Po wczorajszym sukcesie Władimira Siemirunnija dziś wszyscy znów zerkaliśmy uważnie na łyżwiarski tor. Tym razem – na 500 metrów mężczyzn. Do rywalizacji ponownie stawał bowiem Damian Żurek, który w rywalizacji na 1000 metrów pokazał, iż jest w świetnej formie. Tam skończyło się, owszem, bez medalu – ale to na 500 Damian miał szaleć. A na pozytywne zaskoczenia liczyliśmy jeszcze ze strony Piotra Michalskiego i Marka Kani. Marek faktycznie pojechał nieźle. A Damian? Wykręcił dobry czas, który jednak… wystarczył tylko na 4. miejsce. Znowu.
Spis treści
- Damian Żurek znów bez medalu. I znów był o krok
- Świetne tempo. Potrzeba było bić rekordy
- Znowu czwarty...
- Czytaj więcej o igrzyskach na Weszło:
Damian Żurek znów bez medalu. I znów był o krok
– Gdyby mi ktoś powiedział przed sezonem, iż będę czwartym zawodnikiem igrzysk na 1000 m, uśmiechnąłbym się i powiedział: „Okej”. A to stało się rzeczywistością. kilka zabrakło, ale to też jest dobry prognostyk przed 500 m, iż jestem na wysokim poziomie. Biorę to. Jestem zadowolony z tego miejsca. To jest sprint, tutaj liczą się setne sekundy. Czasami wygrywa się o te 0,07 s, czasem przegrywa. Teraz jestem w tej gorszej sytuacji, ale jestem dumny z tego czwartego miejsca – mówił Żurek przed kamerą Eurosportu po pierwszym ze swoich startów.
Taka postawa nie może dziwić. Owszem, gdyby zdobył medal na 1000 metrów, pewnie opadłoby z niego trochę presji oczekiwań. Z drugiej strony – wiadomym było, iż to jego gorszy dystans. przez cały czas był tam jednym z głównych faworytów do medali, ale to na 500 miał walczyć choćby o złoto.
CZYTAJ TEŻ: DAMIAN ŻUREK? „NIECH BĘDZIE NAJSZYBSZY NA ŚWIECIE”
Głównych faworytów było bowiem trzech – Damian Żurek, Jenning de Boo i Jordan Stolz. Czyli czwarty, drugi i pierwszy zawodnik na 1000 metrów. Stolz to fenomen, genialny Amerykanin, już przed igrzyskami sugerowano, iż zgarnie tu dublet. De Boo regularnie rzuca mu wyzwanie, obaj to zresztą rówieśnicy – rocznik 2004. Damian jest starszy o pięć lat, ale to znaczy, iż sporo ma jeszcze jazdy przed sobą. W tym sezonie jest drugi w klasyfikacji „pięćsetki” – za Amerykaninem, a przed Holendrem.
Oni mieli się na podium znaleźć. Pytaniem pozostawało: w jakiej kolejności?
Damian na pewno miał tu atuty. Na 1000 metrów świetnie otworzył zmagania, potem zabrakło mu nieco sił. Znaczy, iż dobry był ze startu, a to miała być jego słabsza strona. Do tego bez problemu utrzymał to tempo gdzieś do okolic 600. metra. De Boo i Stolz mieli inny atut – jechali razem w parze, mogli się wzajemnie nakręcić. Damian był „skazany” na Sebasa Diniza – też Holendra, ale słabszego. Prawda jest jednak taka, iż w sprincie na rywala choćby nie warto patrzyć – po prostu odpalasz gaz i ciśniesz aż do mety.
I mieliśmy nadzieję, iż Damian „pociśnie” w czasie wybitnym. Bo już pierwsze pary pokazały, iż trzeba będzie najpewniej zakręcić się w okolicach rekordu olimpijskiego (34,32 s), by myśleć tu o złocie, a… może choćby o medalu.
Świetne tempo. Potrzeba było bić rekordy
Nieco za półmetkiem – po ósmej parze – mieliśmy na prowadzeniu Chińczyka Xue Zhiwena z czasem 34,66 s. Blisko było więc już do wspomnianego rekordu igrzysk. A w następnej parze jechać miał Marek Kania – też specjalista od sprintu. Za rywala dostał bardzo dobrze dysponowanego Japończyka Tatsuyę Shinyamę. Rywal lepiej otworzył, ale minimalnie, a potem to Kania miał zamykać wewnętrznym torem. I zbliżał się, zbliżał do rywala.
