Ma 23 lata, a w plecaku trzyma biało-czerwoną flagę. Nosi ją zawsze ze sobą, to część jego sportowego wyposażenia. Władimir Siergiejewicz Semirunnij urodził się w Rosji. Jeszcze w 2022 roku dla Rosji zdobył brązowy medal mistrzostw świata juniorów. W Jekaterynburgu mieszkał prawie całe życie. Ale w 2023 roku postanowił zmienić wszystko.
REKLAMA
Zobacz wideo Władimir Semirunnij przed olimpijskim startem w Mediolanie
To było tak: z władzami polskiego łyżwiarstwa szybkiego Semirunnij umówił się, iż te zaproszą go na treningi. I na podstawie takiego zaproszenia przekroczył granicę rosyjsko-polską.
- Celnik mówił, iż to dziwne, iż Polacy zaprosili kogoś z Rosji. Powiedziałem, iż mam pismo z powołaniem ze związku łyżwiarskiego. Miałem wtedy wizę krajową, którą dają na rok. Więc celnik zobaczył to wszystko i powiedział: "No dobra, czekamy na ciebie za rok". I dalej sobie czekają – opowiadał nam Semirunnij trzy miesiące temu.
Semirunnij długo na to czekał
To zabrzmiało może nieco zabawnie. Ale prawda jest taka, iż w 2023 roku niespełna 21-letni Władek – jak jest teraz nazywany - przyjął bilet w jedną stronę. Zostawił wszystko. Ruszył w nieznane. My przyjęliśmy zdolnego chłopaka - zdeterminowanego, by jego kariery nie zatrzymała polityka Władimira Putina (rosyjscy sportowcy od wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie w 2022 r. do dziś mają problem z rywalizowaniem na międzynarodowej arenie). Natomiast on przyjechał do nas, żeby chwycić swoją szansę i żeby spłacać nam kredyt zaufania.
W marcu 2025 roku, jeszcze bez polskiego obywatelstwa, ale już ze zgodą na starty dla nas, Władek zdobył srebrny medal MŚ na 10 000 m i brązowy na 5 000 m. W sierpniu 2025 roku odebrał dokumenty poświadczające, iż jest Polakiem i iż może reprezentować nasz kraj na igrzyskach olimpijskich. A teraz wreszcie na tych igrzyskach zadebiutuje. "Wreszcie", bo naczekał się dłużej niż powinien. Przez zmianę obywatelstwa późno zaczął walczyć w olimpijskich kwalifikacjach i nie zdołał zapewnić sobie startu na 5 000 m. Był tam tym tylko pierwszym rezerwowym. Teraz, na 10 000 m, jest pewne, iż go zobaczymy. I pewne jak w banku mamy to, iż Władek da z siebie wszystko, żeby wjechać na podium.
W Mikołajki Semirunnij dał nam obietnicę wielkich rzeczy
W Mikołajki (6 grudnia) na kultowym torze Thialf w Heerenveen Semirunnij dał najlepszą próbkę swoich możliwości. Był najlepszy w zawodach Pucharu Świata, mimo iż musiał pojechać w grupie B. Jego czas - 12:28,05 – okazał się rekordem toru i trzecim rezultatem w historii! kilka zabrakło, a padłby rekord świata (ma go Davide Ghiotto, to czas 12:25,69).
Tamtego dnia o 1,58 sekundy gorszy od Władka okazał się Czech Metodej Jilek, który teraz w Mediolanie zdobył olimpijskie srebro na 5 000 m. Tamtego dnia o 5,32 s gorszy od Polaka był Ghiotto, który teraz w Mediolanie był na 5 000 m czwarty. Dalej uplasował się tam Francuz Timothy Loubineaud, gorszy niż Semirunnij o 8,55 s. A teraz w Mediolanie piąty na 5 000 m. W Mikołajki w Heerenveen Sander Eitrem miał od Władka czas gorszy aż o 13,29 s, a teraz jest już mistrzem olimpijskim na 5 000 m. O 17,41 s wolniejszy od naszego łyżwiarza był tam legendarny Jorrit Bergsma, mistrz 10 000 metrów na igrzyskach Soczi 2014 i wicemistrz w Pjongczangu w 2018 roku. Wymieńmy jeszcze jednego rywala, którego na tamtym Pucharze Świata Semirunnij miał daleko, daleko za plecami. Włoch Riccardo Lorello miał w Heerenveen czas aż 18,88 s gorszy. A teraz w Mediolanie ma już brąz na 5 000 m.
Czy teraz w Mediolanie w wyścigu na 10 000 m wszystko może się dla nas ułożyć tak pięknie, jak wyglądają przytoczone przed chwilą wyniki? – Może – odpowiada najprościej jak to możliwe trener Wiesław Kmiecik.
