Marcin Janusz od razu stał się jednym z filarów reprezentacji Polski Nikoli Grbicia i długo się zastanawiał nim podjął decyzję o rocznej przerwie i przekazał ją trenerowi. Ten nie zamknął mu drzwi do powrotu, ale 30-letni rozgrywający sam jeszcze nie wie, czy będzie w stanie przez te drzwi znów przejść. Na razie skupia się na występach w Asseco Resovii, która w ostatnich latach dość często rozczarowywała. Kibice z Rzeszowa mocno liczą, iż m.in. właśnie sprowadzony przed sezonem Janusz przyczyni się do przywrócenia świetności utytułowanemu klubowi. O ostatnim meczu ten jednak mówi wprost: "Bardzo źle to wyglądało".
REKLAMA
Zobacz wideo PGE Projekt Warszawa po pięciosetowym boju pokonał Indykpol AZS Olsztyn. Jakub Kochanowski wybrany MVP
Agnieszka Niedziałek: Czy po kilkumiesięcznej przerwie w grze tego lata można powiedzieć, iż jesteś teraz szczęśliwym i zdrowym siatkarzem?
Marcin Janusz: Szczęśliwym jestem, ale w profesjonalnym sporcie zdrowym tak do końca raczej nie da się być...
Nie chodzi mi o typowe dla wyczynowców drobne urazy, a o te poważniejsze dolegliwości, które komplikowały ci dotychczas życie. Komplikują je nadal?
Na razie jest dobrze, chociaż muszę przyznać, iż odczułem dość mocno tych kilka intensywnych meczów, które mieliśmy ostatnio. Bardzo się cieszę z tej tygodniowej przerwy przed następnym spotkaniem, bo mogę jeszcze troszkę popracować nad swoimi dolegliwościami. Wolne w wakacje dało mi bardzo dużo. To była rzecz, którą chciałem, ale i musiałem zrobić. Teraz, przynajmniej na początku, czuję się naprawdę dobrze. Nie mogę powiedzieć, iż jest idealnie, bo nie jest, ale myślę, iż mało kto ze sportowców może powiedzieć, iż nic go nie boli. Wiem, iż z tymi moimi problemami pewnie będę musiał się zmagać już do końca życia, ale teraz chciałem być po prostu zdolny do gry. Stąd ta przerwa.
Czyli bardziej chodziło o przygaszenie pożaru niż o całkowite zlikwidowanie problemu?
Teraz już widzę, iż całkowite zlikwidowanie raczej nie będzie możliwe. Nie mam też już 20 lat. Zależy mi, bym mógł grać na 100 procent, bez ukrywania, iż mnie coś boli. I nie grać z kontuzją, jak to było przez wiele lat. Oczywiście, nie było tak, iż cały czas coś mnie bolało, ale w każdym sezonie - czy to reprezentacyjnym, czy klubowym - miałem takie momenty, iż teoretycznie mogłem grać, ale też wiedziałem, iż coś mnie tam boli i bardzo mocno wpływa na moją postawę na parkiecie. Pewnie było to bardzo widać pod koniec igrzysk w Paryżu. To była taka oczywista sytuacja, ale wiele razy w trakcie sezonu ligowego czy Ligi Narodów też tak było i bardzo mocno mnie to denerwowało. Na co dzień staram się być spokojny i raczej ciężko mnie wyprowadzić z równowagi, ale tu czułem, iż nie tylko fizycznie to na mnie wpływa, ale i mentalnie. Że po prostu nie jestem w stanie grać tak, jak bym chciał ze względu na dość mocne ograniczenia zdrowotne.
Pierwsze twoje poważniejsze kłopoty, o których było głośniej, to chyba okres kadry pod wodzą Vitala Heynena.
Byliśmy wówczas w "bańce" podczas LN w Rimini. To nie było akurat nic poważnego, ale nie mieliśmy przy sobie tego typu zastrzyku, po którym mógłbym wrócić do gry. A zasady były takie, iż po opuszczeniu "bańki" nie można było już do niej wrócić. Była to niefortunna sytuacja, od której można powiedzieć, iż się zaczęło, ale też nie do końca, bo wcześniej miałem też troszkę inne problemy. Myślę, iż największy wpływ na moje późniejsze problemy miała duża intensywność gry w klubie i w reprezentacji. Bo wcześniej zawsze byłem w stanie trenować, nie chorowałem też często i nie miałem przewlekłych kontuzji. Niestety, ta intensywność robi swoje. Wiek też, nie ma co się oszukiwać.
