Słowacki żużel, który i tak od lat walczy z ogromnymi brakami kadrowymi, otrzymał właśnie kolejny bolesny cios. Filip Kasan, jeden z nielicznych reprezentantów naszych południowych sąsiadów, zdecydował się na zakończenie sportowej kariery. To fatalna wiadomość dla tamtejszego speedwaya – mowa o młodym chłopaku, który miał być zapleczem dla ośrodka w Żarnovicy.
Decyzja Kasana o odwieszeniu kasku na kołek odbiła się szerokim echem u naszych sąsiadów. Choć Filip nie był zawodnikiem z pierwszych stron gazet, jego starty w zawodach rangi mistrzowskiej dawały nadzieję, iż słowacki żużel to coś więcej niż tylko Martin Vaculík. Kasan był ważnym ogniwem tamtejszego systemu, regularnie punktując m.in. w czeskiej Extralidze.
Odejście Kasana to także gigantyczny problem dla ubiegłorocznego dominatora czeskich rozgrywek. O ile w kadrze czeskiego giganta znajdziemy takie armaty jak Artiom Łaguta czy Jason Doyle, o tyle na pozycji rezerwowego ziać będzie teraz pustka. To właśnie tam Kasan miał łatać dziury w nadchodzącym sezonie.
Sytuacja jest na tyle podbramkowa, iż w dwóch pierwszych turniejach zastąpi go Anicka Hajkova. Dopiero w wakacje, po osiągnięciu wymaganego wieku, do składu wskoczy kolejny młody zawodnik, Marek Ziman.
Podczas gdy w Polsce juniorów liczy się w dziesiątkach, Słowacy każdego chłopaka z licencją muszą traktować jak narodowy skarb. Poza Martinem Vaculíkiem i Jakubem Valkovičem, lista aktywnych żużlowców w tym kraju jest dramatycznie krótka. Po odejściu Kasana ta grupa kurczy się do rozmiarów, które budzą przerażenie.
Filip Kasan starał się regularnie pokazywać na europejskich torach, szukając punktów w eliminacjach do SGP2 oraz w czeskich ligach juniorskich. Jego odejście to kolejna przestroga dla władz FIM. Bez realnej pomocy dla małych federacji, Słowacja może niedługo całkowicie zniknąć z żużlowej mapy świata, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienia o wielkich mistrzach.
