NBA zatwierdziła jedną z najważniejszych zmian w systemie draftu od lat. Od 2027 roku zacznie obowiązywać nowa loteria 3-2-1, której głównym celem jest ograniczenie tankowania, czyli celowego przegrywania meczów po to, by zwiększyć szanse na wysoki wybór w drafcie. Intencja jest słuszna. Liga chce, żeby przegrywanie przestało się opłacać. Problem w tym, iż nowy system może uderzyć nie tylko w drużyny cynicznie rozbijające skład i odpuszczające sezon, ale również w te, które naprawdę są po prostu słabe. To największy dylemat całej reformy. NBA próbuje naprawić realny problem, ale robi to narzędziem, które może stworzyć kilka nowych.
Jak działa nowa loteria 3-2-1?
Nazwa systemu bierze się od liczby piłeczek przyznawanych drużynom biorącym udział w losowaniu. Im więcej piłeczek, tym większa szansa na wysoki wybór.
Pierwsza zmiana: loteria zostanie rozszerzona z 14 do 16 drużyn. Do tej pory obejmowała zespoły, które nie awansowały do play-offów. Teraz wezmą w niej udział również drużyny, które odpadną w turnieju play-in.
Nowy podział wygląda tak:
- Trzy najgorsze drużyny sezonu zasadniczego dostaną po dwie piłeczki. To najważniejszy element reformy, określany jako „draft relegation”, czyli degradacja draftowa. Najsłabsze zespoły nie będą już miały największych szans na pierwszy numer.
- Siedem pozostałych drużyn, które nie zakwalifikowały się do play-in dostanie po trzy piłeczki. To właśnie ta grupa będzie miała największe szanse na wylosowanie pierwszego wyboru.
- Drużyny z 9. i 10. miejsca w każdej konferencji dostaną po dwie piłeczki. To cztery zespoły, które startują w play-in od meczu 9 vs 10.
- !!! Oprócz tego przegrani pierwszych meczów play-in 7 vs 8 dostaną po jednej piłeczce. To jest najdziwniejszy, najciekawszy element reformy: taka drużyna może potem wygrać drugi mecz play-in i awansować do play-offów jako nr 8, a mimo to zachować udział w loterii.
- Łącznie daje to 16 drużyn i 37 piłeczek/kulek. Jedna kulka oznacza ok. 2,7% szans na pierwszy wybór, dwie kulki ok. 5,4%, a trzy kulki ok. 8,1%.
Największa, najważniejsza zmiana jest taka, iż najgorszy bilans w okresie zasadniczym nie będzie dawał największych szans na wylosowanie jedynki.
Procenty najlepiej pokazują skalę zmiany
Najłatwiej zrozumieć reformę, gdy porówna się procenty. W systemie obowiązującym od 2019 roku trzy najgorsze drużyny miały po 14% szans na wylosowanie pierwszego numeru draftu. W nowej loterii 3-2-1 ich szanse spadną do 5,4%, bo dostaną tylko po dwie piłeczki z 37.
Największe szanse na numer 1 będą miały nie najgorsze zespoły, ale drużyny z miejsc 4–10 od końca ligi. Dostaną po trzy kulki, czyli 8,1%.
To jest bardzo duża zmiana. NBA najpierw w 2019 roku spłaszczyła szanse na szczycie loterii, odbierając najgorszej drużynie dawną przewagę 25% i dała trzem najsłabszym po 14%. Teraz idzie jeszcze dalej i najgorszy bilans nie tylko nie daje największych szans na numer 1, ale wręcz spycha zespół do niższego koszyka.
| System sprzed reformy 2019 | Najgorsza drużyna | 25,0% | Nr 4 |
| System 2019–2026 | Trzy najgorsze drużyny | 14,0% | Nr 5 |
| Nowy system 3-2-1 od 2027 | Drużyny z miejsc 4–10 od końca | 5,4% dla najgorszej drużyny | Nr 12 dla drużyn objętych degradacją draftową |
Jeszcze mocniej widać to w porównaniu z drużynami z środka loterii:
| Drużyny z miejsc 4–10 od końca | 3 | 8,1% |
| Trzy najgorsze drużyny | 2 | 5,4% |
| Drużyny z miejsc 9–10 w play-in | 2 | 5,4% |
| Przegrani meczów play-in 7 vs 8 | 1 | 2,7% |
Oznacza to, iż NBA zabiera premię najsłabszym zespołom i przesuwa ją na drużyny słabe, ale nie najgorsze. Liga chce, by klubom bardziej opłacało się walczyć o zwycięstwa niż celowo przegrywać. To rzeczywiście może sprawić, iż choćby te najsłabsze drużyny pod koniec sezonu będą walczyć do końca rozgrywek, aby nie zająć trzech ostatnich miejsc.