Ta kilkumiesięczna przerwa sprawiła, iż zatęskniłeś za siatkówką czy tak przyjemnie spędziłeś czas, iż poczułeś, iż chciałbyś go mieć więcej bez odbijania piłki?
Rzeczywiście, są dwie strony takiej sytuacji. Gdy pojawiłem się w klubie, to przypomniałem sobie, jak świetnie jest uprawiać ten sport i jaka to jest niesamowita rzecz. Ale przyjemnie było też wcześniej odciąć się od tego nieco. Ta przerwa miała różne aspekty - mogłem trochę pożyć normalnie, skupić się na innych rzeczach niż sport, podleczyć się. Było dużo plusów tego rozwiązania.
Meczów reprezentacji trochę oglądałeś, ale nie wszystkie.
Na początku miałem taki okres, iż nie chciałem patrzeć na siatkówkę. Byłem bardzo aktywny - chodziłem na siłownię, grałem w tenisa, pływałem i uprawiałem inne sporty, ale szczerze przyznam, iż siatkówki miałem trochę dość. To była początkowa faza LN, grali moi koledzy i przyjaciele, ale nie oglądałem tych meczów dla własnego zdrowia psychicznego.
Nie jesteś pod tym względem wyjątkiem. Wielu zawodników nie ogląda swojego sportu, gdy ma wolne.
Wydaje mi się, iż tak. Znam też ludzi, którzy są zafiksowani na punkcie siatkówki, oglądają mecze kiedy tylko mogą i pewnie gdyby oni sobie zrobili przerwę, to podejrzewam, iż dalej by oglądali każdy mecz. Myślę tu o Olku Śliwce czy o Eriku Shojim. Z nimi mam bliski kontakt i wiem, jak żyją siatkówką na co dzień, więc pewnie byłoby im bardzo trudno się odciąć od niej choćby na kilka tygodni. Dla mnie to nie był problem. Śledziłem oczywiście później te ważniejsze mecze LN czy mistrzostwa świata i kibicowałem chłopakom, ale długo mi zajęło dojście do tego momentu, by obejrzeć po raz pierwszy mecz.
Podczas tych najważniejszych meczów miałeś taki moment, gdy przeżywając emocje przed telewizorem ciągnęło cię na parkiet, bo chciałbyś wejść i pomóc?
Nie. Oczywiście, każdy z nas, nieobecnych w tym turnieju, gdyby tylko mógł, to chciałby pomóc, ale decyzję o przerwie podejmowałem bardzo długo. To były tygodnie, a choćby miesiące rozmyślań. Miałem więc czas, by się z tym potem pogodzić. Oglądając mecze w telewizji, nie zastanawiałem się nawet, co bym zrobił w danej sytuacji. Jak mógłbym pomóc lub... przeszkodzić. Tak to po prostu zostawiłem. Cieszyłem się z wygranych, smuciłem się razem z chłopakami, kiedy coś nie wyszło. Czułem się trochę częścią zespołu. Ale żadnego wpływu na zwycięstwa nie miałem, więc trzeba im oddać, iż wykonali bardzo dobrą robotę w tym sezonie.
Rok poolimpijski sprzyja przerwom w grze i zrobiła ją sobie spora grupa siatkarzy. Twoje kłopoty zdrowotne to konkretny i istotny argument. Co najbardziej utrudniało ci podjęcie tej decyzji? Mówiąc pół żartem, pół serio - strach przed tym, jak zareaguje trener Nikola Grbić?
Może nie był to najważniejszy powód, ale towarzyszyła mi niepewność przed rozmową z Nikolą. Zareagował lepiej, niż mógłbym sobie wymarzyć, bo w pełni zrozumiał sytuację i dał mi pełne wsparcie. Taką wolność wyboru bez zamykania drzwi do kadry. Zanim zadzwoniłem do niego, to brałem pod uwagę różne scenariusze i wcale bym nie miał pretensji, gdyby powiedział: "Skoro cię nie ma w tym roku, to drzwi będą zamknięte w kolejnych latach". Byłem gotowy na to, iż jeżeli nie będzie innej opcji, to na Paryżu moja przygoda z reprezentacją się skończy. Na szczęście, potoczyło się to inaczej. Nie wiem, na ile będę w stanie wrócić. Nie rozmawiałem z Nikolą od tamtego czasu, pomijając krótkie gratulacje wysłane po sukcesie w LN.
