Seria siedmiu zwycięstw z rzędu rozbudziła apetyty kibiców w Madison Square Garden, jednak czwartkowy wieczór w Charlotte przyniósł brutalne zderzenie z rzeczywistością. Porażka New York Knicks 103:114 z niżej notowanymi Hornets nie tylko przerwała pasmo sukcesów, ale stała się zapalnikiem do ostrej, publicznej krytyki wewnątrz zespołu. Środkowy ekipy z Wielkiego Jabłka, Mitchell Robinson, nie przebierał w słowach, kwestionując mentalność i profesjonalizm swojej drużyny.
Tuż po zakończeniu spotkania w Spectrum Center, Mitchell Robinson, gracz z najdłuższym stażem w zespole, zdecydował się na niezwykle szczery wpis w mediach społecznościowych. Jego słowa odbiły się szerokim echem w całym koszykarskim świecie, obnażając frustrację, która narastała pod płaszczem ostatnich zwycięstw New York Knicks.
– To i tak nie ma znaczenia, jeżeli nie zmienimy naszego podejścia. Niczego specjalnego nie osiągniemy, jeżeli będziemy dalej odwalać taką manianę, wliczając w to mnie samego – napisał (używając dosadniejszych słów) podkoszowy na Instagramie, ewidentnie podkreślając powagę sytuacji. Ta bezlitosna samoocena zdaje się sugerować, iż problem nie leży w braku talentu, ale raczej w deficycie odpowiedniej koncentracji i zaangażowania, niezbędnych do walki o najwyższe cele.
Mitchell Robinson calls out the New York Knicks, himself included, on Instagram:
“Don’t matter unless we change our approach we ain’t doing sh*t special keep that bullsh*t up myself included” pic.twitter.com/M2UxYrjBip
Mecz z Charlotte Hornets (bilans 39-34) od początku nie układał się po myśli Nowojorczyków. Choć Jalen Brunson dwoił się i troił, zdobywając 26 punktów i notując 13 asyst, Knicks nie potrafili dotrzymać kroku dynamicznie grającym gospodarzom. Szczególnie dotkliwa była porażka w walce pod koszami. Zespół, który tradycyjnie buduje swoją tożsamość na fizyczności i dominacji w zbiórkach, został w tym aspekcie całkowicie zdominowany.
Podopieczni Mike’a Browna kompletnie przegrali walkę na tablicach. Tylko 24 zebrane piłki – najgorszy wynik od 13 lat – przy aż 19 więcej po stronie rywali mówi wszystko. choćby Karl-Anthony Towns nie był w stanie pomóc – skończył mecz z dorobkiem zaledwie trzech zbiórek, co w dużej mierze zadecydowało o tym, iż trener posadził go na ławce w decydującym fragmencie czwartej kwarty.
Dla uważnych obserwatorów słowa Robinsona nie były zaskoczeniem. Już niespełna tydzień wcześniej, po wymęczonym zwycięstwie nad Brooklyn Nets, środkowy ostrzegał przed zbytnią pewnością siebie w meczach rozgrywanych z drużynami o słabszym bilansie. Jak wówczas powiedział: – Nie możemy po prostu patrzeć na ich bilans i z góry zakładać, iż są do bani i z łatwością skopiemy im tyłki. Musimy być lepsi jako całość.
Mitchell Robinson talks about the Knicks falling behind to the Nets early tonight:
"They brought the fight to us. They came out, they wanted to prove a point, obviously. Our approach got to be better. Can't just look at their record and just say 'alright, we're going to whoop… pic.twitter.com/kHTuUDKQoF
Niestety, scenariusz z meczu z lokalnym rywalem powtórzył się w Charlotte, ale tym razem z gorszym skutkiem. Hornets, napędzani przez debiutanta Kona Knueppela (26 punktów) oraz LaMelo Balla (22 punkty), obnażyli każdą słabość w defensywie Knicks, która jeszcze niedawno była oceniana jako jedna z najlepszych w lidze.
Już po zakończeniu spotkania głos zdecydował się zabrać również legendarny Walt Frazier, który komentował to spotkanie. Dwukrotny mistrz NBA zwrócił uwagę na uderzający kontrast między dzisiejszym „braterstwem” zawodników a bezwzględną rywalizacją sprzed lat, kiedy to na przykład trener Pat Riley zabraniał swoim graczom choćby pomagania rywalom w podniesieniu się z parkietu.
Clyde: "See folks when I played we never did this…it was like hey naw we not doing that"
Breen: "Those days are long gone. There's hugs abound"
Clyde: "Remember Riley tried…he didn't want his guys helping guys up and doing that fraternizing These guys are different today" pic.twitter.com/2yFdxd1lz3
– Widzicie, ludzie, kiedy ja grałem, czegoś takiego nie robiliśmy. Ci zawodnicy wychowani w AAU dorastali razem. Ale za naszych czasów podejście było raczej na zasadzie: „Hej, nie, czegoś takiego nie robimy.” – zauważył 80-latek, komentując uściski i przyjacielskie pogawędki zawodników obu drużyn tuż po końcowej syrenie. Choć dla wielu to tylko znak czasu, dla 27-letniego środkowego ta „wymiana uprzejmości”, na którą zwrócił uwagę Frazier, może być kolejnym objawem braku odpowiedniego, mistrzowskiego instynktu.
Na tę chwilę sytuacja w Nowym Jorku (bilans 48-26) wciąż jest stabilna – zespół zajmuje trzecie miejsce w Konferencji Wschodniej – jednak nie da się ukryć, iż margines błędu drastycznie się kurczy. Zbliżające się spotkania wymagają od drużyny nie tylko taktycznej biegłości, ale przede wszystkim zmiany mentalnej, o którą apeluje Robinson. jeżeli Knicks chcą być kimś „wyjątkowym”, jak mówi Robinson, muszą udowodnić to teraz — bo w play-offach na takie lekcje będzie już za późno.

17 godzin temu














