Lot na oddechu Boga. Rozmowa z KRZYSZTOFEM SZCZYGŁEM

10 godzin temu

Krzysztof Szczygieł – na co dzień animator sportu i kultury, dyrektor Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Starachowicach. W wolnych chwilach pasjonat paralotniarstwa. Pewnego dnia, wraz z Piotrem Krupą i Aliną Jędrys wyruszył w lot na paralotni przez całą Polskę po przekątnej. Dokonali tego jako pierwsi w historii.

– Jak zaczęła się twoja przygoda z lataniem?

– Zawsze miałem w sobie chęć pokonywania własnych ograniczeń i lęków. Od najmłodszych lat pragnąłem doświadczyć przestrzeni powietrznej. Moje aktywności w lotnictwie zaczęły się od skoków spadochronowych. Miałem niespełna 16 lat, jak zapisałem się na kurs w jednostce wojskowej w Radomiu. Był to okres stanu wojennego, więc jeżeli chodzi o determinację w realizowaniu marzeń, to mam trochę doświadczeń, które mnie zahartowały. Pierwszy raz w życiu wsiadłem do samolotu i w pewnym momencie ktoś po prostu kazał mi wyskoczyć. Zrobiłem krok do przodu i na jakieś trzy sekundy mnie wyłączyło. Jednak kiedy spadochron już się otworzył, to utwierdziłem się w przekonaniu, iż chcę latać. Nie miałem już żadnego lęku i poczułem, iż jestem w swoim żywiole.

– Kiedy i w jakich okolicznościach miałeś swoją pierwszą styczność z paralotnią?

– Pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Polsce pojawiły się pierwsze paralotnie. Wówczas zacząłem od razu szukać możliwości latania na tym sprzęcie. W końcu się udało. Z początku uczyłem się samodzielnie, więc nie obyło się bez siniaków. Jakiś czas później zadzwonił do mnie kolega, iż w Chorwacji ma się odbyć drugi etap szkolenia paralotniowego. Zdecydowałem się wziąć w nim udział. Dwa dni przed wyjazdem wybrałem się jeszcze do Wałbrzycha aby wraz ze znanym instruktorem, członkiem kadry narodowej obyć próbę generalną na jego sprzęcie. Uznał, iż radzę sobie bardzo dobrze i jestem gotowy żeby latać na poważnie. Kolejne dwa tygodnie spędziłem nad Adriatykiem szybując pośród najwyższych chorwackich szczytów. Po powrocie do kraju od razu kupiłem własny sprzęt i zacząłem próbować różnych sposobów latania.

– Jakie sposoby latania na paralotni wyróżniamy?

-Na tym samym skrzydle można latać w różny sposób. Pierwszym jest wykorzystanie prądów powietrznych i swobodne szybowanie w górach. Drugi opiera się na podpiętym napędzie plecakowym. Trzeci polega na użyciu trójkołowego sprzętu, który daje możliwość wznoszenia się i lądowania właśnie przy pomocy kółek. Można również latać tandemowo, czyli z kimś.

– W którym ze styli się specjalizujesz?

– w tej chwili najwięcej latam z napędem, ponieważ nie wymaga to dużo czasu. Cały sprzęt mam w bagażniku. Wystarczy, iż pojadę na najbliższą łąkę żeby z miejsca wystartować i polatać. Takie rozwiązanie daje również pewną niezależność. Mogę polecieć gdzie chcę, bo wiatr nie ma tu żadnego wpływu na dobór trasy.

– Chciałbym przejść do spektakularnego wątku przelotu przez Polskę po przekątnej. Kiedy i w jakich okolicznościach narodził się ten pomysł?

– Był to kwiecień 2011 roku. W tamtym okresie coraz bardziej popularne stawały się fotografie robione z powietrza. Chciałem zaprosić w nasz region pewnego człowieka, po tym jak zobaczyłem w internecie jego autorskie zdjęcia. Zależało mi na tym żeby zrobił wystawę w skarżyskim domu kultury, w którym wówczas urzędowałem. Nagle uświadomiłem sobie, iż jego imię i nazwisko jest dla mnie jakieś znajome. Ostatecznie udało mi się zdobyć do niego numer i zadzwonić. Okazało się, iż byliśmy razem w wojsku… Po 22 latach odnaleźliśmy się. Był to Piotr Krupa, wielokrotny medalista Polski, Czech i Ukrainy, a także zdobywca tytułu Wicemistrza Świata w klasie PF2 w Pekinie w 2007 roku. Zaczęliśmy się spotykać i wspólnie praktykować loty w różnych miejscach. W międzyczasie dojrzewała w nas chęć zrobienia czegoś, czego nikt jeszcze nie zrobił. Postanowiliśmy więc, iż polecimy przez całą Polskę – ze Świnoujścia do Lutowisk w Bieszczadach.

