Po tym skoku Polaka trybuny zamarły. Stało się najgorsze. Głucha cisza

2 godzin temu
Kibice w Oberstdorfie już zaczęli dobrą zabawę, już cieszyli się lotami narciarskimi, aż nagle na skoczni zapadła głucha cisza. Stało się to po skoku Aleksandra Zniszczoła. Już po jednej ósmej drużynowego konkursu MŚ w lotach było jasne, iż skończyła się dla nas walka o cokolwiek. A później było jeszcze gorzej. Żeby nie powiedzieć, iż fatalnie.
Świat żyje ogromnym pechem mistrza świata Domena Prevca, a my współczując Słoweńcom, mamy swoje zmartwienia.


REKLAMA


Zobacz wideo Polskie skoki w kryzysie? Byliśmy na Pucharze Świata w Zakopanem


Słowenia nie liczyła się w walce o czołowe lokaty przez kuriozalne wydarzenie. Otóż Prevc przechodząc kontrolę w pierwszej serii na górze skoczni upuścił narty, te zjechały na sam dół obiektu i zawodnik w pierwszej serii nie wystąpił. Natomiast my choćby nie śniliśmy o walce nie tylko o medal, ale w ogóle o cokolwiek.
Startujący jako trzeci Fin Niko Kytosaho poleciał aż 219 metrów i od razu niespodziewanie rozgrzał kilka tysięcy widzów marznących w gęsto padającym śniegu w Oberstdorfie. Chwilę później ci ludzie patrzyli, jak w locie z samym sobą walczył Aleksander Zniszczoł. I milczeniem skwitowali jego rozpaczliwe lądowanie (oceny od sędziów po 16) na 175. metrze.
- No nic, proszę państwa. Z Finami i Szwajcarami mieliśmy się bić o szóste miejsce, na razie tę rywalizację z kretesem przegrywamy – stwierdził wtedy Michał Korościel. Po chwili komentator Eurosportu pocieszał, iż zawodników w każdej drużynie skoczy czterech, iż jeszcze wiele się może wydarzyć. - I tego będziemy się mocno i kurczowo trzymać – przekonywał. Ale nie przekonał choćby samego siebie. - Tracimy do prowadzących Finów blisko 60 punktów - zauważał. – I 25 punktów do Szwajcarów. To są duże różnice. To są potężne różnice, w gruncie rzeczy – uzupełniał drugi komentator, Igor Błachut.
W stawce 10 drużyn już po jednej ósmej konkursu byliśmy skazani na ósme miejsce. Siódma Szwajcaria była od nas lepsza o równo 25 punktów (45-letni Simon Ammann poleciał 192 metry). Nasza strata do siódmego miejsca była większa niż przewaga nad słabiutką kadrą USA będącą na miejscu dziewiątym. Zapasu nad Amerykanami mieliśmy jedynie 9,1 pkt. Krótko mówiąc: już po tym pierwszym słabiutkim skoku Polaka wszystko było jasne. Już nie było dla nas żadnych emocji.


Tak źle Polska nie latała od 18 lat
Dla polskich kibiców taki konkurs jest jak przywołanie najsmutniejszych wspomnień. Jeszcze niedawno – w 2018 i 2020 roku – nasza kadra biła się o medale i je zdobywała (brąz w Oberstdorfie i brąz w Planicy). Od bardzo, bardzo dawna na MŚ w lotach nie groziło nam odpadnięcie z rywalizacji już po pierwszej serii. Coś takiego przydarzyło się nam ostatnio w 2008 roku. Wtedy w Oberstdorfie Kamil Stoch (167 m), Piotr Żyła (168 m), Stefan Hula (120 m) i Adam Małysz (199 m) wyskakali dziesiąte miejsce. Ale wtedy byli lepsi od trzech drużyn. A teraz Polska wyprzedziła tylko dwie inne reprezentacje. Wtedy rywalizowało 13 ekip, a teraz – zaledwie 10.
W każdym razie teraz oglądanie w akcji Zniszczoła, a po nim Dawida Kubackiego, Kamila Stocha i Piotra Żyły było mniej więcej taką przyjemnością, jak śledzenie w akcji Polaków na MŚ 18 lat temu. A choćby – prawdę mówiąc – teraz było jeszcze gorzej. Bo wtedy kibicom mogło być żal, iż nie zobaczą drugiego lotu Małysza. On w swojej grupie skoczył krócej tylko od Austriaka Gregora Schlierenzauera (206,5 m). Tamto 199 metrów Małysza było wynikiem lepszym niż między innymi 195,5 m Janne Ahonena, który później sięgnął po srebrny medal z kolegami z Finlandii, oraz niż 196,5 metra Andersa Jacobsena, który z Norwegami wywalczył brąz.
Zniszczoł najgorszy, Kubacki przedostatni, Stoch piąty od końca
A teraz po 175 metrach Zniszczoła obejrzeliśmy 170 metrów Kubackiego, 181 metrów Stocha i 204 metry Żyły. jeżeli porównamy te wyniki z rezultatami najlepszych, to zrozumiemy, jak wielką mizerię prezentowali nasi zawodnicy (233,5 m Austriaka Embachera, 224 m Norwega Ostvelda, 223 m Japończyka Kobayashiego, 222,5 m Japończyka Nakamury, 220 m Austriaka Krafta, 219 m wspomnianego już Fina Kytosaho czy 217,5 m Niemca Geigera). Tak naprawdę i dla naszych skoczków (no dobrze, poza Żyłą), i dla nas byłoby lepiej, gdyby nie musieli męczyć siebie i nas udziałem w drugiej serii.
Zaczął ją dla nas Zniszczoł. Klapnięciem na 138. metr. To był fatalny występ. FATALNY! Następnie Kubacki osiągnął 164,5 metra, Stoch 180 metrów, a Żyła 204 metry. Indywidualnie w gronie 31 zawodników, którzy oddali po dwa skoki Zniszczoł był najgorszy, 31., Kubacki – 30., Stoch – 27., a Żyła – 18.