Ale ta decyzja była też trudna, bo mowa o zrezygnowaniu z czegoś, o czym się marzyło, jak się było dzieckiem. Przez lata pracowałem na to, by ugruntować swoją pozycję w klubie i kadrze. Nie ma co ukrywać, nie było łatwo z tego zrezygnować. Do tego jeszcze te emocje związane z grą w turnieju LN w Gdańsku, wyjątkowym dla mnie miejscu. To wszystko, co się dzieje w naszym kraju dookoła siatkówki, to też coś niespotykanego. Coś, czego chłopaki z innych reprezentacji nam zazdroszczą. Więc nie było łatwo. Ale zacząłem się rozglądać po swoim ciele, co mnie boli, a gdzie jest ok i jednak ta racjonalna perspektywa wygrywała.
We wcześniejszych wywiadach wspominałeś o negatywnych skutkach przyjmowania dużej dawki leków. Wciąż się z nimi zmagasz?
Teraz, na szczęście, jest lepiej, ale miałem duży problem w trakcie poprzedniego sezonu klubowego. Po powrocie z igrzysk dawały mi we znaki skutki uboczne brania tak dużej dawki środków przeciwzapalnych. W profesjonalnym sporcie środki przeciwbólowe czy przeciwzapalne to normalność i wszyscy jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ale mam już świadomość, iż jest jakaś maksymalna liczba dawek, którą można przyjąć i wiem, jak mocno później to obciąża organizm. To jest rzecz, której się nauczyłem po tym roku. Oczywiście, wszyscy jesteśmy świadomi konsekwencji przed zażyciem takich leków, ale inaczej się na to patrzy, jak już te problemy się pojawią. Wciąż jeszcze z nimi walczę, bo nie jest tak, iż wszystko przechodzi po kilku tygodniach czy choćby miesiącach. Teraz te problemy są już prawie wyciszone, ale przede mną decyzja, czy po prostu będę gotowy grać. Oczywiście, w klubie będę, bo ta przerwa dużo mi dała, ale jadąc na reprezentację, będę musiał mieć świadomość, iż pewnie przyjdzie taki moment, gdy będzie trzeba to wszystko powtórzyć. Bo zacznie się istotny turniej i tam się już nie kalkuluje. jeżeli miałbym jechać na kadrę i kalkulować, to wolę już nie jechać.
Dużo zależy od tego, jak to będzie wyglądało w najbliższych tygodniach, miesiącach. No i od rozmowy z Nikolą. Mocno się zastanawiam, jak to będzie. Pracuję na tyle, na ile mogę, żeby to wszystko wyciszyć i móc grać i w klubie, i w reprezentacji. Ale w tej chwili jest zdecydowanie za wcześnie, by jakąkolwiek decyzję podjąć. I pewnie gdyby Nikola do mnie teraz zadzwonił, to powiedziałbym to samo. Że jeszcze za wcześnie. Ale też on ma pewnie świadomość, iż dla nas, zawodników, to nie pozostało ten etap sezonu, by myśleć o reprezentacji.
Twoje rozważania dotyczą wyłącznie najbliższego sezonu kadrowego czy ogółem dalszych występów w drużynie narodowej?
Zdaję sobie sprawę, iż jeżeli się zobowiążę do tego, iż będę grał w przyszłym sezonie, to tak naprawdę to jest zobowiązanie na najbliższe trzy lata, do igrzysk. Budujemy drużynę na turniej olimpijski.
Uważasz, iż nieobecność w przyszłym sezonie byłaby już zamknięciem drogi do składu na igrzyska w 2028 r.?