– Jak długo trwały przygotowania do tego przedsięwzięcia? Na czym polegały?

– Przede wszystkim było to gromadzenie informacji: którędy da się polecieć i w jaki sposób można zrobić to najbezpieczniej. Zastanawialiśmy się też nad tym kto nam może pomóc i gdzie możemy zatrzymać się po drodze. Kompletowaliśmy sprzęt. Wypożyczyliśmy kampera, który miał nam służyć jako miejsce noclegowe. Chcieliśmy również jak najlepiej wykorzystać potencjał promocyjny. Tworzyliśmy strony internetowe, nawiązywaliśmy współpracę z mediami. Kupiliśmy też skrzydło z napisem: „Skarżysko – Kamienna, miasto na szlaku”. Nasze przedsięwzięcie zostało także docenione za sprawą umieszczenia go przez Centrum im. Adama Smitha na liście pięciu najciekawszych projektów w kraju.

– Co czułeś przed lotem? Czy miałeś jakieś obawy?

– Kiedy budujesz projekt z ludźmi i zaczyna ci na tym zależeć to nie chcesz zawieść. Czujesz coraz większą odpowiedzialność. Do tego dochodzą sponsorzy oraz ludzie, którzy trzymają za ciebie kciuki. Na pewno jest to wsparcie, ale trzeba też uważać żeby nie dać się temu wszystkiemu za bardzo przytłoczyć. Odczuwałem sporą presję i musiałem nad nią zapanować.

– Czy wszystko odbyło się zgodnie z planem?

– Nie wszystko, ale na pewno większość. Zdarzały się małe błędy w kwestii trasy. Jadąc samochodem widzimy drogowskazy. Będąc w powietrzu niestety nie jesteśmy w stanie ich przeczytać. Korzystaliśmy z GPS-a oraz mapy, którą w tym przypadku traktuje się bardziej dosłownie. Swoje aktualne położenie można zlokalizować po najbardziej charakterystycznych punktach, takich jak wniesienia, rzeki lub układ miasta. Już pod koniec trasy omyłkowo znaleźliśmy się bardzo blisko granicy z Ukrainą. Do dziś nie jestem pewien czy jej wtedy nie przekroczyliśmy. Był też taki moment, iż zabrakło mi paliwa i musiałem lądować awaryjnie na terenie boiska w Świerczku przed Skarżyskiem. Ponadto przytrafił mi się epizod, podczas którego zepsułem jeden napęd. Lądowaliśmy w przygodnym terenie i nie zdawaliśmy sobie sprawy, iż podłoże nie było do tego przystosowane… Bardzo wysoka trawa, a pod nią ogromna ilość mrowisk. Wpadliśmy w to wszystko jak w gąbkę. Nie chciałem upadać bezwładnie żeby to całe 30 kilogramów sprzętu mnie nie przygniotło, więc wolałem przekręcić się w ostatnim momencie i rozbić sprzęt niż przyjmować go na plecy i ryzykować urazem kręgosłupa. To są ułamki sekund, w których przekonujesz się co jest dla ciebie ważniejsze.

– Jak długo trwał ten lot?

– Trzy i pół dnia, przy czym samego latania było kilkanaście godzin. Ten tysiąc kilometrów można było zrobić za jednym razem, ale obraliśmy inny wariant. Bardziej promocyjny. Chcieliśmy ten lot celebrować.

– Jakie odczucia towarzyszyły ci podczas lotu?

– Na pewno było zmęczenie. Nieunikniony był też ból rąk, które przez cały czas musiały być uniesione oraz stres związany z tym, iż przez cały czas trzeba być czujnym. Jednak przede wszystkim dużo dobrej zabawy, poczucia budowania wspólnoty oraz odpowiedzialności za siebie nawzajem. Nie mieliśmy po drodze żadnych konfliktów. Czuliśmy euforia z całego przedsięwzięcia i bycia razem.

– Czy coś szczególnie zapadło ci w pamięć?

