Spotkanie finałowe w Toruniu to temat na długą opowieść. Przez długi czas nie było w ogóle pewne, czy niedzielny mecz dojdzie do skutku, gdyż nad Motoareną padał mocny deszcz. Na szczęście mecz ruszył, ale z niespełna dwugodzinnym opóźnieniem. Spotkanie to można podzielić na dwie części. Po 8 wyścigach było 25-23 na korzyść gospodarzy. Natomiast w drugiej połowie meczu jazda Sparty totalnie się posypała i mecz zakończył się wynikiem 55-35. Sam Duchiński do dorobku drużyny dołozył 2 punkty i bonus.
– Fajnie, iż udało nam się wygrać tak wysoko u siebie. Wiadomo, iż jeszcze jedziemy do Wrocławia i trzeba to obronić. Występ w finale całej drużyny oceniam na dobry i jedziemy teraz do Wrocławia. Tor był troszkę był inny, bo wiadomo, iż też trochę pozmieniał, ale później już po trzeciej serii w miarę się znaleźliśmy zespołowo i fajnie się udało – mówił.
Duża przewaga?
20 punktów przewagi to wynik, który daje spokój w dwumeczu. W rywalizacji finałowej rzadko kiedy taki zapas został roztrwoniony i wydawałoby się, iż w Toruniu mogą być w miarę pewni swego przed rewanżowym starciem. Jednak jak zauważył Mikołaj Duchiński, w pierwszej kolejce tego sezonu Torunianie w Lublinie przegrali 34-56, a mimo tego zdołali odrobić straty na własnym owalu.
– Czy to jest spora zaliczka? Nie wiem, bo na przykład w tym roku pojechaliśmy do Lublina na początku sezonu, przegraliśmy wysoko. A na naszym torze wygraliśmy 61-29. Żużel jest nieprzewidywalny, może się zdarzyć wszystko, możemy choćby tam wygrać. Wszystko może się tam wydarzyć, to jest finał, emocje wszyscy będą mieli, wiadomo. To już będzie po finale Grand Prix w Toruniu i każdy będzie tam miał jakieś emocje po tym Grand Prix, o tym kto wygrał – stwierdził.
Miniona niedziela to był to adekwatnie jedyny termin na rozegranie meczu finałowego w Toruniu. Gdyż w tym tygodniu czeka nas runda Speedway Grand Prix na Motoarenie. Z tego powodu nie dałoby się przełożyć tego meczu na najbliższy weekend, gdyż toruński stadion jest zajęty przez organizatora cyklu. Ponadto byłoby nie na miejscu przekładać finał PGE Ekstraligi z kompletem kibiców na trybunach, gdy istniała szansa na jego odjechanie. Junior Apatora zauważa wyjawił, iż przed pierwszym biegiem był nieco zestresowany.
– Pojechać to byśmy chyba musieli, bo nie było w miarę takiego terminu, żeby pasował. Trzeba byłoby przekładać na połowę października. Trochę miałem emocji przed tym pierwszym biegiem, nie powiem, bo trochę mi stres wszedł, wiadomo, iż finał i tam nie mogę „odwalić” czegoś, co czasami mi się przytrafi na zawodach juniorskich. Wydaje mi się, iż dobre trzy biegi odjechałem, no ten trzeci może trochę gorszy, ale te dwa pierwsze były ok – kontynuuje.
Walka o medale, ale juniorskie
Finał PGE Ekstraligi to nie jest jedyny finał Mistrzostw Polski, w jakim udział biorą toruńscy młodzieżowcy. W tym sezonie ekipa KS Toruń rywalizuje w finałach Drużynowych Mistrzostw Polski Juniorów. Po trzech turniejach podopieczni Piotra Barona zajmują trzecią pozycję, ale mają choćby realną szansę na tytuł Drużynowych Mistrzów Polski Juniorów. Decydujące zawody odbędą się już w środę w Gorzowie Wielkopolskim. Torunianie mają sporą szansę na wywalczenie medalu z cenniejszego kruszcu, gdyż z kontuzjami walczy Budnex Stal Gorzów. Ostatni finał DMPJ odbędzie się 23 września w Gorzowie Wielkopolskim.
– Tam będzie jedna wielka, nie wiadomo, wiadomo, chłopakom z Gorzowa przydarzyła się no niestety zła sytuacja. My się zapatrujemy na walkę o medal, żebyśmy jakiś zdobyli. Nie ma jakiejś różnicy między drugim, między pierwszym a trzecim, więc mamy szansę na pierwsze. Zobaczymy co będzie w środę – zakończył.
Mikołaj Duchiński