Dlaczego NBA musiała to zmienić?
Sens reformy jest prosty: liga nie chce, żeby drużynom opłacało się przegrywać wszystko. Większość drużyn zaczyna sezon pełna optymizmu, ale gwałtownie okazuje się kto będzie w dole tabeli. Wtedy wiele drużyn uznaje, iż warto odpuścić i zwiększyć swoje szanse na wysoki numer w drafcie. Oczywiście są niestety tacy, którzy przed sezonem nie mówią tego wprost, ale wszyscy wiedzą, iż planują tankowanie.
W ostatnich latach ostatnie tygodnie sezonu zasadniczego wyglądało bardzo źle. Kluby, które nie miały już szans na play-offy, zaczynała grać składami „dalekimi od optymalnych”. Pojawiały się podejrzane absencje, dziwne rotacje, nagłe odpoczywanie zdrowych zawodników.
Dla NBA to problem nie tylko sportowy, ale też biznesowy. Liga sprzedaje produkt globalny. Kibice płacą za bilety, telewizje pokazują mecze, sponsorzy inwestują pieniądze, a zawodnicy teoretycznie rywalizują na najwyższym poziomie. jeżeli w marcu i kwietniu część drużyn bardziej walczy o porażkę niż o zwycięstwo, produkt traci wiarygodność.
W ostatnich latach NBA mogła karać kluby za najbardziej rażące przypadki. Problem polegał na tym, iż bardzo trudno udowodnić intencję. Klub zawsze może powiedzieć, iż rozwija młodych, chroni zdrowie liderów, testuje skład albo podejmuje decyzje medyczne. Dlatego liga doszła do wniosku, iż same grzywny i dochodzenia nie wystarczą. Trzeba zmienić system.
Nowa loteria jest właśnie takim ruchem. NBA mówi nam, iż nie będziemy już nagradzać drużyn za kompletne odpuszczenie sezonu i w tym sensie trzeba podkreślić, iż kierunek tych zmian jest dobry i słuszny. Każde ograniczenie sytuacji, w których przegrywanie jest strategią jest dobre. Jest jednak druga strona tych zmian.
Największa kontrowersja nie dotyczy tylko szans na wylosowanie pierwszego numeru. Dotyczy także tego, jak nisko może spaść drużyna, która jest naprawdę słaba.
W systemie sprzed 2019 roku najgorsza drużyna NBA miała najwyższe szanse na numer 1, ale choćby przy pechu nie mogła spaść niżej niż na 4. pick. Po reformie 2019 jej szanse na numer 1 spadły z 25% do 14%, ale najgorszy możliwy scenariusz pogorszył się z picku nr 4 do picku nr 5.
Nowy system idzie znacznie dalej bo nie daje najsłabszym żadnych gwarancji. Trzy najgorsze drużyny mają co prawda zabezpieczenie, ale dopiero na poziomie 12. wyboru. To oznacza, iż klub z fatalnym bilansem może nie tylko nie dostać numeru 1, 2 czy 3, ale wypaść daleko poza ścisłą czołówkę draftu.
To jest decyzja, która wzbudza największe kontrowersje. Nie chodzi wyłącznie o to, iż najgorsze drużyny „tracą procenty”. Chodzi o to, iż tracą także względne bezpieczeństwo. Wcześniej najgorszy zespół miał gwarancję wyboru w TOP 5. Teraz drużyny z samego dna mogą skończyć znacznie niżej.
Z punktu widzenia walki z tankowaniem to logiczne. Z punktu widzenia drużyn naprawdę słabych może być bardzo ryzykowne.
Nie każda słaba drużyna tankuje?
