Nikt by nie wymyślił takiej historii. Na igrzyskach dokonała niemożliwego

2 godzin temu
Dla innych fatalna kontuzja, której Federica Brignone doznała 10 miesięcy temu, byłaby raczej końcem marzeń o starcie w obecnych igrzyskach. A może i o dalszej karierze. Utytułowana włoska alpejka dostrzegła w tym to, co lubi najbardziej - wyzwanie z gatunku "niemożliwe do zrealizowania". W cztery dni, miesiąc po powrocie do rywalizacji, zdobyła w Cortinie dwa złote medale olimpijskie. Ale przyznaje, iż bez wahania by je oddała.
Federica Brignone na mecie olimpijskiego slalomu giganta pochyliła się i złapała rękami za głowę nakrytą jej charakterystycznym kaskiem z tygrysem. Nie tylko ona nie mogła wtedy uwierzyć w to, co właśnie osiągnęła. Już po wcześniejszym triumfie w supergigancie stała się jedną z największych bohaterek tych igrzysk, a drugim tylko ugruntowała tę pozycję. Zdobycie dwóch złotych medali na igrzyskach to wielki wyczyn sam w sobie. A włoska weteranka dokonała tego 318 dni po tym, jak trafiła do sportowego piekła.

REKLAMA







Zobacz wideo Lindsey Vonn zachowała się nieodpowiedzialnie? Tajner: o ile to prawda, to jest wyłączona na amen



"Dla osób o mocnych nerwach". Rekord "punktowy" Brignone i dwie operacje w cztery miesiące
Oglądanie zdjęcia lewej nogi Brignone, która mocno ucierpiała 3 kwietnia w wypadku na treningu podczas mistrzostw Włoch, powinno być poprzedzane ostrzeżeniem: "Dla osób o mocnych nerwach". Zaraz po przemieszczeniowym złamaniu kości piszczelowej i strzałkowej alpejka przeszła operację, po której założono jej 42 szwy. A to nie było wszystko, bo zerwała wówczas także więzadło krzyżowe przednie. Gdy zamieściła później w mediach społecznościowych wspomniane zdjęcie, to dołączyła do niego żartobliwy opis pokazujący optymistyczne nastawienie, z którego słynie.
- Poprawiłam swój rekord punktowy, choć wolałabym się obejść bez tych ostatnich 42 - napisała, wykorzystując grę słów. Bo włoskie "punti" oznacza zarówno "punkty", jak i "szwy".
Do śmiechu jednak długo nie było ani 35-latce, ani załamanym Włochom. Nie przypuszczali oni bowiem, iż zawodniczka, która pod koniec marca odebrała Kryształową Kulę za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata oraz była najlepsza w okresie w slalomie gigancie i zjeździe, będzie w stanie wrócić do rywalizacji na czas. Zamiast spokojnych przygotowań do wyczekiwanych od dawna igrzysk w ojczyźnie rozpoczął się szalony wyścig z czasem.
Powrót do sprawności był żmudny. Przez pięć miesięcy Brignone nie była w stanie normalnie chodzić. Pod koniec lipca przeszła drugą operację, której celem było przyśpieszenie rekonwalescencji i umożliwienie efektywniejszego treningu. Jeszcze w listopadzie nie była pewna, czy będzie w stanie wznowić karierę, a w kolejnym miesiącu rozpoczęła regularne treningu. W styczniu Davide Brignone – jej brat i trener – na łamach "La Gazzetta dello Sport" potwierdził, iż mistrzyni świata w gigancie, na pewno przystąpi do zbliżających się wówczas wielkimi krokami igrzysk.



- Wszystko inne będziemy oceniać z dnia na dzień Tak, jak było przez ostatnie dziewięć miesięcy. Federica wciąż odczuwa dyskomfort w kolanie. Będzie musiała pokonać ból, jeżeli naprawdę chce coś osiągnąć w tych igrzyskach - zaznaczył.


