Pięć mistrzowskich pierścieni, 18 sezonów w NBA i kilka rzutów, które na zawsze zapisały się w historii ligi. Derek Fisher ma CV, którego pozazdrościłby mu niejeden koszykarz. A jednak były rozgrywający Los Angeles Lakers doskonale zdaje sobie sprawę z tego, dlaczego jego nazwiska wciąż brakuje w Koszykarskiej Galerii Sław im. Jamesa Naismitha.
To zaskakująco trzeźwe spojrzenie na własną karierę zawodnika, który rozegrał aż 259 meczów w play-offach, odegrał kluczową rolę w triumfach jednej z najbardziej wymagających franczyz NBA i przez lata był jednym z liderów szatni.
Derek Fisher nie próbował umniejszać wartości swoich pięciu mistrzowskich pierścieni ani zrzucać własnych sukcesów na grę u boku takich gigantów jak Kobe Bryant czy Shaquille O’Neal. Wręcz przeciwnie – doskonale pamiętał, ile pracy kosztowało go dojście na szczyt. Jednocześnie potrafił oddzielić bycie istotną częścią mistrzowskiego zespołu od zbudowania indywidualnego dorobku na miarę Koszykarskiej Galerii Sław.
Pięć tytułów, ale różne historie
W dyskusjach nad dziedzictwem Fishera często pojawia się porównanie do innej legendy Los Angeles Lakers – Magica Johnsona, który również zdobył pięć mistrzowskich pierścieni. 52-latek sam odniósł się do tego zestawienia, zwracając uwagę, iż sama liczba tytułów nie mówi jeszcze wszystkiego o miejscu zawodnika w historii NBA.
| Mistrzostwa NBA | 5 | 5 |
| MVP sezonu zasadniczego | 0 | 3 |
| MVP finałów NBA | 0 | 3 |
| Wybory do All-Star Game | 0 | 12 |
Magic przez lata należał do najlepszych koszykarzy świata. Trzykrotnie zdobywał tytuł MVP sezonu zasadniczego i tyle samo razy zostawał MVP Finałów, stając się centralną postacią całej epoki NBA. Fisher funkcjonował w zupełnie innej rzeczywistości. Nie miał być twarzą zespołu – miał wykonywać swoją pracę, kiedy drużyna najbardziej tego potrzebowała. I właśnie w tej roli był wybitny.
— Zdobyłem pięć mistrzostw, ale rozumiem tę różnicę — przyznał szczerze sam zainteresowany.
Ta wypowiedź trafia w samo sedno dyskusji o kryteriach Hall of Fame. Mistrzowskie pierścienie są bezcenną częścią kariery, ale nie mogą być jej jedynym miernikiem. Gdyby decydowała wyłącznie ich liczba, sukces drużynowy przesłoniłby indywidualną klasę zawodnika, jego dominację i wpływ na całą epokę.
Człowiek od zadań niemożliwych
Sprowadzanie kariery Fishera wyłącznie do roli „szczęśliwego zbieracza pierścieni” byłoby jednak rażącą niesprawiedliwością. Lakers wybrali go z 24. numerem draftu w 1996 roku, a przez łącznie 13 sezonów w Los Angeles był ważnym elementem pięciu mistrzowskich zespołów. Trzy pierwsze tytuły zdobył z drużyną w latach 2000–2002, a po powrocie do klubu dołożył kolejne dwa w 2009 i 2010 roku.
Średnie 8,3 punktu i 3,0 asysty na mecz w okresie zasadniczym trudno uznać za statystyki na miarę Hall of Fame. Fisher miał jednak tę cechę, której nie da się wyczytać z tabeli. Im większa była stawka, tym częściej pojawiał się w najważniejszych momentach. To właśnie w play-offach jego wartość rosła najbardziej.
