Małysz w szpitalu usłyszał ryk. "No, Kamil wygrał!"

3 godzin temu
- Bardzo mi przykro - mówił Kamil Stoch po swym sensacyjnym zwycięstwie. Dlaczego? Kilkadziesiąt minut wcześniej Adam Małysz wylądował w szpitalu. - kilka brakowało, a przerwalibyśmy zawody - wyjaśniał ich szef, Ryszard Guńka. Mija dokładnie 15 lat od pierwszej wielkiej wygranej jednego ze skoczków wszech czasów. Pamiętna zakopiańska niedziela 23 stycznia 2011 na zawsze zapisała się w historii naszego sportu.
Od 20 do 23 stycznia 2011 r. w Zakopanem rozegrano aż trzy konkursy Pucharu Świata. Ostatni, ten najważniejszy dla Stocha, odbył się w zastępstwie za odwołane wcześniej zawody w Harrachowie. Tamtego dnia czekaliśmy na 40. zwycięstwo w karierze Adama Małysza. Zamiast niego dostaliśmy pierwszy triumf Stocha, który teraz - tak jak Małysz - ma w karierze 39 wygranych konkursów PŚ.

REKLAMA







Zobacz wideo Polskie skoki w kryzysie? Byliśmy na Pucharze Świata w Zakopanem



W 15. rocznicę pierwszego zwycięstwa Kamila Stocha w Pucharze Świata przypominamy artykuł, który opublikowaliśmy na Sport.pl pięć lat temu.
Najpierw błysnął Małysz
W tamtym sezonie Adam Małysz skakał bardzo dobrze od samego początku. Przed przyjazdem do Zakopanego z 15 konkursów aż 13 skończył na miejscach w czołowej dziesiątce, a sześciokrotnie wskoczył na podium. W klasyfikacji generalnej był czwarty. Prowadzący Thomas Morgenstern miał bezpieczną przewagę nad resztą stawki, ale gdy w piątek Małysz wygrał, wszyscy uwierzyli, iż skończy zimę na podium "generalki". Tak zresztą ostatecznie się stało, ale to temat na inną historię.
Wracając do Zakopanego, w piątek 21 stycznia 2011 r. król Adam wygrał na Wielkiej Krokwi zdecydowanie. To było jego 39. zwycięstwo w karierze. Jak się okazało, ostatnie. W sobotę faworyt Małysz był szósty. A w niedzielę dopiero 32., po tym, jak w pierwszej serii upadł i w drugiej nie wystartował.





Adam Małysz, Zakopane 2011Fot . Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl





Stoch by nie wygrał, gdyby Małysz dłużej leżał
- Było zagrożenie, iż ten konkurs odwołamy. Warunki były bardzo trudne. Lądowanie nie było tak wielkim problemem, jak rozbieg. Tak, na zeskoku było źle, miękko, bo w pierwszej serii nad skocznią przeszła śnieżna nawałnica. To przez nią Adam upadł. Ale najgorzej było z torami najazdowymi. Prędkości się zmniejszały i pamiętam, iż ustaliliśmy już, iż jeżeli spadną jeszcze trochę bardziej, to skończymy zawody - opowiada nam Ryszard Guńka, który jako szef był wtedy w ciągłym kontakcie z delegatem technicznym (w tej roli wystąpił Sandro Pertile, w tej chwili dyrektor PŚ) i jego asystentem.
- Pomogło nam, iż Adam po upadku gwałtownie się zebrał ze skoczni. Dzięki temu obsługa gwałtownie popracowała na rozbiegu miotłami, puszczony został przedskoczek i okazało się, iż pojechał z prędkością, którą mogliśmy uznać za niezłą. Dobrze się stało, iż tego konkursu nie przerwaliśmy, bo Kamil nie miałby zwycięstwa - wspomina Guńka.
- To były czasy, kiedy jeszcze nie stosowało się dmuchaw do pozbywania się śniegu z torów, poza tym tory były lodowe, a nie sztuczne, no i padający, mokry śnieg, bardzo się do torów kleił. Jedyną szansą na rozegranie zawodów było bardzo szybkie puszczanie jednego zawodnika po drugim. Gdyby po upadku Adama zrobiła się długa przerwa, chyba nie udałoby się tego dokończyć - opowiada Guńka.
Trener faworytów chciał to unieważnić
Mimo szybkiego startowania kolejnych zawodników, grupa najlepszych skoczków i tak mogła mówić o niesprawiedliwych warunkach. Jadący z numerem 54 Małysz poradził sobie jeszcze nieźle. Gdyby nie upadek, skok na 120 metrów dałby mu najpewniej czwarte lub piąte miejsce po pierwszej serii. Ale jadący po Małyszu Andreas Kofler (numer 55) był dopiero 20. (skoczył 115 metrów), a kończący tę rundę Morgenstern (nr 57) tylko 18 (116 m). Z top 4 tamtego Pucharu Świata obronił się jedynie Simon Ammann (numer startowy 56), który na półmetku był piąty (120,5 m), a po drugiej serii przesunął się na czwarte miejsce.



