Polska - Austria 3:1. Tak brzmi wynik olimpijskiej rywalizacji obu potęg światowych skoków na igrzyskach Mediolan/Cortina d'Ampezzo 2026. Pierwsza z tych potęg przeżywa ostatnio trudne lata, jest pogrążona w kryzysie, a ta druga jest absolutnym dominatorem dyscypliny. To nie sen, to nie kłamstwo - na igrzyskach ich starcie naprawdę skończyło się wynikiem 3:1 dla Polski.
REKLAMA
Zobacz wideo Dawid Kubacki patrzył i nie dowierzał! "To nie byłoby fair play"
Austriacy mieli o 100 podiów więcej. Ale to my mamy trzy medale, a oni jeden
My mamy dwa srebra i brąz, oni mają jedno złoto. Triumf z duetów, w których skończyliśmy ten szalony konkurs za nimi, jest cenny, ale powiedzieć, iż Austriacy nie są usatysfakcjonowani swoim dorobkiem, to jakby nie powiedzieć nic. W końcu to oni w ostatnich trzech sezonach stawali na podium Pucharu Świata aż 104 razy! I to przełożyło się na tylko jeden medal na imprezie czterolecia. U nas trzy olimpijskie krążki pojawiły się po zaledwie czterech miejscach na podium w tym samym okresie. Przepaść i paradoks.
Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: czy po igrzyskach świat skoków jest pod większym wrażeniem efektów pracy Macieja Maciusiaka czy pracy Austriaka Andreasa Widhoelzla?
Jeszcze dwa tygodnie temu absolutnie wszyscy powiedzielibyśmy, iż coś takiego to absolutna fikcja, totalna przesada. Jeszcze dwa tygodnie temu użytkownicy mediów społecznościowych ścigali się na prześmiewcze i nienawistne komentarze wobec Maciusiaka. Trener dostawał też niesamowicie obelżywe wiadomości prywatne - w trakcie igrzysk nam je pokazywał. Tam, gdzie dziś ludzie piszą "Panie trenerze, przepraszam"/"Przepraszam trenera Maciusiaka", zaledwie kilkanaście dni temu trudno było się przebić przez przekonanie, iż wszystko w sprawie Maciusiaka, Małysza i polskich skoków jest beznadziejne, zepsute, przegrane. Z mediów społecznościowych wręcz wylewały się stwierdzenia:
iż Adam Małysz kompletnie nie zna się na skokach, iż mu nie zależy, iż je zaorał, iż oddał kadrę kumplowi, mając w poważaniu czy kumpel ma kompetencje
iż Maciej Maciusiak to nieudacznik. I złodziej. Bo swoich skoczków nie umie poprowadzić do dobrych wyników i tylko podpina się pod dobre występy Kacpra Tomasiaka, który jest przecież z kadry B, a nie z jego kadry A
Nie przepraszamy i punktujemy trenera Polaków. Ale wcale nie tak jak myślicie
Cóż, ludzie chyba mają za co przepraszać. A my nie musimy. My nie przepraszamy. Ani Maciusiaka, ani Małysza.
W porządku, coś Wam, naszym Czytelnikom, zdradzimy. Maciej Maciusiak niedawno się na nas wkurzył. Poszło o zamknięty trening w Zakopanem miesiąc temu. Wiemy, iż przeczytał nasz tekst i miał nam za złe, iż nie podoba nam się jego decyzja. Napisaliśmy wtedy tak:
"Trener Maciusiak czuje ciężar sytuacji. Igrzyska tuż, tuż, został mniej niż miesiąc. A forma jego zawodników jest daleka od olimpijskiej […] Trener ma prawo być zaniepokojony, zmęczony, a choćby zniechęcony czy przybity. Absolutnie może chcieć odetchnąć. Ale czy na pewno dobrze wybiera moment na złapanie tego oddechu?".
Dziś już wiadomo, iż adekwatnie absolutnie wszystko, co Maciusiak zrobił przez miesiąc od Zakopanego do igrzysk, zrobił dobrze. Że perfekcyjnie wykorzystał ostatni okres przygotowań do olimpijskiej misji.