Największa słabość nowego systemu polega na tym, iż nie rozróżnia intencji. Jedni celowo rozbijają skład, oddają gwiazdy, sadzają na ławce zdrowych zawodników i przegrywają, żeby mieć szansę na wysoki wybór w drafcie. Są jednak też zespoły, które są po prostu źle zbudowane, najważniejsi zawodnicy mają kontuzje lub właśnie rozpoczynają przebudowę.
Teraz nowe zasady loterii traktują te dwa przypadki bardzo podobnie.
To szczególnie ważne w NBA, gdzie draft dla wielu klubów jest jedyną realistyczną drogą do pozyskania zawodnika z potencjałem na gwiazdę. Szczególnie, jeżeli mówimy o zespołach z mniejszych miast, z tak zwanych mniejszych rynków. Nie każdy klub może liczyć na to, iż gwiazda czy bardzo dobry zawodnik wchodzący na rynek wolnych agentów wybierze właśnie ich. Duże rynki i atrakcyjne miasta oraz miasta w stanach, gdzie są niższe podatki, przez cały czas mają przewagę nad resztą.
Dla takich drużyn jak Jazz, Hornets, Blazers, Pacers, Grizzlies czy wielu innych z mniejszych rynków draft często jest jedyną szansą na przebudowę i odbudowę.
Dlatego nowy system może okazać się pułapką. jeżeli naprawdę słaba drużyna wygra tylko kilkanaście meczów, a potem przez nowy system wypadnie poza ścisły top draftu, może stracić najlepszą szansę na zawodnika, który odmieni jej przyszłość i pozostać w dole tabeli przez kolejne lata.
Play-in staje się jeszcze ważniejszy
Najlepszą częścią reformy jest wzmocnienie znaczenia play-in i środka tabeli.
Do tej pory drużyny z 9. czy 10. miejsca często znajdowały się w niewygodnym położeniu. Były za słabe, by realnie walczyć o mistrzostwo, ale za dobre, by mieć wysokie szanse w loterii. To się nazywa klasycznym „piekłem przeciętności”.
Nowe zasady częściowo to zmieniają. Drużyny z 9. i 10. miejsca w konferencjach dostaną po dwie piłeczki w loterii, czyli tyle samo co trzy najgorsze zespoły ligi. Oprócz tego przegrani meczów play-in 7 vs 8 dostaną po jednej kulce.
To oznacza, iż drużyna, która do końca walczy o play-offy, nie zostanie automatycznie ukarana przez zasady draftu. Może grać o zwycięstwa, walczyć o play-in, próbować awansować, a jeżeli się nie uda, to przez cały czas mieć szansę na szczęście w loterii.
To dobry kierunek, bo NBA od lat próbuje zwiększyć wartość sezonu zasadniczego i sprawić, iż wszyscy grają do końca. Play-in był pierwszym dużym krokiem, który zaangażował kolejne zespoły w walkę. Nowe zasady loterii są następnym. Wszystko po to, aby więcej drużyn miało powód, by walczyć o jak najlepsze miejsce jeszcze dłużej.
Pamiętajmy też, iż nikt nie będzie chciał zająć ostatnich trzech miejsc. Możemy więc mieć pewność, iż zespoły z dołu tabeli będą walczyć do końca. choćby jak nie będą miały szans na play-offy i play-in, to będą chciały wygrywać, aby nie mieć trzech najgorszych bilansów w całej NBA, bo to zmniejszy ich szanse w loterii.
Koniec z numerem 1 rok po roku
Nowe zasady wprowadzają też ograniczenia dla drużyn, które miały ogromne szczęście i rok po roku wybierały bardzo wysoko.
Od teraz żaden zespół nie będzie mógł otrzymać pierwszego wyboru w dwóch kolejnych draftach. Żaden zespół nie będzie też mógł dostać wyboru w TOP 5 w trzech kolejnych latach. Co istotne, ograniczenia mają być liczone z uwzględnieniem wcześniejszych draftów, a nie od teraz.
Jeśli drużyna objęta takim ograniczeniem zostanie wylosowana za wysoko, ma zostać przesunięta na pierwsze dozwolone miejsce.