Na jakieś 30 metrów przed końcem wydawało się, iż wygra w tej parze. Na 20 – też. Na 10 mieliśmy wątpliwości. A na finiszu… przegrał o dwie setne sekundy. Minimalnie. Ale w tamtym momencie był drugi, bo obaj pojechali znakomicie – odpowiednio 34,46 s i 34,48 s.
To było już tempo okołomedalowe, a przynajmniej tak się zdawało (Kania był ostatecznie 8., jechał też Piotr Michalski i skończył 24.). Bo coraz bardziej i bardziej zbliżaliśmy się do rekordów – olimpijskiego, ale gdzieś na horyzoncie majaczył choćby ten świata, wynoszący 33,61 s.
Tor w Mediolanie wydawał się więc nie sprzyjać długodystansowcom – ci wczoraj nie byli choćby blisko rekordu igrzysk – ale sprinterom jak najbardziej.
I faktycznie, sprzyjał. Bo już w 10. parze najlepszy wynik w historii igrzysk padł. Kanadyjczyk Laurent Dubreuil – znakomity sprinter, który w tym sezonie odpuszczał część Pucharów Świata – pojechał w swojej parze znakomite 34,26 s. I to był wyznacznik dla kolejnych zawodników. A zostało ich dziesięciu, pięć par. W tym ci absolutnie najlepsi, którzy to wszystko widzieli, czekali i mogli się denerwować.
A denerwować się nie można było. Bo tylko spokój mógł ich – a przede wszystkim Damiana – ocalić.
Znowu czwarty…
Do 13. pary nikt rezultatu Kanadyjczyka nie poprawił. Jednak to tam miała się zacząć cała zabawa. Na torze stanęli bowiem Stolz i de Boo. Dwóch faworytów, jadących razem. A zaraz po nich jechać miał Damian Żurek – doskonale wiedząc, jak pojechali ci najlepsi i co on sam musi zrobić. I musiał piekielnie dużo. Stolz pojechał na 33,77 s. De Boo – 33,88 s.
Co to oznaczało? Że Damian – jeżeli chce z nimi wygrać – musi pobić swoją życiówkę, która do tej pory wynosiła 33,90 s.
To był niesamowity bieg, pewnie poparty tym, iż obaj na siebie trafili. Pojechali genialnie, znakomicie. A Holender adekwatnie do resztek wyczerpał zapas paliwa – bo tuż po biegu upadł i omal nie wpadł na rywala. Na szczęście obyło się bez takich przygód, a miękka banda uchroniła de Boo od poważniejszych obrażeń. Mieliśmy jednak nadzieję, iż zaraz dostanie dodatkowy cios – i on, i Stolz – a wyprowadzającym go będzie Damian Żurek.
Niestety, nie stało się tak. Stolz i de Boo byli poza zasięgiem. Można było zaatakować brąz, ale… i to się nie udało. Damian przegrał z Dubreuil o… 0,09 s. Łącznie więc dwa krążki stracił o 0,16 s. Minimalnie, ale jednak. Może zaszkodził Damianowi słabszy start, a może i to, iż jadący z nim Diniz nieco na ostatnim wirażu wyjechał na jego tor. Chwila zawahania mogła zdecydować. Przejazd Polaka ogółem i tak nie był zły, ale sprint taki jest – decydują ułamki sekund.
Damian Żurek czwartym zawodnikiem igrzysk olimpijskich.
Znów.
#HomeOfTheOlympics #MilanoCortina2026 #TeamPL pic.twitter.com/ljyNm29wfh
— Eurosport Polska (@Eurosport_PL) February 14, 2026
Drugi raz na tych igrzyskach zadecydowały na niekorzyść Damiana. Niestety. Czas 34,35 s stał tuż obok poprzedniego rekordu olimpijskiego. Liczyliśmy, iż takie rezultaty dadzą medal. Ale dziś znalazło się trzech lepszych gości, którzy ten rekord przebili.
Trzeba to po prostu zaakceptować. Bo Damian i tak pojechał na tych igrzyskach dobrze, potwierdzając, iż jest gościem ze ścisłej światowej czołówki. Niestety, był też jednym z największych pechowców.
Fot. Newspix
Czytaj więcej o igrzyskach na Weszło:
- Polskie Predazzo. Włoskie skocznie są najlepszymi przyjaciółmi Polaków
- Co Tomasiak osiągnie na dużej skoczni? „To zależy od warunków”
- Władimir Siemirunnij? Bardziej polski od wielu Polaków [KOMENTARZ]
- Były trener Siemirunnija: Miał kryzys, ale dał radę psychicznie
- Nie będziemy jak Holandia. Ale możemy ją podgryzać [KOMENTARZ]

4 godzin temu