Wypunktujmy to sobie:
Pawłowi Wąskowi dał kredyt zaufania i możliwość spokojnych przygotowań. Popracował z nim w Zakopanem tak dobrze, iż lider kadry z ubiegłego sezonu zdołał z poziomu skoczka z czwartej dziesiątki Pucharu Świata zrobić przeskok o około 20 miejsc. I w efekcie na igrzyskach razem z Tomasiakiem wywalczył wicemistrzostwo olimpijskie w duetach
z Tomasiakiem tak doszlifował formę, iż Kacper ma dziś trzy medale olimpijskie. Ze swoich debiutanckich igrzysk! Tak, Tomasiak jeszcze latem pracował z innymi trenerami, nie z Maciusiakiem. Ale w okresie to szef kadry A jest szefem genialnego nastolatka. To Maciusiak ma go na co dzień, daje mu wskazówki, analizuje z nim skoki, doradza, podpowiada, otacza opieką
I planuje. A Maciusiak zaplanował wszystko tak, iż Tomasiak może i miał ochotę sobie polatać na niedawnych mistrzostwach świata w lotach w Oberstdorfie, ale je odpuścił. Bo Maciusiak jako szef sztabu ocenił, iż debiut na skoczni mamuciej tuż przed igrzyskami to nie jest dobry pomysł dla 19-latka. Że takie wrażenia lepiej zostawić na później
300 procent normy
Pamiętamy, jak przed igrzyskami Pekin 2022 Dawid Kubacki miał przymusową przerwę przez covid? Wycofywać się ze skakania nie chciał. Trenerzy – Michal Doleżal i Grzegorz Sobczyk – też uważali, iż nie ma sensu wycofywać go z Pucharów Świata, mimo iż postulował to prezes Małysz. To samo dotyczyło Kamila Stocha. On również miał wtedy przymusową przerwę. Przez kontuzję kostki. Efekty były takie, iż Kubacki z 37. miejsca w Pucharze Świata doskoczył do brązowego medalu. A Stoch po fatalnym Turnieju Czterech Skoczni (był 41. w Obderstdorfie, 47. w Garmisch-Partenkirchen, został wyeliminowany w Innsbrucku i wreszcie wycofany) odbudował się na tyle, iż na igrzyskach był czwarty i szósty.
Tajemnicą poliszynela jest, iż Maciusiak będący wówczas asystentem Doleżala umocowanym w strukturach na równi z Sobczykiem, z tą dwójką się nie zgadzał. Że on miał pomysł taki sam, jak Małysz. Teraz jako główny szkoleniowiec Maciusiak swój pomysł z odpuszczeniem rywalizacji przed igrzyskami zrealizował. I był za to krytykowany.
Maciusiak był za wszystko wręcz równany z ziemią, besztany, a nie tylko krytykowany. Gdy nie było jasne, kogo poza Tomasiakiem i Stochem powoła do olimpijskiej kadry, powszechnie oczekiwano, iż wybierze Kubackiego, żeby mieć chociaż jednego skoczka z kadry A (Stoch pracuje ze swoim własnym sztabem). I dowodzono, iż najlepszym wyborem byłby Maciej Kot. Z kadry B. Gdy postawił na Wąska, uznawano, iż co prawda trochę inaczej niż myślano, ale zrealizował swój główny cel. Że chodzi mu tylko o wewnątrzkadrowe rozgrywki. I iż w sumie to, kto by na te igrzyska nie pojechał, i tak przecież nie wyskoczy ponad szarzyznę, jaką cała kadra Maciusiaka prezentowała od początku sezonu.
Tak, Maciusiakowi nie udała się pierwsza część zimy. To były naprawdę słabe tygodnie. Ale on do końca mówił, iż na igrzyska kadra jedzie po medale, a co najmniej po jeden medal. Miał plan, trzymał się go i go zrealizował. W sumie choćby w 300 procentach normy, o której mówił. Choć to przez cały czas brzmi surrealistycznie, dziś zapisujemy to już długopisem, a nie ołówkiem jak przy jego przedsezonowych planach.
Ależ to się ładnie zestarzało
- Chcemy przywieźć z tych igrzysk przynajmniej jeden medal – mówił Maciusiak w obszernej rozmowie ze Sport.pl na starcie sezonu.
I w szczegółach tłumaczył, na czym opiera swój optymizm. My wtedy, w listopadzie, w ten medal nie wierzyliśmy. Przecież byliśmy po dwóch zimach, przez które w sumie na ponad 60 konkursów dwa razy do podium doskoczył nam Aleksander Zniszczoł, a raz Paweł Wąsek. Dziennikarzom i kibicom trudno było widzieć coś, na czym można byłoby budować przedolimpijski optymizm. Ale Maciusiak wiedział, co zbudował od wiosny do zimy, gdy został szefem tego ambitnego projektu.
A co zbudował? - Nie jestem w tym wszystkim sam. Po pierwsze jest potencjał w zawodnikach, a do tego dookoła jest dużo ludzi, których nie widać, a robią znakomitą robotę. To nie są przypadkowe osoby. Jestem szefem tego zamieszania, ale dużo optymizmu daje mi, iż mam koło siebie wsparcie, bo w dzisiejszym sporcie, na tak wysokim szczeblu, nie da się niczego zrobić w pojedynkę. Zdaję sobie sprawę z tego, iż są oczekiwania i ze związku, i kibiców, i ministerstwa, no wszystkich. Bo powiedzmy sobie szczerze: jak nie teraz, to kiedy? – mówił nam trener.