To przepis wymierzony w długie, kilkuletnie przebudowy oparte na regularnym wybieraniu w ścisłej czołówce draftu. NBA nie chce, aby klub przez kilka sezonów z rzędu mógł wybierać wysoko, chce dać szansę innym klubom.
Wychodzi na to, iż San Antonio Spurs są ostatnim zespołem, który miał to szczęście i po wybraniu Wembanyamy z pierwszym numerem, potem z czwartym wybrali Stephena Castle, a następnie z dwójką Dylana Harpera. Taka sytuacja się już nie powtórzy. Nie w najbliższych latach.
Druga runda też się zmienia
Mniej medialna, ale interesująca zmiana dotyczy drugiej rundy draftu. Pierwsze 16 wyborów drugiej rundy będzie ustawione odwrotnie względem kolejności z pierwszej rundy.
Czyli jeżeli drużyna wygra loterię i wybierze z numerem 1, to nie dostanie automatycznie najlepszego możliwego wyboru na początku drugiej rundy. NBA chce w ten sposób częściowo zrównoważyć szczęście z pierwszej rundy.
Nie jest to zmiana o takiej wadze jak nowa loteria, ale dobrze pokazuje filozofię reformy. NBA próbuje ograniczyć sytuacje, w których jeden słaby sezon albo jedno szczęśliwe losowanie daje zbyt dużą nagrodę.
NBA ogranicza też możliwość zabezpieczania wyborów w wymianach. Drużyny nie będą mogły chronić transferowanych picków w zakresie 12-15. Brzmi bardzo technicznie, ale ma sens. Skoro loteria obejmie aż 16 drużyn, to wybory w okolicach 12–15 mogą stać się szczególnie wrażliwe. Bez takiego przepisu kluby mogłyby kalkulować nie tylko walkę o numer 1, ale też dokładną pozycję, która pozwoli zatrzymać albo oddać pick w konkretnej wymianie. NBA próbuje zamknąć tę furtkę, zanim stanie się kolejnym sposobem manipulowania sezonem.
Kto zyskuje najwięcej?
Najwięcej mogą zyskać drużyny, które już mają mocny fundament i dużo przyszłych wyborów w drafcie. W nowym systemie rośnie wartość picków drużyn ze środka i końcówki loterii, bo choćby wybór pozornie przeciętnego zespołu może nagle mocno awansować. Skoro losowana będzie cała pierwsza szesnastka, większe znaczenie zyskuje każda szansa w loterii.
Kto może stracić?
Największe ryzyko ponoszą drużyny naprawdę słabe, zwłaszcza te z mniejszych miast. Dla nich draft był dotąd najbardziej przewidywalną drogą do odbudowy. Nie idealną, ale logiczną, naturalną. Bardzo słaby sezon zwiększał szanse na bardzo wysoki wybór i gwarantował, iż najgorsza drużyna nie spadnie niżej niż na 5. miejsce.
Teraz ta zależność zostaje osłabiona. Słaby sezon nie daje już największych szans na numer 1, a zabezpieczenie dla najgorszych drużyn przesuwa się dużo niżej.
To główny argument przeciw tej reformie. NBA walczy z tankowaniem, ale przy okazji osłabia mechanizm pomocy najsłabszym. A przecież pierwotny sens draftu był właśnie taki, żeby słabsi dostawali większą szansę na poprawę.
W nowym systemie może dojść do sytuacji, w której drużyna która jest naprawdę słaba nie dostaje realnej szansy na pozyskanie najlepszych zawodników z draftu. Z drugiej strony jednak takiej sytuacji nigdy nie było i zawsze można powiedzieć takim zespołom, iż wiele wielkich gwiazd NBA nie była wybranych w pierwszej piątce czy choćby dziesiątce draftu, więc niech skupią się na lepszym skautingu, a nie liczą tylko, iż wysoki numer draftu załatwi sprawę za nich.
Czy tankowanie naprawdę zniknie?
Raczej zmieni formę, bo ograniczona została najprostsza metoda, czyli „im więcej przegramy, tym mamy większe szanse na wysoki numer”.
Nowe zasady powinny ograniczyć najbardziej skrajne, ordynarne wręcz sposoby tankowania. Bycie najgorszą drużyną w NBA nie będzie już tak korzystne jak wcześniej. To może poprawić jakość końcówki sezonu.