Po latach okazuje się, iż unieważnienia serii chciał prowadzący Austriaków Alexander Pointner. - Kłócił się, iż było niesprawiedliwie. Ale tak bywa. Na pewno trzeba było mieć trochę szczęścia. Kamil jechał z niższym numerem i na tym skorzystał - mówi Guńka.
Stoch wleciał na szczyt z drugiej dziesiątki
Stoch przed tamtym konkursem był w Pucharze Świata 13. Jechał z numerem 45, kiedy jeszcze aż tak mocno nie sypało. Mimo iż wiało mu w plecy, skoczył bardzo dobrze: 123 metry.
Nikt nie poleciał dalej i liderem na półmetku został zawodnik, który nigdy wcześniej nie stanął na pucharowym podium. Mało tego, przed Zakopanem Kamil z 13 startów w okresie tylko trzy skończył w najlepszej dziesiątce. W piątek w Zakopanem był dopiero 17. W sobotę zanotował swój najlepszy wynik sezonu, zajmując siódme miejsce. Ale kto by pomyślał, iż w niedzielę wygra? - Kamil prowadził niespodziewanie. Ale w drugiej serii się obronił, pierwszy raz pokazując taką klasę. Wytrzymał to - podkreśla Guńka.





Kamil Stoch, tuż po wygraniu swojego pierwszego konkursuFot. Marek Podmok3y / Agencja Wyborcza.pl???????





Natomiast szef tamtych zawodów wytrzymywał meldunki napływające z buzującego od emocji stanowiska trenerów. - Delegat techniczny, jego asystent i kierownik zawodów podejmują decyzję o przerwaniu serii albo o jej kontynuowaniu. Myśmy wtedy we trójkę nie przestawali być w kontakcie przez krótkofalówki. Ja i Pertile byliśmy na wieży, a asystent delegata stał w gnieździe trenerskim. On miał najtrudniej, bo musiał wyważać wszystko, co słyszał od trenerów. Oczywiście to były sprzeczne żądania. Od jednych słyszał, iż trzeba to jak najszybciej skasować, a inni mówili zupełnie inaczej - opowiada Guńka.
Ryk dotarł do kliniki. "No, to Kamil wygrał!"
A co mówili i myśleli Polacy? - Jak Adam w tych trudnych warunkach upadł, to pomyślałem: "No kurde! Czemu oni tego nie przerwali?". A z drugiej strony myśmy byli bardzo dobrze przygotowani, zawody były u nas i chciałoby się, żeby mimo złej pogody się odbyły. Jury miało trudno. Wiadomo, iż jest nagonka, kiedy się komuś coś stanie, a zwłaszcza komuś z naszych – wspomina Rafał Kot.
Ówczesny fizjoterapeuta kadry nie widział historycznego, pierwszego zwycięstwa Stocha. - Kiedy Adam upadł, wybiegłem do niego na zeskok i byłem z nim już do wieczora, do momentu wyjścia ze szpitala - mówi.
- Pojechaliśmy do kliniki ortopedii na Bystrym. Doktor Winiarski [lekarz kadry skoczków] tam pracował, ja tam pracowałem i pracuję do dziś, więc wzięliśmy Adama tam, gdzie wszystko znaliśmy i gdzie było najbliżej. W pewnym momencie potężny ryk tysięcy ludzi dotarł aż do tej kliniki. Pamiętam, iż jak Adam to usłyszał, uśmiechnął się i powiedział "No, to Kamil wygrał!". Po chwili zadzwonił ktoś ze sztabu i powiedział to, czego się już sami domyśliliśmy - opowiada Kot.



Ojciec Stocha ujawnia, o co go pytano
Kilkadziesiąt tysięcy ludzi zgromadzonych pod Wielką Krokwią wiwatowało na cześć niespodziewanego zwycięzcy. Ale też wszyscy martwili się o starego mistrza.
- Przez upadek Małysza były strasznie mieszane uczucia - wspomina Bronisław Stoch, ojciec Kamila. Sam Kamil się o tym przekonał. Bo kiedy jedni gratulowali mu sukcesu, drudzy przede wszystkim dopytywali, czy wie coś o stanie zdrowia Adama. - Bardzo się cieszę ze zwycięstwa, to superuczucie. Czuję się zmęczony, nogi aż się pode mną uginają, ale w środku mam wiele euforii - dzielił się Kamil swoimi emocjami. I powtarzał, iż jest mu przykro z powodu dramatu Adama.
Wtedy też błyskawicznie ruszyły rozważania, czy Stoch osiągnie choć część sukcesów, za jakie przez lata podziwialiśmy Małysza. - Już pod skocznią pytano mnie, czy Kamil będzie następcą Adama. Wyraźnie wtedy powiedziałem, iż to będzie absolutnie inna kariera sportowa. Nigdy nie użyłem określenia lepsza albo gorsza, mówiłem tylko, iż będzie całkowicie inna. I to się sprawdziło - mówi Bronisław Stoch.
Małysza ochraniali, za Stochem nie nadążali
Ojciec Kamila przytacza też anegdotę o ochroniarzach, by przez nią pokazać różnice w naszym podejściu do każdego z mistrzów. Małysza przez lata ochrona otaczała choćby po to, by utorować mu drogę wśród fanów. Stoch senior zauważa, iż z biegiem lat na skokach w Polsce zapanował inny klimat. - Nie ma takiej natarczywości kibiców, jaka była kiedyś - mówi. Dzięki temu Stoch ani w Zakopanem, ani w Wiśle nie potrzebuje ochrony.