I opowiadał o tym, jak:
swojego sąsiada z Chochołowa, Roberta Mateję, namówił, żeby dołączył do kadry B. Bo świetnie zna Tomasiaka i byłoby dobrze, gdyby mu na co dzień pomagał
pod względem przygotowania motorycznego absolutnie zaufał Michałowi Wilkowi, czyli ekspertowi, który sprawdzał się już kiedyś, przed Haraldem Pernitschem przez kibiców pamiętanym pewnie bardziej za sprawą terapeutycznych sesji z osłami niż kojarzony ze sztangami i platformami dynamometrycznymi
wzmocnił ekipę o człowieka od pilnowania naszych spraw, a choćby wykłócania się o nie. Chodzi o Wojciecha Jurowicza, kierownika, który „przepisy ma w małym palcu" i którego „znają wszyscy FIS-owcy"
z miejsca ustalił z zawodnikami zasady. Powiedział im między innymi, iż niedopuszczalne są u niego takie zachowania, iż ktoś z ekipy wskakuje na podium, a reszta ma to w poważaniu. Tak się zdarzało w kadrze w poprzednich latach
Pozostając w temacie dyscyplinowania zawodników, musimy przyznać, iż trener w tamtej jesiennej rozmowie ze Sport.pl świetnie wybrnął z pewnej pułapki.
- Czy wyobraża pan sobie, iż zawodnicy idą w miasto na zawodach Pucharu Świata, a pan dzwoni do dziennikarzy, próbując potwierdzić, czy tak rzeczywiście było i co wyprawiali? – pytaliśmy, nawiązując do prawdziwych wydarzeń w kadrze prowadzonej przez Thomasa Thurnbichlera.
- Wyobrażam sobie. Po dekoracji konkursu duetów na igrzyskach olimpijskich. Ale na to będą mieli przyzwolenie. I nie musiałbym nigdzie dzwonić – odpowiedział Maciusiak.
Ładnie się zestarzało, prawda?
W tym Maciusiak się pomylił. Ale nie szkodzi: i tak miał rację
W jednym tylko trener nie miał racji, gdy prowadziliśmy tę szeroko przed chwilą omówioną rozmowę. Gdy zwierzał się ze swych przeżyć z pracy w straży pożarnej, gdy opowiadał o ratowaniu ludzi i ich dobytku, rzuciliśmy mu następujące pytanie:
- To co, teraz jest pan strażakiem polskich skoków?
- A może nie będzie tu czego gasić? – odpowiedział.
I tu się pomylił. Gorąco się bezsprzecznie zrobiło. Pożar już trawił nasze skoki. Ale w decydującym momencie Maciusiak wykazał się opanowaniem godnym doświadczonego strażaka, a nie żółtodzioba. Bo prawda o nim jest taka, iż jako trener przed objęciem kadry lata przepracował w tym zawodzie. I z każdym polskim zawodnikiem miał jakiś kontakt. Tak naprawdę dla praktycznie każdego był strażakiem, złotą rączką, naprawiał ich, przywracał do sportowego życia. Paweł Wilkowicz w "Studiu Cortina" Sport.pl bardzo trafnie nazwał to zjawisko "kliniką pana Macieja". Jego pacjentów mamy wszędzie. Bo zajmował się Kubackim, Żyłą, Kotem, Stękałą i wieloma innymi. Dlatego wszyscy chcieli mieć w nim szefa kadry, gdy rok temu żegnaliśmy się z Thomasem Thurnbichlerem. choćby jeżeli niektórzy w idiotyczny sposób argumentowali, iż najbardziej chodziło o atmosferę.
Dziś atmosfera wokół Maciusiaka przestała być gęsta. Jasne, nie zapomnieliśmy słabizny jego drużyny z Pucharu Świata. Jednak pomimo niej najedliśmy się bardziej niż do syta na najważniejszym przyjęciu całego czterolecia. Pewnie, iż nie zapominamy o przystawkach, które za nami (pierwsza część sezonu). I o deserze, na który pewnie będziemy mieli ochotę po igrzyskach (dokończenie sezonu). Nie mamy jednak wątpliwości, iż najważniejsze było danie główne. Tak naprawdę tylko o nim będziemy pamiętać po całym posiłku, po całej tej zimie.
Zaczęliśmy ten tekst od stwierdzenia, iż nie przepraszamy Maciusiaka. Bo nie mamy za co. Jego niepopularnym decyzjom przyglądaliśmy się krytycznie, ale zawsze z kulturą i wiarą, iż czymś się kieruje, iż widzi w czymś sens. Skończymy ten tekst prostym stwierdzeniem: cieszymy się, iż trener miał rację. A jednocześnie nie wołamy, iż już, z miejsca, Maciusiak powinien zostać ogłoszony trenerem roku 2026 w polskim sporcie. Nominację byśmy mu dali. Na nią już zapracował. Ale poczekajmy czy teraz pójdzie za ciosem. Czy da radę pociągnąć za sobą cały ten zespół, któremu szefuje. Wierzymy w to. A to już dużo, biorąc pod uwagę, iż niedawno był pożar. Super, iż strażak z Chochołowa go ugasił. I iż teraz nie musi dalej budować na zgliszczach.

2 godzin temu