Doprowadził Bródkę do olimpijskiego złota. A Semirunnija porównuje do kogoś jeszcze większego
Kmiecik to szkoleniowiec, który pracuje w łyżwiarstwie szybkim ponad 40 lat. Podkreśla, iż prowadził wszystkich naszych wielki panczenistów – mistrza olimpijskiego Zbigniewa Bródkę, a przed nim Pawła Zygmunta i Jaromira Radke. Ale Władka porównuje do kogoś, z kim pracował w narciarstwie. Na życzenie Aleksandra Wierietielnego Kmiecik dołączał do sztabu Justyny Kowalczyk, żeby pomóc jej szlifować styl łyżwowy.
– Nigdy nie zapomnę momentów, gdy na zgrupowaniu przychodził wolny dzień. Janusz Krężelok i Maciej Kreczmer leżeli i regenerowali się po ciężkich treningach, a Justyny nie było. Na początku pytałem, gdzie jest i słyszałem, iż na przykład namówiła trenera, żeby z nią pojechał na trasy, bo chce zrobić "chociaż 15 kilometrów pchania", czyli jazdy z użyciem tylko kijków. gwałtownie zrozumiałem, iż choćby nie ma sensu pytać, co znowu wymyśliła Justyna, gdy przychodził kolejny wolny dzień – mówi nam szkoleniowiec. – Władek ma ten sam etos pracy. Zawsze dołoży chociaż pół godziny do zajęć, nieważne jak wyczerpujące by nie były. I nigdy nie powie, iż ma dość, iż nie da rady. Znam trenera, który mu to wpoił. To Wiktor Siwkow, chyba najlepszy specjalista w całym rosyjskim łyżwiarstwie szybkim – dodaje Kmiecik.
Władek z Tomaszowa. Płakał z wdzięczności
Były trener naszej kadry panczenistów jest z Tomaszowa Mazowieckiego. Tak samo jak od ponad dwóch lat Semirunnij. – Władek powiedział wam, iż dobrze się tu czuje? Że mu się podoba? To ja wam powiem tak: najpierw przez ponad rok mieszkał w zajeździe Janosik, u mojego kolegi, pod Tomaszowem. A jak dostał mieszkanie, zwykłe, normalne mieszkanie, w bloku, to się z euforii popłakał – słyszymy od Kmiecika.
Trener pod wodzą którego Bródka zdobył olimpijskie złoto, a drużyna – brąz, tylko się uśmiecha, gdy pytamy co myśli o wypowiedziach ludzi z rosyjskiego łyżwiarstwa, iż Semirunnij to nikt wyjątkowy, iż mają lepszych. – Niech sobie gadają co chcą, a jak jest, każdy widzi. Pewnie, iż u nich jest bogactwo talentów. Ale zdecydowanie ich boli, iż Władek uciekł do Polski – mówi Kmiecik.
Hejt go nie dotyka. „Mogę się pośmiać"
- Nie martwi mnie to, co oni o mnie mówią czy piszą. Skoro oni nie myśleli o mnie, gdy tam byłem, to czemu mam myśleć o tym, co oni powiedzą teraz, gdy jestem tutaj? – odpowiada Semirunnij. - Raz było tak, iż nie spodobał mi się artykuł, który napisali o mnie w Rosji po tym, jak odebrałem polskie obywatelstwo. Pisali o mnie w złym świetle i padało w nim sporo słów, których nigdy nie powiedziałem. Twierdzili, iż zdradziłem Rosję i się sprzedałem. Kiedy to o mnie napisali, to tylko sobie pomyślałem: "Dlaczego ja mam mówić o nich coś dobrego?" – dodaje.
Władek u nas czuje się zaopiekowany. Ma mieszkanie blisko lodowej hali. Ma zapewnione szkolenie na najwyższym poziomie, jest w kadrze nie tylko akceptowany i lubiany, ale wręcz stał się dla wielu inspiracją.
Semirunnij wie, iż wśród kibiców są tacy, którym jego starty pod polską flagą się nie podobają. Widział komentarze w internecie, gdy w jakimś biegu poszło mu gorzej. Wie, iż choćby gdy zdobył dla Polski medale mistrzostw świata, pojawiały się wpisy, iż „Rusek" nie powinien reprezentować naszego kraju. - Może i takie rzeczy wkurzają, ale w dobrą stronę. Nie ma ochrony od głupich ludzi. Piszą, co chcą. Mogę się z tego tylko trochę pośmiać, ale nie za bardzo zwracam na to uwagę – zapewnia.
Bardziej interesuje go, jak jest odbierany w prawdziwym świecie. - Na początku, może dwa-trzy dni, było tak, iż trochę inaczej patrzyli na mnie koledzy z kadry. Potem wyczuli, kim jestem i już było dobrze – mówi.