Ostatnio sama alpejka przyznała, iż zdecydowała się na ten powrót, ponieważ był wyzwaniem niemożliwym. - Gdyby to było łatwiejsze, to prawdopodobnie nie motywowałoby mnie aż tak bardzo – stwierdziła wprost na poniedziałkowej konferencji prasowej.
Ale jednocześnie dodała, iż nie stawiała sobie za cel zdobycie medalu. Chciała po prostu znów móc się ścigać i cieszyć samym udziałem w igrzyskach. Paradoksalnie poważna kontuzja pod jednym względem jej pomogła – wyzbyła się presji. Jak mówiła, wcześniej przez sześć lat ludzie pytali ją ciągle właśnie o te igrzyska.
"Tygrys z La Salle" zszokował wszystkich. "Kod dostępu do światowego panteonu"
Przed olimpijskimi zmaganiami w Mediolanie, w którym się urodziła i w Cortinie, w której wielokrotnie startowała, Brignone zaliczyła tylko dwa starty w zawodach PŚ. 20 stycznia w Kronplatz zajęła szóste miejsce w gigancie, a 11 dni później była 18. w supergigancie w Crans-Montanie.



Organizatorzy igrzysk docenili nie tylko hart ducha, ale i bogaty dorobek weteranki. Podczas ceremonii otwarcia ówczesna trzykrotna medalistka olimpijska niosła włoską flagę w Cortinie. Z powodu odczuwanego wciąż bólu ograniczała treningi. Długo zastanawiała się, czy przystąpić do będącego pierwszą konkurencją igrzysk zjazdu. Wystąpiła i zajęła 10. miejsce. Nie sposób raczej byłoby znaleźć wtedy kogoś, kto przewidziałby, iż tydzień później będzie miała na koncie dwa złote krążki. Tym bardziej iż nigdy wcześniej nie stanęła na najwyższym stopniu podium w najważniejszej imprezie czterolecia.
Już za sprawą triumfu w supergigancie została najstarszą medalistką olimpijską w narciarstwie alpejskim. Sprawiła tym wielką niespodziankę. Teoretycznie jej koronną konkurencją jest slalom gigant, ale wiele osób twierdziło, iż przy dwóch przejazdach "Tygrys z La Salle" odczuje teraz braki w przygotowaniu związane z pośpiesznym powrotem do rywalizacji. Tymczasem 35-latka na oczach tłumu rodaków, wśród których była m.in. mocno przeżywająca jej ostatnie starty matka Maria Rosa Quario (dawna alpejka), zszokowała wszystkich.
- Przysięgam, brak mi słów i niczego nie rozumiem - opowiadała na gorąco pierwsza w historii alpejka, która w trzech igrzyskach z rzędu zdobyła medal w gigancie. I druga po słynnym Alberto Tombie (również startował w narciarstwie alpejskim) reprezentantka Włoch, która w jednej edycji olimpijskich zmagań zdobyła dwa złota.
Brignone już wcześniej była bardzo popularna i szanowana w ojczyźnie, ale za sprawą ostatnich wyczynów uwielbienie dla niej w Italii osiągnęło nowy poziom. Peany pochwalne na jej cześć pisali dziennikarze tak poważanych gazet jak "La Gazzetta dello Sport" czy "La Stampa".



- Wstańcie i oklaskujcie Federicę Brignone, najwspanialszą włoską narciarkę wszech czasów. Wstańcie i oklaskujcie sportsmenkę, która w cztery dni zdobyła swoje drugie olimpijskie złoto. Paszport do chwały, bilet wstępu do historii, kod dostępu do światowego panteonu. Stok Tofane to teatr marzeń – zachwycał się dziennikarz drugiej z wymienionych wyżej gazet.
Wielkie rywalki padły na kolana. Polka nie mogła przestać chwalić
Ten podziw nie ograniczał się ani tylko do Włochów, ani do tzw. zwykłych śmiertelników. Wśród alpejczyków nie brakuje historii osób, które zasłużyły na miano wielkich twardzieli i walczaków. W kobiecej stawce wymienić można choćby dwie zawodniczki, o których było głośno wcześniej podczas obecnych igrzysk - Amerykankę Lindsey Vonn i Włoszkę Sofię Goggię. Ale wyczyn Brignone powalił na kolana wszystkich. A niektórych choćby dosłownie. Szwedka Sara Hector i Norweżka Thea Louise Stjernesund, które zajęły w niedzielnym gigancie ex aequo drugie miejsce, same z siebie od razu padły przed 35-latką i zaczęły oddawać jej pokłony.