– Loty z bocianami… Spotkania powietrzne z ludźmi, którzy wylatywali swoimi awionetkami aby nas do siebie zaprosić… W krótkim czasie mogliśmy też porównywać z góry różne regiony w naszym kraju. Tu muszę przyznać, iż świętokrzyskie jest naprawdę bardzo piękne. Widać w nim wszystko: rzeki, zbiorniki wodne, lasy, wzgórza. Wszystko tak malownicze, a jednocześnie kameralne i nie za duże. Świetnie wspominam również wspaniałe przywitanie w Lutowicach na koniec trasy. Przyszło dużo ludzi, były media, telewizja rzeszowska. Pamiętam, iż ogarnęło nas wtedy wytchnienie i poczucie, iż to już się skończyło, a całe przedsięwzięcie możemy zaliczyć do udanych. Podsumowaniem był niezapomniany wieczór w Bezmiechowej w Bieszczadach z widokiem na Solinę. Fantastyczne i bardzo urokliwe miejsce. Jest tam stare szybowisko, gdzie szkolili się między innymi ludzie, którzy latali później w dywizjonach w Anglii, a także córka Józefa Piłsudskiego – Jadwiga.

– Czy ten lot traktujesz jako największe wyzwanie w swoim dotychczasowym życiu?

– Nie, ale był on na pewno wyjątkowy. Dość trudny, ale bardzo fajny projekt z energią. Wzięła w nim udział grupa znajomych, którzy się lubią. Niestety Piotra Krupy od pewnego czasu nie ma już z nami… Teraz te wszystkie projekty, które razem zrealizowaliśmy tym bardziej nabierają na znaczeniu.

– Czy cały czas systematycznie praktykujesz latanie?

– Tak, poza ostatnim sezonem, w którym miałem dużo obowiązków zawodowych, to przez te wszystkie lata nie było praktycznie ani jednego tygodnia, w którym bym nie latał.

– Co wyciągasz z tego dla siebie?

– Zawsze fascynowała mnie możliwość szerszego spojrzenia na świat, w którym żyjemy. Te same miejsca, które mijamy codziennie wyglądają z góry zupełnie inaczej. Bardzo lubię też historie związane z filmowaniem i fotografowaniem z powietrza. Możemy na przykład zrobić zdjęcie blaszki liścia i podobne struktury zobaczymy jak spojrzymy na deltę rzeki. Jest to odkrywanie światów mikro i makro. Stanowią one fraktale i się nawzajem przenikają. Latanie to dla mnie również poczucie wolności, spełnianie marzeń, a także nauka pokory oraz łapania dystansu do życia i siebie samego.

– Gdybyś miał zachęcić innych do rozpoczęcia swojej przygody z lataniem to co byś im powiedział?

– Nikogo nie namawiam, bo to zbyt duża odpowiedzialność. Nie jest to czymś wyjątkowo niebezpiecznym, ale najlepiej żeby podejmować takie decyzje samodzielnie i bez presji. Mogę powiedzieć natomiast dlaczego warto. Myślę, iż przede wszystkim po to żeby na nowo zobaczyć siebie: swoje obawy, lęki, możliwości. Sprawdzić jak odnajdujemy się w zupełnie innych warunkach. Jest to rodzaj poruszania się w tych przestrzeniach, które na co dzień nie są dla nas dostępne. My w tym wszystkim jesteśmy małym piórkiem dmuchanym przez siłę natury. Cały jej potencjał czujesz na własnej skórze. Każdy podmuch tobą porusza, a ty próbujesz się w tym wszystkim odnaleźć. Możesz z tym walczyć albo współpracować. Kiedyś powiedziałem, iż to jest latanie na oddechu Boga. Dodam jeszcze, iż zawsze miałem w sobie taką ciekawość, która ciągnęła mnie do przodu i w życiu próbowałem różnych aktywności: sporty walki, strzelectwo, rowery, motocykle, samochody, narty, łyżwy, sporty wodne, teatr, taniec… Ale paralotniarstwo stanowi dla mnie numer jeden jeżeli chodzi o wielowątkowość, wieloznaczność, pojemność przestrzenną, pozyskiwanie doświadczeń, samorozwój, poznanie siebie. Właśnie tutaj mam największe pole do tego wszystkiego.

– Jakieś plany na przyszłość w związku z lataniem?

– Na pewno promowanie i eksponowanie paralotniarstwa w Starachowicach oraz kilka lotów w fajnych okolicznościach przyrody. Przygotowuję również projekt konstruktorski, w którego temacie sporo już się zadziało. Zmieniam i usprawniam sprzęt paralotniowy. Mam kilka rozwiązań, którymi chciałbym się podzielić. Przestrzeń lotnictwa ultralekkiego ma jeszcze dużo do powiedzenia w kwestii urządzeń komunikacji indywidualnej. Moim celem jest wprowadzenie pojazdów latających i dostosowanych do nich szlaków.

Fotografie: Krzysztof Szczygieł

Idź do oryginalnego materiału