- Czy to są wyniki na zachowanie posady? - takie pytanie usłyszał od dziennikarzy Adam Małysz tuż po tym, jak brązowy medal na skoczni w Predazzo odebrał Kacper Tomasiak. - Mojej? - śmiał się i odpowiadał pytaniem na pytanie prezes Polskiego Związku Narciarskiego.
REKLAMA
Zobacz wideo Adam Małysz aż się zaśmiał. Norwegowie nie wtrzymali
- Trudno mi powiedzieć. Moja sytuacja jest łatwiejsza, bo ja sam muszę w ogóle chcieć startować w wyborach [na szefa PZN - red.]. A trenera? Jest rozliczany za wyniki, więc sami sobie na to odpowiedzcie. Myślę, iż sceptycy, którzy gdzieś tam byli do tej pory, teraz mają chyba do główkowania, czy to faktycznie tak jest. Wbrew debacie toczonej w Polsce, iż Maciek Maciusiak nie jest trenerem Kacpra. To krzywdzące chyba dla wszystkich, powiem szczerze. Ktoś kto to wymyślił, to w ogóle powinien się teraz pod stół schować - stwierdził Małysz.
Konkurs jeszcze się nie zaczął, a Małysz uwierzył w medal Tomasiaka
Były wybitny skoczek na pewno odetchnął z ulgą. Choć srebro i brąz Tomasiaka na igrzyskach nie zmienią faktu, iż cały sezon naszej kadry był po prostu słaby, to celem było przygotowanie formy na najważniejszą imprezę. A z niej Polacy wyjadą jako jedni z największych wygranych.
Czy Małysz spodziewał się drugiego medalu Tomasiaka? - Powiem szczerze. Kacper nie mógł się "wskakać" i cały czas, jak rozmawiałem z Maćkiem, to mówił, iż nie może trafić w próg. Ale na normalnej skoczni było podobnie. Oglądałem łyżwiarstwo [500 metrów mężczyzn, gdzie Damian Żurek zajął, niestety, czwarte miejsce - red.] i szedłem tutaj na skocznię, jak kończyła się seria próbna. Patrzę na wyniki, a tam trzecie miejsce Kacpra. Mówię: "Jest dobrze, na pewno będzie walczył". To jest po prostu debeściak - wskazał. Dawno nie widzieliśmy go tak wzruszonego i szczęśliwego. Chyba od największych sukcesów Kamila Stocha.
Małysz: Czasem trzeba zawierzyć, po prostu dać komuś szansę
- On przede wszystkim jest mocny psychicznie. Bo tego się nie da wytrenować - mówił o sile mentalu Tomasiaka Małysz. - Jak masz to w sobie, to cały czas cię to napędza. I myślę, iż ten medal na normalnej skoczni jeszcze go napędził. On wiedział, na co go stać. Przy tej silnej głowie trzeba było tylko zacząć trafiać w próg. A jak trafi w próg, to samo go nakręci. To, co wielokrotnie przeszkadzało mu odpowiednio lecieć w drugiej fazie, bo był troszkę za nartami. A tutaj jak trafił, to odleciał i zrobił swoją robotę. No i chyba nikt nie przypuszczał, iż jak na normalnej, tak i na dużej skoczni, faktycznie ten medal będzie - dodał.
- Wielu dziennikarzy, działaczy i oficjeli nie wierzyło w to, gdy Maciek mówił, iż jedziemy po medal. Chyba nikt nie wierzył. Powiem szczerze, iż wielokrotnie z Maćkiem pracowałem i wiem, iż faktycznie, jeżeli on pewne rzeczy sobie założy, to będzie wszystko robił w tym celu. Żeby do tego dążyć. Wielokrotnie byłem też na treningach, choćby tutaj przed tymi skokami na normalnej czy na dużej. Widziałem, jaki oni trening jeszcze wykonywali, jakie pobudzenie i tak dalej. Więc to pokazywało, iż wszystko idzie naprawdę w dobrą stronę. Czasem trzeba zawierzyć, po prostu dać komuś szansę, żeby się mógł wykazać - ocenił Adam Małysz.
Tak Małysz oglądał, jak Tomasiak leciał po medal. Żona przyniosła szczęście? "Muszę ją już zawsze brać"
Prezes PZN nie miał na igrzyskach akredytacji - oddał ją sztabowi skoczków, żeby więcej jego członków mogło wchodzić do różnych stref na obiektach w Predazzo. Sam przyjechał na igrzyska, żeby oglądać zawody spod skoczni niemalże jak każdy kibic. Wchodził na skocznię dzięki biletom, a konkursy śledził w towarzystwie żony Izy.
- W zasadzie to nie zależy, czy stoisz u góry, czy gdzieś tu przy szatniach, czy stoisz z kibicami. Nie ma to żadnego znaczenia. Największym utrudnieniem jest potem, jak tutaj chcesz się dostać gdzieś i pogratulować. No to dobrze, iż we Włoszech na szczęście nie ma takiego porządku jak na przykład w Korei czy w Planicy, gdzie nie da się przedzierać, jest ochrona. Tu można było gdzieś tam powalić jeden płotek i dojść tutaj. I nikt się w zasadzie nie patrzył na to, więc na pewno dużo było ułatwienia pod tym względem - wyjaśnił Małysz, który faktycznie przebił się do strefy zawodników z całym polskim sztabem i tam świętował medal z całym zespołem, w tym oczywiście Kacprem Tomasiakiem.
Dla Małysza to wszystko było też nowym doświadczeniem. Wreszcie mógł obejrzeć skoki na igrzyskach z innej perspektywy. - Na pewno nie żałuję oddania akredytacji, bo ci którzy faktycznie odpowiadali za chłopaków, byli dużo ważniejsi niż prezes, który przyjechał kibicować. Pomyśleliśmy, iż po prostu kupimy bilety i przyjedziemy. Przeżyjemy to inaczej, tym bardziej iż żona zawsze marzyła o tym, żeby przyjechać na igrzyska. Mogłem ją wziąć i nie martwić się o to, iż ktoś mi to wytknie albo wypomni. No i od razu dwa medale mamy. Powiedziałem, iż teraz muszę ją już zawsze brać - śmiał się czterokrotny medalista olimpijski.
Jeszcze jedna szansa Polaków. Małysz nie chce zapeszać
- Wierzy pan w medal w duetach? - pytaliśmy Małysza wraz z innymi dziennikarzami w Predazzo. - Nie chcę zapeszać - odpowiedział, chociaż uśmiechu na twarzy nie ukrył.
Przed igrzyskami myśleliśmy, iż może jakimś cudem zdobędziemy jeden medal, iż może właśnie w tych duetach się uda. Ale nie byliśmy faworytem do podium. Teraz dzięki Kacprowi Tomasiakowi mamy już dwa medale indywidualne, z szansą na to, żeby dołożyć jeszcze jeden. I to już jako kandydat do powalczenia o jedną z trzech najwyższych pozycji.
Wydaje się, iż o medale bój stoczą Japonia, Austria, Norwegia, Polska i Niemcy. Pytanie, czy do tej rywalizacji nie włączy się jeszcze Słowenia, której brakuje równo skaczącego drugiego zawodnika obok niezwykle silnego mistrza olimpijskiego z dużej skoczni Domena Prevca. O niespodziankę mogą się pokusić Finowie czy Kazachowie, ale o medal będzie im trudno - i wtedy byłaby to już ogromna sensacja.
Konkurs duetów zaplanowano o 19 w poniedziałek. Godzinę wcześniej ruszy seria próbna przed zawodami. Relacja na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.

2 godzin temu