Ale w swoją pierwszą, wielką niedzielę Stoch przydzielonego ochroniarza miał, bo ci pracujący przy Małyszu chcieli też zadbać o innych naszych zawodników. - Wtedy jeden człowiek go specjalnie ochraniał. Wyglądało to jednak tak, iż on za Kamilem biegał, a Kamil był szybszy i na przykład z nami zdążył się spokojnie przywitać - dodaje Bronisław Stoch.
"Nie było ani jednego człowieka, który by powiedział, iż Kamil zrobi taką furorę"
- Jestem pewny, iż nie było ani jednego człowieka chociaż trochę orientującego się w skokach, który by powiedział, iż Kamil zrobi taką furorę, iż aż tak się rozwinie, iż dogoni legendy, iż choćby prześcignie Adama. o ile teraz ktoś powie "już wtedy wiedziałem", po prostu uznam, iż kłamie, chce się wybić, udawać nie wiadomo jakiego eksperta - mówi Rafał Kot.
Ojciec Macieja i też kiedyś skaczącego Jakuba taką wiarę w Kamila może przypisać tylko jego ojcu. - Bo serce rodzica to zupełnie inna sprawa. Ja ciągle wierzę w Maćka - mówi. - A o Kamilu myślałem wtedy, iż może on będzie bardzo dobrze skakał, iż może choćby sięgnie kiedyś po Kryształową Kulę, może zostanie mistrzem świata albo wygra Turniej Czterech Skoczni, ale przecież nigdy bym nie pomyślał, iż on wygra to wszystko. I to po kilka razy! - dodaje Rafał Kot.
Tak ojciec Kamila Stocha kłócił się o syna
A co wtedy pod Wielką Krokwią marzyło się Bronisławowi Stochowi? - Wie pan co, kiedyś pokłóciłem się choćby z takim jednym. On uważał, iż Kamil nigdy nie będzie liderem, iż nie będzie osiągał takich sukcesów jak Adaś. Powiedziałem: "A skąd wiesz, iż nie będzie osiągał równie znaczących wyników?". Na tym nasza dyskusja się zakończyła. To był 2009 rok - wspomina tata Kamila. Czyli dwa lata przed pierwszym zwycięstwem Stocha.



- Od dziecka znam Kamila i wiem, jak ten talent się rozwijał. Pewnie, iż nie oczekiwałem Bóg wie czego, ale wierzyłem, iż stać go na wspaniałe sukcesy. Oczywiście, marzyłem i wierzyłem po cichu, a głośno o tym nie mówiłem, bo tego się nie powinno robić. Ale dobrze wiem, jaki trud Kamil włożył, żeby przejść drogę do bycia utytułowanym zawodnikiem. Widziałem jego pełną determinację i pełną identyfikację z tym sportem. On bez reszty się temu poświęcił, dlatego wierzyłem, iż to się nie może skończyć jakimś miernym wynikiem - dodaje ojciec naszego mistrza.
________________________________________
Dziś Stoch powoli kończy karierę. Zostały mu jeszcze ostatnie dwa miesiące. W ten weekend wystartuje w mistrzostwach świata w lotach narciarskich w Oberstdorfie, a w lutym czekają go igrzyska olimpijskie Mediolan/Cortina d/Ampezzo 2026. Stochowi życzymy jak najlepiej, ale trzeba uczciwie ocenić, iż jeszcze jeden medal albo/i jeszcze jedno zwycięstwo lub chociaż podium w Pucharze Świata w jego wykonaniu byłoby sensacją. Najpewniej swoją przebogatą karierę Stoch zakończy, mając w dorobku:

trzy złote medale olimpijskie wywalczone indywidualnie;
brązowy medal olimpijski z konkursu drużynowego;
złoty i srebrny medal MŚ indywidualnie;
złoty i trzy brązowe medale MŚ w drużynie;
srebrny medal MŚ w lotach indywidualnie;
dwa brązowe medale MŚ w lotach w drużynie;
dwie Kryształowe Kule za wygranie Pucharu Świata;
trzy Złote Orły za triumfy w Turnieju Czterech Skoczni;
39 wygranych konkursów Pucharu Świata;
80 miejsc na podium w konkursach Pucharu Świata.

A wszystko zaczęło się równo 15 lat temu – 23 stycznia 2011 roku w Zakopanem.
Idź do oryginalnego materiału