Pamiętajmy jednak, iż kluby NBA są sprytne i na pewno niektórzy znajdą sposób na to, żeby mieć te trzy „kuleczki„, a nie dwie.
Poprzedni system był zły, bo nagradzał drużyny, które przegrywały z premedytacją i zbyt często koniec sezonu wyglądał bardzo źle, a niektóre zespoły prześcigały się na to, kto przegra więcej meczów z rzędu.
NBA musiała zareagować. Jednocześnie system 3-2-1 jest mocno losowy i potencjalnie niesprawiedliwy dla klubów, które naprawdę są słabsze od innych. Na pewno loteria będzie ciekawsza dla kibiców, ale niekoniecznie bardziej sprawiedliwa dla wszystkich klubów.
Bezpieczniki
Nie martwy się jednak na zapas, iż ktoś będzie słaby i co roku będzie losował odległe numery. To by oznaczało, iż ciągle inni losują wysokie, a przecież przepis o braku możliwości wylosowania pierwszego numeru rok po roku oraz byciu w TOP5 trzy lata z rzędu ma właśnie temu zapobiec.
Poza tym nie oszukujmy się. Przepisy NBA są w tej chwili bardzo restrykcyjne jeżeli chodzi o limity płac i dlatego Oklahoma City Thunder mimo dobrego składu i wielu przyszłych wyborów w drafcie będzie musiała przebudować swój obecny skład. Podobnie San Antonio Spurs będą musieli zrobić za dwa lata.
Oprócz tego słabsze kluby będą miały przestrzeń w Salary Cap i będą mogły zaproponować lepsze umowy zawodnikom, których zespoły będą musiały się pozbyć ze względu na posiadanie wielu dobrych zawodników. Nie martwy się więc na zapas.
Draft zmienia się także od strony zawodników
To jest bardzo interesujący i istotny wątek, o którym mówi się zdecydowanie za mało, bo ma wpływ nie tylko na sam draft, ale też na budowanie składów przez drużyny NBA.
Część zawodników wypada z ligi po 4-5 latach gry. Nie bez powodu średnia długość kariery w NBA wynosi cztery lata. Chodzi o to, iż kluby po kilku latach, jeżeli talent zawodnika nie eksplodował, to decydowały się na zmianę i brali w drafcie graczy bardzo młodych, perspektywicznych, którym starali się pomóc w rozwoju.
25-latków, którzy nie zrobili wystarczających postępów zastępowali 19- i 20-latkowie. Tak to się kręciło. Teraz jednak wielu zawodników z NCAA nie będzie przystępować do draftu w tak młodym wieku, jeżeli nie będzie miało pewności, iż zostanie wybrana w pierwszej dziesiątce, może piętnastce.
Wszystko przez NIL, czyli „Name, Image and Likeness„, czyli w wolnym tłumaczeniu: nazwisko, wizerunek i rozpoznawalność. Chodzi o to, iż zawodnicy NCAA mają teraz prawo zarabiać na grze w lidze uniwersyteckiej. Oficjalnie zarabiają na swoim nazwisku, wizerunku i rozpoznawalności, czyli na sprzedaży autografów i swojego wizerunku na różnych produktach, na występach w reklamach, na publikacjach w mediach społecznościowych. Po prostu na szeroko rozumianej wartości marketingowej.
Do tego doszła też możliwość bezpośredniego dzielenia się przez uczelnie częścią przychodów ze sportowcami. W praktyce zawodnik NCAA może więc zarabiać nie tylko dzięki swojej popularności i sponsorom, ale w określonych ramach również dzięki pieniądzom płynącym bezpośrednio z programu akademickiego.
NIL sprawia, iż w NCAA jest nowa rzeczywistość finansowa. I jest to rzeczywistość bardzo atrakcyjna. Do tego stopnia, iż gracze NCAA trzy razy się zastanowią czy próbować swoich sił w drafcie przed ukończeniem uczelni. Szczególnie, jeżeli ktoś szacuje swoje szanse na drugą połowę pierwszej rundy lub w ogóle drugą rundę. W takiej sytuacji w tej chwili bardziej się opłaca zostać w NCAA, bo można zarobić więcej niż w NBA, a do tego skończyć szkołę, co w USA wciąż ma dużą wartość. Do draftu taki zawodnik przystąpi dopiero w wieku 23-24 lat.