W 2004 roku uciszył SBC Center (obecnie Frost Bank Center), trafiając na 0,4 sekundy przed końcem piątego meczu serii z San Antonio Spurs i zapewniając Lakers zwycięstwo 74:73. Pięć lat później zrobił to ponownie – tym razem w Finałach NBA. W czwartym meczu z Orlando Magic, przy zaledwie 4,6 sekundy na zegarze, trafił za trzy i doprowadził do dogrywki. W dodatkowych pięciu minutach dorzucił kolejny istotny rzut z dystansu, a jego drużyna wygrała, obejmując prowadzenie 3–1 w serii zakończonej zdobyciem mistrzowskiego tytułu.
Najlepiej podsumował to zresztą sam Kobe Bryant, który po tamtym meczu z Orlando powiedział o swoim koledze: — Był już w takich sytuacjach. Wie, jak to się robi.
Przywództwo wykraczające poza statystyki
Fisher budował swoją markę nie tylko spektakularnymi rzutami, ale przede wszystkim charakterem i autorytetem. Phil Jackson wielokrotnie wskazywał go jako jednego z liderów zespołu, a Kobe darzył go ogromnym zaufaniem. Jego wpływy wykraczały zresztą daleko poza szatnię Lakers – przez lata pełnił funkcję prezesa związku zawodników NBA (NBPA). Dlatego nazywanie go jedynie „szczęśliwym zbieraczem pierścieni” byłoby dużym uproszczeniem. Derek nie był „pasażerem” mistrzowskich drużyn. Był zawodnikiem, któremu w najważniejszych momentach powierzano odpowiedzialne zadania.
Skoro więc ma na koncie pięć mistrzowskich pierścieni, najważniejsze rzuty, 18 sezonów w NBA i status lidera jednej z najbardziej utytułowanych drużyn ligi, dlaczego wciąż brakuje go w Galerii Sław?
Znalazło się w niej przecież wielu wybitnych zawodników, którzy nigdy nie zdobyli mistrzowskiego pierścienia – jak Charles Barkley, Karl Malone, Steve Nash czy Allen Iverson. Ich kariery broniły się jednak indywidualnymi osiągnięciami i wieloletnią obecnością w ścisłej czołówce NBA.
Z drugiej strony istnieje liczne grono wielokrotnych triumfatorów, którzy nigdy nie trafią do Galerii Sław. Mistrzostwo jest bowiem sukcesem zespołowym – jedni zawodnicy są największymi gwiazdami, zaś inni stanowią niezwykle ważne elementy układanki zbudowanej wokół liderów. Mogą zdobyć tyle samo pierścieni, ale nie oznacza to, iż ich indywidualny dorobek będzie miał taką samą wartość.
Fisher nie mieści się więc łatwo w żadnej z tych dwóch kategorii. Nie był supergwiazdą pokroju Bryanta czy Johnsona, ale z pewnością nie był też „pasażerem” korzystającym z sukcesów większych od siebie. Jego legendarne rzuty zapisały się w historii ligi, a 259 meczów w play-offach świadczy o tym, jak długo pozostawał zawodnikiem, któremu trenerzy ufali w najważniejszych momentach.
Pięć mistrzostw nie czyni z niego automatycznie zawodnika na miarę Hall of Fame. Jest jednak mocnym świadectwem tego, jak bardzo przez niemal dwie dekady cenili go trenerzy i koledzy z najlepszych zespołów NBA. Jego rola nie zawsze była widoczna w statystykach, ale z pewnością nie była przypadkowa.
Czy ten unikalny wkład wystarczy, by ostatecznie znaleźć się w Galerii Sław? Tego nie sposób dziś rozstrzygnąć. Jedno jest pewne: Fisher sam nie próbuje pisać swojej historii większymi literami, niż na to zasługuje. Pięć pierścieni traktuje jako część swojej kariery, a nie argument kończący dyskusję. I właśnie ta świadomość najlepiej pokazuje, jak trzeźwo patrzy na własne miejsce w historii NBA.

21 godzin temu