O to trzeba pytać Nikolę. Brałem pod uwagę, iż już nieobecność w tym sezonie może nie pozwolić mi na powrót w kolejnych latach, więc choćby nie próbuję wejść teraz do głowy trenera. Myślę, iż to nie ma sensu. Ze swojej strony mogę jedynie powiedzieć, iż zrobię co mogę, by być w stanie to pogodzić. Wiadomo, klub to podstawa funkcjonowania siatkarza, ale reprezentacja też mi dała dużo. Nikola dał mi dużo - jako siatkarzowi, jako człowiekowi. Dużo się od niego nauczyłem. Nie patrzę więc tylko w kategoriach indywidualnych, iż zdobyłem już medal olimpijski i byłem na podium mistrzostw świata oraz Europy, więc mogę kończyć. Chciałbym dać od siebie tyle, ile mogę. Ale czy będę w stanie, to zobaczymy.
Wspominając igrzyska, mówiłeś jakiś czas temu o straconym czuciu w nodze w półfinale i przekonaniu, iż prawdopodobnie będziesz potrzebował operacji.
Z tym czuciem nie chciałbym przesadzać. Oczywiście, w meczu z USA byłem już zmęczony i ból promieniował do nóg, osłabiając je, ale nie do tego stopnia, iż musiałem potem jechać na wózku czy ktoś mnie musiał nieść. Byłem przekonany, iż konieczna będzie operacja, bo nigdy wcześniej aż tak mnie nie bolało. Ale skończyło się na serii zastrzyków i garści tabletek.
prawdopodobnie odnotowałeś dyskusję, która się zrodziła minionego lata wokół stylu gry reprezentacji Polski. Pojawiało się stwierdzenie, iż trener Grbić ogranicza mocno swobodę rozgrywających na rzecz skuteczności gry. Masz poczucie, iż w klubie możesz sobie pozwolić na bardziej widowiskowe granie niż w kadrze?
To trudna kwestia. Oczywiście, Nikola stawia na to, by cyferki się zgadzały i nie miałby problemu, by wystawiać cały czas do lewego skrzydła, jeżeli to zapewniłoby dobry wynik, ale z doświadczenia wiem - a pracowałem już z wieloma trenerami - iż tak naprawdę każdy taki jest. Kogo by nie zapytać, to ostatecznym celem jest skuteczność drużyny, a Nikoli skuteczności w zdobywaniu medali nie można odmówić. Miałem w kadrze wskazanych kilka rzeczy, których nie powinienem robić, bo są po prostu nieskuteczne. Gdyby to były jakieś fajerwerki, które fajnie wyglądają i działają, to myślę, iż Nikola by nie miał z tym problemu. Z reguły było tak, iż przychodzi i pokazuje ci na liczbach oraz na wideo, iż nie ma sensu czegoś grać.
Pamiętajmy też, iż na zgrupowaniach kadry jest dużo zawodników, a czas mocno ograniczony. Trzeba byłoby poświęcić go sporo, by doprowadzić jakieś szalone zagranie do takiego etapu, by móc z niego skorzystać np. w ćwierćfinale czy finale igrzysk. A podejście Nikoli jest takie, iż ostatecznie wszystko, co się dzieje przed ważnymi turniejami, jest po to, byśmy się przygotowali, by w najważniejszym momencie wiedzieć, co mamy robić i mieli wypracowane zagrania. Dla niego nie ma wielkiej różnicy, czy to trening, sparing lub mecz - podejście jest zawsze takie, jakbyśmy grali najważniejszy mecz. Niektórzy może oczekiwaliby czegoś więcej np. w spotkaniach ze słabszymi przeciwnikami, ale podejście Nikoli zakłada, iż każda minuta to przygotowanie pod najważniejszy moment. Ja się z tym zgadzam. Oczywiście, też lubię oglądać szaloną siatkówkę, która dobrze wygląda później na powtórkach, ale... Nie uważam też - przynajmniej ze swojej perspektywy - by Nikola mocno ograniczał rozgrywających. Każdy trener w jakiś sposób to robi. Szkoleniowcy są często po prostu mądrzejsi i widzą więcej od zawodników. Sztab pokazuje - zwłaszcza rozgrywającym - co działa, co możemy dodać i czego lepiej nie robić. Tutaj nie ma większej filozofii.
Pewnie to byłby twój ostatni mecz w kadrze u trenera Grbicia, gdybyś wystawił piłkę do ataku z drugiej linii grającemu na przyjęciu nominalnemu libero Pawłowi Zatorskiemu...
Nie robiłbym z Nikoli aż takiego sztywniaka. Potrafi żartować. Rzeczywiście, podczas meczów jest bardzo poważny...