Pieniądze w NCAA to ogromna zmiana. Przez lata zawodnicy, którzy wierzyli w swój potencjał zgłaszali się draftu jak najszybciej, bo chcieli zarabiać pieniądze, a gra na uniwersytecie poza stypendium im tego nie dawała. Dziś ta kalkulacja jest inna. Gra na uczelni może dać rozwój, istotną rolę w zespole, ekspozycję, a do tego bardzo konkretne pieniądze.
W jednym z odcinków ALL NBA Podcast, które prowadzi Adam Mares wystąpił Marc Stein, który zajmuje się NBA od ponad 30 lat. Stein zwrócił tam uwagę, iż w NBA rośnie niepokój dotyczący zawodników przewidywanych do wyboru w drugiej piętnastce pierwszej rundy i w drugiej rundzie. Bo jeżeli przejście do NBA nie wiąże się z „awansem finansowym”, to przecież lepiej zostać w NCAA, zarobić więcej, grać o wysokie cele i poprawić się koszykarsko, rozwijać i dopiero wtedy przystąpić do draftu.
Oczywiście to nie jest tak, iż teraz każdy, kto nie ma gwarancji znalezienia się w TOP10 będzie zostawał w NCAA. To zbyt duże uproszczenie. Poza tym, nie można tam grać w nieskończoność. Bardziej chodzi mi tu o pokazanie pewnego mechanizmu, który będzie miał realny wpływ na budowanie składu przez drużyny NBA.
Oprócz tego pozytywnym aspektem tych zmian będzie to, iż do NBA będą trafiać zawodnicy starsi, dojrzalsi, którzy będą gotowi do gry o najwyższe cele od pierwszego roku. Dobrym przykładem takiego gracza jest Jaime Jaquez Jr., który rozegrał cztery lata na uczelni UCLA i w wieku 22 lat z 18. numerem draftu został wybrany przez Miami Heat.
Dzięki temu Heat mieli pewność, iż biorą zawodnika, który jest na tyle silny i dojrzały, iż może rywalizować z koszykarzami NBA jak równy z równym. Nie wybierali 19-letniego „nieoszlifowanego diamentu”, albo jak ktoś woli „kota w worku”, z którego może będzie zawodowy koszykarz, a może nie. Tu mieli pewność, iż fizycznie i psychicznie jest gotowy.
Dla niektórych klubów może to być problem, bo są też tacy, którzy liczą, iż w przedziale od 20. do 40. miejsca można wybrać ogromny talent, którego inni nie zauważyli, a który za kilka lat może okazać się bardzo dobrym zawodnikiem NBA. jeżeli teraz tacy gracze będą woleli zostać w NCAA, to pula dostępnych zawodników się zmniejszy, a i okazja do znalezienia młodego talentu się zmniejszy, bo talent wielu graczy będzie eksplodował podczas gry na uczelni.
Są też jednak tacy trenerzy i menedżerowie, którzy od lat narzekają, iż do NBA trafiają zawodnicy zbyt młodzi i za słabi fizycznie, niedojrzali emocjonalnie i bez doświadczenia w grze o jakąkolwiek stawkę. Z ich punktu widzenia ta zmiana jest bardzo dobra.
Mamy zatem sytuację, iż NBA zmienia zasady losowania, zwiększa niepewność i przesuwa wartość picków, ale jednocześnie zmienia się także sam napływ talentu. Warto też zauważyć, iż skorzystają na tym zawodnicy, którym kończą się aktualnie umowy debiutanckie. Dla nich po prostu rynek stanie się większy.
Nowy system draftu ma obowiązywać dla draftów 2027, 2028 i 2029. Później właściciele klubów i liga będą musieli zdecydować, czy go utrzymać, zmienić, czy zastąpić innym modelem.
Draft NBA 2026 odbędzie się w przyszły wtorek oraz środę – pierwszego dnia pierwsza runda, drugiego druga. Z jedynką wybierać będą Washington Wizards. Więcej o kolejności draftu 2026 pisaliśmy tutaj.
Więcej moich artykułów znajdziesz tutaj.

10 godzin temu