W polskiej kadrze zadomowił się szybko, a równie dobrze żyje z sąsiadami w Tomaszowie. - Mieszkam tu już dwa lata i nie trafiła się żadna negatywna reakcja. Ludzie pytają, skąd jestem, więc odpowiadam, iż z Rosji i mówię, dlaczego się przeprowadziłem. Nigdy nie miałem żadnych problemów – mówił nam jesienią, gdy spotkaliśmy się z nim właśnie w Tomaszowie. - jeżeli jestem dobrą osobą, to nie ma różnicy, jakiej narodowości. I nie wybierałem, gdzie mam się urodzić – dodawał.
Polska ucieczką od Putina
Trudno się z Semirunnijem nie zgodzić. Ale jednocześnie dla nas to ważne, iż Semirunnuj chcąc uciec z Rosji, postawił na Polskę. Wielka w tym zasługa Pawła Abratkiewicza, trenera, który pracował w Rosji i był znajomym Władka (rozmowę z tym uznanym szkoleniowcem o pozyskiwaniu dla Polski Semirunnija przeprowadził dla Sport.pl Radosław Leniarski). Ale teraz sprawdzamy się albo nie sprawdzamy wszyscy. To jest test czy potrafimy być otwarci na człowieka, który nie chciał zrezygnować ze swoich marzeń przez czyjąś zbrodniczą politykę. To sprawdzian czy uznajemy, iż nasz kraj to dobre miejsce, żeby kogoś takiego przyjąć. Zwłaszcza gdy ten ktoś wyraża gotowość do zaakceptowania naszych warunków.
Semirunnij na piśmie potępił Putina i wojnę, jaką na jego rozkaz Rosja prowadzi na Ukrainie. - Nie miałem z tym problemu. Po pierwsze nie wspieram tego, a po drugie skoro to było potrzebne, to też dlaczego tego nie zrobić? Tak, żeby wszyscy byli pewni, iż ja tu przyjeżdżam z jednym celem. Żeby jeździć na łyżwach, a nie robić coś złego. Dlatego nie martwiłem się taką deklaracją – mówił w rozmowie ze Sport.pl kilka tygodni temu.
Nie zaprosił Nawrockiego. Wolałby zobaczyć mamę
Jednocześnie Semirunnuj nie chce poświęcać zbyt wiele energii na wchodzenie w politykę. Zapytany czy zaprosił na swój olimpijski start prezydenta Nawrockiego, który przyznał mu polskie obywatelstwo, odpowiedział szczerze, iż zaprosić to chciałby swoją mamę. Niestety Władek adekwatnie nie może się spotykać z rodzicami, bo oni nie dostają wiz pozwalających na wjazd do krajów, w których on mógłby się z nimi zobaczyć, natomiast on nie zaryzykuje wyjazdu do Rosji, bo wie, iż drugi raz Rosja już by go nie wypuściła.
Nie powinno dziwić, iż Semirunnij nie czuje jakiejś specjalnej więzi z prezydentem Nawrockim, skoro obywatelstwa choćby nie odebrał z jego rąk. - Nie widziałem się z nim. Po prostu odebrałem dokumenty w urzędzie miasta w Warszawie i to wszystko – mówi.
- Jeszcze nie znam dobrze polskiej polityki. Dlatego nie będę mówił, iż teraz to już zawsze będę na kogoś głosował, z wdzięczności. W Rosji też się polityką nie zajmowałem, bo jestem sportowcem i nie potrzebuję sobie tego mieszać – wyjaśnia Semirunnij.
Dla niego ważne jest, iż Polska dobrze go przyjęła. A nie interesują go nasze polskie podziały, nasze pęknięcia i rozłamy. - Gdy w 2020 roku trafiłem do rosyjskiej kadry, to już nie wyjeżdżali tam za granicę, już były problemy i gorsze warunki do życia. Mieszkanie, jedzenie, wszystko. To jest tutaj na pewno lepsze. Przyjeżdżam na obóz i muszę myśleć tylko o sporcie, a nie o tym, czy będzie co zjeść na obiad, czy będę głodny przed drugim treningiem – mówi Władek o najprostszych rzeczach.
Proste i jasne dla Semirunnija było i to, iż chcąc być Polakiem, musi się nauczyć naszego języka. Zrobił to bardzo szybko. Oczywiste było, iż chce poznać swój nowy kraj. W pierwszej kolejności zwiedzał Trójmiasto, Warszawę i Łódź. Błyskawicznie nauczył się też Mazurka Dąbrowskiego. Bo celem, który go napędza, od początku było zaśpiewanie polskiego hymnu w Mediolanie, na igrzyskach olimpijskich. O tę możliwość Władimir Siergiejewicz Semirunnij z Polski, z Tomaszowa Mazowieckiego, powalczy już dziś, w piątek 13 lutego 2026 roku. Rywalizacja panczenistów na 10 000 m zacznie się o godzinie 16. Transmisje w Eurosporcie, TVP i na platformie HBO MAX. Relacja na żywo na Sport.pl.

1 godzina temu