Myślisz, iż takie zagranie w meczu ze słabszym rywalem by u niego przeszło?
Nie, ale dlatego, iż - jak mówiłem - on każdą chwilę traktuje jako przygotowanie na te ważne momenty. Takie zagranie byłoby po prostu stratą. Ale trzeba go spytać o to. Sam jestem interesujący odpowiedzi.
Spytam. A na razie ciebie spytam, czy kibice Resovii mogą na takie zagranie z Zatorskim liczyć np. przy wyniku 23:14 w secie?
Nie wiem, naprawdę. Chciałbym, by była taka możliwość. To nie są tylko żarty z mojej strony, ale to bardziej Paweł bardzo się tego domaga. Nie chcę tego szerzej omawiać... nie chciałbym też przygotować przeciwników. Chciałbym, by to się wydarzyło, ale niczego nie obiecuję.
Medali Resovii też nie obiecujesz, ale nie jest tajemnicą, iż w Rzeszowie w ostatnich latach - mimo dużego budżetu i dużych aspiracji - tych medali było jak na lekarstwo. Jesteś jedną z nowych postaci w drużynie, na którą spragnieni sukcesów kibice bardzo liczą. Czujesz na plecach ten dodatkowy ciężar?
Nie. Presja jest ogromna w każdym mocnym klubie i my sami na siebie ją nakładamy, bo chcemy wygrywać medale, a wiemy, iż to nie jest proste. Jest pięć, sześć drużyn, które spokojnie w tym sezonie mogą aspirować do mistrzostwa Polski. jeżeli przegrywamy, to ludzie, którzy żyją losem naszego klubu, mają prawo być niepocieszeni. Jest tu potencjał na stworzenie niesamowitej atmosfery oraz czegoś pięknego i to mnie napędza. Wszyscy jesteśmy w zespole świadomi, iż droga do sukcesu nie jest łatwa, ale też z doświadczenia wiem, iż sukces cieszy wówczas zdecydowanie bardziej.
Każdemu zdarza się gorszy dzień czy okres i nie ma co siać paniki, ale jeżeli spojrzeć na porażkę 0:3 z Aluronem CMC Wartą Zawiercie jako na reakcję po przegranej 2:3 z Zaksą Kędzierzyn-Koźle, to wyglądało to nieciekawie, bo nie wychodziło wam wtedy nic.
Bardzo źle to wyglądało. Zdajemy sobie sprawę, iż zdarzy nam się przegrać, choć oczywiście chcielibyśmy tego unikać. Ale to, czego chcielibyśmy na pewno za każdym razem unikać, to przegranej w takim stylu. Szczególnie grając u siebie. Oczywiście, Zawiercie zagrało bardzo dobrze, ale po naszej stronie wyglądało to bardzo źle i to tak naprawdę w każdym elemencie. jeżeli ktoś ma już nas pokonać, to dlatego, iż zrobi coś niesamowitego, a nie dlatego, iż mamy problem, gdy piłka jest po naszej stronie i najchętniej byśmy ją oddali, bo wiele rzeczy nam nie wychodzi. Mamy bardzo szeroką ławkę i ogółem jest to ogromnym plusem, ale też wiele razy widać było, iż brakowało nam zrozumienia i zgrania w takich nietypowych sytuacjach. Moim zdaniem najlepszym sposobem na to jest spędzić ze sobą jak najwięcej czasu w boisku, w meczach pod presją. Ale też, by to był taki jakościowy czas. Bo to, jak graliśmy z Zawierciem, nie dało nam niczego pozytywnego. Pokazało nam jedynie, jak słabo możemy grać, jeżeli nie skupimy się czy nie podejdziemy dobrze do meczu.
Czy był to sygnał do niepokoju?
Teraz jest bardzo ważne, jak zareagujemy po tym spotkaniu. Myślę, iż można mówić tu o takim zdrowym niepokoju, bo też nie można przejść obok czegoś takiego i powiedzieć: "Dobra, zapominamy i jedziemy dalej, bo nic się nie stało". Nie, stało się. Oczywiście, to nie jest koniec świata, ale taki dzwonek alarmowy, który często u zawodników powoduje, iż potem dają z siebie jeszcze więcej na treningach i są jeszcze bardziej skupieni. Tak porażki działają na dobre drużyny i mam nadzieję, iż tak też będzie w naszym przypadku.