Zachwytu nie kryły także utytułowana Amerykanka Mikaela Shiffrin i Maryna Gąsienica-Daniel. Polka w rozmowie z Łukaszem Jachimiakiem sprzed igrzysk wskazała Włoszkę, która - mimo dojrzałego jak na alpejkę wieku - w poprzedni sezonie brylowała stale w gigancie, jako swoją inspirację. Po olimpijskich zawodach w tej konkurencji zaś nie mogła się nachwalić Brignone, która w pierwszym przejeździe startowała tuż po niej.
- Federica jest niesamowita, ma niesamowity charakter. Jest bardzo waleczną kobietą, silną mentalnie i fizycznie. Uważam, iż potrafi pokonać wszystkie trudności, które pojawiają się na jej drodze. Uwielbiam ją oglądać. Patrzenie na to, jak jeździ, jak się zachowuje i jak podchodzi do tego sportu, daje mi dużo pozytywnej energii. Może być przykładem dla wszystkich zawodnika - podsumowała Gąsienica-Daniel w wywiadzie dla Eurosportu, który przeprowadziła z nią Justyna Kowalczyk-Tekieli.



Sama Brignone opowiadała potem, jak ważne w drodze do jej wielkiego wyczynu było skupienie. Chęć osiągnięcia dobrego wyniku w trwającym nieco ponad minutę przejeździe porównała do piłki meczowej w Wimbledonie, słynnym turnieju tenisowym.
- Byłam kiedyś na ATP Finals i brakowało mi ciszy. Ciągle ktoś gadał, gdy zawodnik serwował. Pytałam wtedy samą siebie: "Jak oni mogą nie rozumieć, jak bardzo w takim momencie potrzebna jest koncentracja?" - opowiadała w poniedziałek alpejka.
I doceniała, iż podczas igrzysk cały ośrodek narciarski w Cortinie był dostępny wyłącznie dla osób pracujących przy igrzyskach. Dzięki temu właśnie łatwiej było się jej skupić.
- Nasz sport jest niebezpieczny, trudny. Bo wystarczy jeden błąd i można zapomnieć o złocie. Ale to nie wszystko - czasami źle wykonasz skręt i skończysz z 10 miesiącami rehabilitacji albo choćby latami - podsumowała gorzko zwyciężczyni 37 zawodów PŚ.



Brignone nie chce widzieć filmu z feralnego wypadku. Bez wahania oddałaby dwa złote medale
Nie ma wątpliwości - feralna kontuzja wciąż mocno odciska piętno na gwieździe narciarstwa alpejskiego. Ta po zdobyciu drugiego złota zaznaczyła, iż ma nadzieję, iż nikt już nie umieszcza w sieci zdjęć i filmów z jej wypadku. Po triumfie w supergigancie była bowiem oznaczana w ogromnej liczbie tego typu postów.
- Nigdy nie widziałam filmu z mojego wypadku i nie chcę go widzieć. Bo jedyne, co sama podczas niego widziałam, to noga wykręcona w drugą stronę. Może któregoś dnia to obejrzę albo pokażę wam pierwszą tomografię komputerową po urazie – zaznaczyła Brignone na niedawnym spotkaniu z dziennikarzami.
W środę obędzie się olimpijski slalom, ale bez udziału sportowej bohaterki Włochów. W najbliższych dniach ma ona przejść badania, po których zdecyduje, czy będzie kontynuować rywalizację w tym sezonie. Taki jest jej cel, ale nie zamierza tego robić, jeżeli niezbędnym warunkiem będzie dalsze zażywanie leków. Czeka ją jeszcze obowiązkowo kolejna operacja, podczas której wyjęte zostaną z nogi metalowe elementy umieszczone po wypadku. Na razie jednak jeszcze na to za wcześnie.
Mogłoby się wydawać, iż podwójne mistrzostwo olimpijskie z Cortiny mocno osłodziło Brignone skutki feralnego urazu, z którymi mierzyła się przed ostatnie 10 miesięcy i które być może będą towarzyszyć jej do końca życia. Ale 35-latka nie pozostawia żadnych wątpliwości co do wyboru scenariusza, gdyby taki wybór miała.



- Oddałabym moje dwa medale, by cofnąć się w czasie i nie mieć tej kontuzji. Jestem co do tego pewna. Ale jestem tutaj, to się wydarzyło oraz nauczyło mnie czegoś nowego i muszę to zaakceptować - podsumowała duma Włochów.
Idź do oryginalnego materiału