Słowenia 7 skoków, Polska 8. A i tak przegraliśmy
W drugiej serii Polacy po prostu doskakiwali konkurs. Jakby za karę. Konkurs – dodajmy to i podkreślmy - który przez kuriozalną sytuację związaną z nartami Prevca stał się o wiele mniej emocjonujący.
Gdy w pierwszej serii na belce startowej siedział Norweg Marius Lindvik, narty indywidualnego mistrza świata się przewróciły (wygląda na to, iż Domen sam źle je zabezpieczył, iż postawił je w nieodpowiednim miejscu), zjechały z rozbiegu, następnie zsunęły się na sam dół skoczni po zeskoku i chociaż ktoś ze słoweńskiej drużyny próbował je jak najszybciej dostarczyć, to jury zdecydowało, iż Domen w pierwszej serii już wystartować nie może.


W efekcie na półmetku zawodów Słoweńcy byli dopiero na ósmym miejscu – o 41,7 pkt za Polską. Dla nas bolesna była świadomość, iż Słowenia mając o jeden skok mniej jest tak blisko nas. I iż prawdopodobnie w rundzie finałowej łatwo nas pokona. Niedopuszczenie do startu Domena było też fatalną wiadomością dla całego konkursu.


Japonia 775,4 pkt
Austria 771,5 pkt
Norwegia 749,7 pkt
Niemcy 705,4 pkt


Tak wyglądała czołówka na półmetku. Już wtedy było niemal pewne, iż znamy medalistów, a jedyną otwartą kwestią pozostawało kto zdobędzie jaki medal. Gdyby Domen skoczył w pierwszej serii, to Słowenia miałaby po niej nie 544, a pewnie z 760-770 punktów.


Ostatecznie zawody wygrali Japończycy przed Austriakami (na szczęście tu mieliśmy pasjonującą walkę – przed ostatnim skokiem Austriacy mieli zaledwie 0,4 pkt więcej) i Norwegami.
Słowenia oczywiście wyprzedziła Polskę. Aż o - uwaga, uwaga! - 148,4 pkt. Przed nami była już po drugim skoku Zniszczoła. Już wtedy 41,7 pkt straty Słowenii do Polski zmieniło się w przewagę aż 35,3 pkt.
Przez chwilę wydawało się, iż słoweńska drużyna zrezygnuje z udziału w drugiej serii, zdenerwowana tym, iż Domena nie dopuszczono do startu w pierwszej. Na naszych ekranach wyświetlono choćby wiadomość, iż Słowenia w rundzie finałowej nie wystartuje. Ale najwyraźniej ta ekipa w ostatniej chwili zmieniła zdanie.
Całe szczęście, iż na igrzyskach takiego konkursu nie będzie. Polacy nie zasłużyli
Koniec końców naszą kadrę w drugiej serii wyprzedziły wszystkie drużyny. Dla nas mistrzostwa skończyły się zgodnie z przewidywaniami ósmym miejscem w konkursie drużynowym. Ale przede wszystkim te mistrzostwa kończą się dla nas smutną refleksją. Otóż polscy skoczkowie trochę narzekają, iż na igrzyskach olimpijskich w miejsce konkursu drużynowego odbędą się zawody duetów. Gdyby drużynówka pozostała w programie, na igrzyska pojechałoby więcej naszych skoczków. Patrząc na ich formę, trzeba stwierdzić, iż dobrze się stanie, iż w Predazzo wystąpi ich tylko trzech.


Przy czym chyba tylko co do 19-letniego Kacpra Tomasiaka możemy być pewni, iż spisze się dobrze, a może choćby bardzo dobrze. Bardzo nie chcielibyśmy po igrzyskach stwierdzić, iż tak naprawdę tylko on ze wszystkich polskich skoczków zasługiwał w tym roku na olimpijską nominację.
Idź do oryginalnego materiału