Po przegranej z Aluronem pojawiło się trochę komentarzy typu "Klasyczna Resovia", nawiązujących do problemów z dobrą grą przez dłuższy czas i niewykorzystanych szans z poprzednich lat. Masz pomysł, jak uniknąć przykrej powtórki?
Jako zawodnicy musimy się jak najbardziej odciąć od takich rzeczy. Wszyscy są na tyle doświadczeni, iż wiedzą, iż nie da się przejść sezonu suchą stopą i wygrywać wszystkiego. Pamiętam sezon w Zaksie, gdzie niby wygraliśmy to, co mieliśmy do wygrania, ale były momenty, gdzie przegrywaliśmy, gdzie nasza gra się nie kleiła. Ważne, by się po prostu nie dać złamać w tym momencie i wracać jak najszybciej za każdym razem. Po prostu robić wszystko, żeby wrócić do tej normy, do dobrej gry i tyle. Zdaję sobie sprawę, iż kibice pamiętają ostatnie lata Resovii, kiedy czasem ta gra nie wyglądała dobrze. Ale przegraliśmy na razie dwa mecze po wcześniejszej serii pięciu zwycięstw, w tym nad mocnymi rywalami na wyjeździe. Nie chcę powiedzieć, iż jest dobrze, ale bez paniki.
Zaskoczyło cię, kiedy trener Massimo Botti wybrał cię na kapitana?
Trochę tak. Jest to pewnie trochę nietypowe, by zostać nim w pierwszym roku pobytu w klubie. Tym bardziej iż ostatnio byłem nim chyba w reprezentacji Polski juniorów. Ale też ponieważ byłem od początku okresu przygotowawczego, to miałem czas, by zapoznać się z tym, jak funkcjonuje klub, do kogo z jakim problemem się zwracać itd. Wciąż się uczę tej funkcji, ale też miałem świetne wzorce - Bartka Kurka, Olka Śliwkę, Mariusza Wlazłego czy Wojtka Grzyba. Na razie nie mieliśmy jakichś dużych problemów, ale jak się jakieś małe pojawiają, to staram się pomagać.
Czy łatwiej być kapitanem drużyny, w której jest wielu doświadczonych zawodników?
Zdecydowanie. Często problemem młodych zawodników jest to, iż starają się sami sobie poradzić z różnymi kłopotami, których czasami nie da się rozwiązać samemu. Boją się np. przyznać, iż coś ich boli. Doświadczeni zawodnicy wiedzą, czego chcą i jak powinna funkcjonować dobra drużyna. Mamy masę chłopaków, którzy grali w różnych zespołach, wiele przeszli i po prostu mają sporą wiedzę. Nie mam więc takich problemów, jakie mogą się pojawić, gdy w drużynie są np. 17- czy 18-latkowie. Sam pamiętam, jak wchodziłem do ligi, nie wiedziałem niczego tak naprawdę, więc trochę trzeba było mnie prowadzić za rękę.
A jako kapitan lubisz dyskusje z sędziami?
Jak nie mają racji, to lubię. Za każdym razem, kiedy dyskutuję, to wydaje mi się, iż nie mają, ale później czasami sprawdzam na powtórce i łapię się za głowę. Ogółem nie mam z tym problemu, by interweniować u arbitra. Jak byłem młodszy, to trochę się wstydziłem, ale teraz podchodzę i dyskutuję. Staram się być przy tym najbardziej kulturalny, jak tylko mogę. Zdaję sobie sprawę, iż czasami sędziowie popełniają błędy, czasami ja się pomylę.
Nie masz na koncie tak barwnego cytatu jak ten Pawła Zagumnego, który miał spytać kiedyś sędziego, gdzie ten ma psa-przewodnika?
Nie. To były też trochę inne czasy. Fajne są takie różne docinki, ale podchodzę do tego trochę bardziej technicznie - staram się zrozumieć, o co chodzi i ewentualnie przedstawić swój punkt widzenia. Czasami da się sędziów przekonać spokojną rozmową. Nie chodzi o to, bym do nich chodził, krzyczał, machał rękami, bo to z reguły jedyne co przynosi, to kartki. Ale lubię te dyskusje, bo czasami też sędziowie potrafią odpowiedzieć coś zabawnego.

1 godzina temu















