie był przygotowany. Odwożąc go do "Janosika" mówię: "Jutro siądź sobie na rolkę, pokręć z trzy i pół godziny". A on na to, iż zaplanował jutro pięć godzin.
Teraz mu się nie nudzi, ma chyba nowoczesny trenażer z monitorami, może się ścigać z innymi, zmieniać trasy. Ale i tak najważniejsze jest to, co się ma w głowie.
Mistrz olimpijski z Pekinu na 10000 m, Nils van der Poel, pracował strasznie. Wszyscy się dziwili, iż to wytrzymuje. Ale gdy wychodził na lód, był pewny, iż wygra.
Ile Władimir musi przejechać kilometrów na rowerze albo na lodzie przed igrzyskami?
- Długodystansowcy muszą kręcić na treningach szczególnie dużo rund. Czasami 100 okrążeń [40 km lub nieco mniej - gdy zawodnicy jadą tylko na wewnętrznym torze]. Liczba zależy od intensywności – im mocniejsza, tym mniej okrążeń. Bywają treningi pięć razy po 20 rund, i to wcale nie aż tak nie wiadomo ile.
Czasem rano jest trening na lodzie, a po południu 120 kilometrów na rowerze. Albo 80, o ile trening na lodzie był mocny.
Zmierzam do tego, iż taką pracę można wykonać, gdy się jest do niej przygotowanym. Trzeba stopniowo do tego dochodzić, budować. Zacząć od pierwszego kroku, później robić następny krok, następny i następny.
Jak ważna jest głowa na 10 kilometrów?
- Ogromnie. Ja raz w życiu przejechałem 10 km, jako junior. Ale prowadziłem zawodniczki, które jeździły długie dystanse. Są momenty zwątpienia, załamania, kiedy wydaje ci się, iż już nie dasz rady, a później przychodzi moment przełamania i jedziesz. No, ale - jeszcze raz do tego wracam - trzeba być też przygotowanym fizycznie.
Mówi się, iż dycha jest takim biegiem, iż jak się za mocno zacznie, to się za wolno skończy. Najważniejszy jest dobór tempa. Ale też każdy ma swoje sposoby. Są zawodnicy, którzy jadą wolno pięć kilometrów. Potem czują, iż rozgrzali się i "dokładają" na każdej rundzie. W wyścigu najlepszy jest układ dwóch równych zawodników, walka bezpośrednia. Wtedy choćby jeżeli mam jakiś moment słabości, rywal mi odjeżdża, to go i tak nie odpuszczam. A może to taktyczna zagrywka, iż rywal szarpnął i mam pomyśleć, iż już wszystko przegrał? Kto wie?
Władek jeździ rozumem. Jak mówimy: jedzie swoje. o ile na treningu pokonuje 12 rund w komfortowej strefie, powiedzmy w czasie po 30 s z dużym hakiem na okrążenie i czuje się z tym dobrze, to wie, iż na zawodach może jechać po 28 s z hakiem.
Kto jest dla pana większym faworytem do medalu: Damian Żurek na 500 metrów czy Władimir Semirunij na 10 tys.?
- W sprincie jest jeden bieg i nie ma miejsca na błędy. o ile Damian przejedzie dobrze technicznie, bez błędów, będzie medal. Ale można się potknąć, można upaść. Takie przypadki już były. Jeremy Wotherspoon, faworyt w Salt Lake City - srebrny medalista z Nagano, czterokrotny mistrz świata w sprincie, wygrywał Puchary Świata, generalne klasyfikacje - na dwudziestym metrze wyłożył się na brzuch i koniec.
Na 10 km można teoretycznie jeszcze poprawić techniczne błędy. Wytrzymałość i głowa królują. Władek będzie miał godnych rywali. W grze o medale oprócz niego jest kilku: Czech Metodej Ilek, Włoch Davide Giotto - czyli medaliści z mistrzostw świata sprzed roku, a także Francuz Thimothy Loubineaud, Norweg Sander Eitrem i rewelacja na 5000 m w Mediolanie - Riccardo Lorello (Eitrem i Ilek zdobyli w tym biegu złoto i srebro).
adekwatnie dlaczego pan nie pracuje w Polsce, tylko w Kazachstanie?
- Proza życia. Jak zacząłem pracować dla Polski, oczekiwania niektórych osób były większe niż można było osiągnąć. Po dwóch latach nastąpiła weryfikacja wyników. U części zawodników widać było postęp, u innych nie. Ci, którzy wtedy decydowali, zapomnieli o tym, w jakim miejscu rozwoju sportowego byli zawodnicy, z którymi zacząłem pracować. Trzeba rozumieć istotę sportu - do dużego wyniku potrzeba czasu. No i zależy z jakiego pułapu się startuje. Nie można oczekiwać, iż panczeniści, którzy nie byli w pięćdziesiątce Pucharu Świata, zrobią nagle milowy krok. W szczególności długich biegów nie było adekwatnie w ogóle.
Oczekiwano spełnienia wygórowanych celów, a drużynę męską trzeba było dopiero stworzyć. Na to potrzeba czasu. W Rosji było inaczej. Najpierw prowadziłem Olgę Fatkulinę, ale Rosjanie chcieli, żebym poprowadził całą ich kadrę. Powiedziałem OK, podejmę się, tylko proszę mnie nie rozliczać po roku czy dwóch. Pracuję do igrzysk. Nie było żadnych uwag.
Po powrocie do Polski powiedziałem, iż nikogo się do niczego nie zmusi, to po pierwsze. Po drugie: nie będę się kopał z koniem, nie muszę nic udowadniać, bo już udowodniłem: sprint prowadziłem, biegi średnie, zawodnicy przywozili medale z mistrzostw świata. I - wisienka na torcie - rekord świata na 5000 m Natalii Woroninej. To nie było dziełem przypadku.
Poza tym, o ile w Rosji nie byłoby wyników, podziękowano by mi po czterech latach pracy. Ale był medal na igrzyskach, na następnych, w Pjongczangu, kolejny. Nie wpuścili mnie tam jako trenera [skutek międzynarodowych sankcji po aferze dopingowej Rosjan na igrzyskach w Soczi], ale pojechała Woronina. choćby z nią poleciałem do Korei, bo myślałem, iż będę mógł wejść tak jak tutaj, na trybuny, i pomóc jej. Nie dostałem przepustki, bez wyjaśnienia, dlaczego. Inni trenerzy rosyjskiej reprezentacji z Soczi na trybunach byli.
Pewnie chodziło o Olgę Fatkulinę, która widniała Raporcie McLarena, gdzie oskarżano ja o doping cztery lata wcześniej, w Soczi...
- Tylko iż ona odwołanie wygrała. Zeznawałem w jej sprawie w Lozannie. Nie wpuszczono mnie do Pjongczangu, ale Woronina zdobyła tam brązowy medal. Znów więc dostałem propozycję - zapytano mnie, czy mam jeszcze siłę dalej pracować. Tworzył się fajny zespół, zostało. Zakończyło się to... wojną w Ukrainie. Nie było możliwości dalszej współpracy.
Przez wszystkie lata w Rosji zawsze słyszałem od Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego pytania, kiedy wracam. W końcu wróciłem, objąłem kadrę, ale po dwóch latach wszystko się skończyło, a ja trafiłem do Kazachstanu.

1 godzina temu
















