Robert Kubica często mówi o rajdach jako o doświadczeniu, które wykracza poza zwykłe kręcenie kierownicą. Dla niego to dyscyplina wymagająca specyficznego podejścia do ryzyka i współpracy. W rozmowie z Przemkiem Górczykiem kierowca wraca do czasów, gdy startował w mistrzostwach świata, oraz do zdarzenia, które na zawsze odmieniło jego drogę zawodową.
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów rajdowania jest relacja z pilotem. Kubica porównuje ten układ do bardzo bliskiej więzi, która w warunkach startowych bywa wystawiana na ciężkie próby.
„Spędzasz mnóstwo czasu w aucie. Śmieję się, iż to gorzej niż małżeństwo, ponieważ zawsze jak coś jest nie tak albo masz gorszy dzień, wyjdziesz z kumplami na miasto, wrócisz, ochłoniesz. Tu nie możesz, ponieważ jest to praca”.
Ta intensywność przekłada się na to, jak kierowca postrzega samą czynność prowadzenia auta na odcinkach specjalnych. Wbrew powszechnemu przekonaniu, dla profesjonalisty na najwyższym poziomie nie ma tam miejsca na typową euforia z jazdy w trakcie wykonywania zadania.
„Jazda na pewnym poziomie, tam nie ma miejsca na fun. Ty możesz czuć satysfakcję jak skończysz OS, jak skończysz wyścig z tego, co zrobiłeś, możesz mieć pozytywne odczucia, ale w momencie, kiedy to robisz, nie ma miejsca na fun”.
M-Sport/McKleinNajbardziej dramatyczny rozdział w rajdowej historii Kubicy wiąże się z rokiem 2011 i startem we Włoszech. Wyjazd, który miał być formą odpoczynku i prezentu, stał się momentem walki o życie. Kierowca wspomina, iż już dwa dni wcześniej miał wątpliwości, czy powinien wsiadać do samochodu. Start był organizowany w ramach rekompensaty za awarię samochodu w okresie 2010, gdzie Robert Kubica okazyjnie startował w rajdach, pomiędzy startami w F1.
Zobacz też: Rewolucja w WRC! Ponad 10 nowych zespołów chce wejść do gry od 2027 roku
„Zadzwoniłem do niego, pamiętam 7:15 rano, pierwsza myśl: jestem na testach Formuły 1, po co w ogóle tam [startować]. Tym bardziej iż w tym momencie miałem już podpisany kontrakt z Ferrari na następny rok i Ferrari mi nie pozwalało na starty w rajdach. Także był to mój ostatni start”.
Wypadek na oesie Rajdu Di Andora był splotem nieszczęśliwych okoliczności technicznych. Bariera, która powinna zatrzymać auto, przebiła kokpit. Kubica przyznaje, iż margines bezpieczeństwa był w tamtej chwili minimalny.
M-Sport/McKlein„Ta bariera była jakby stworzona z dwóch barier, starej i nowej. Ta stara nie była umocowana. Ja dotykając starą barierę, ona się po prostu tylko przesunęła i wbiła mi się prosto w auto. Przeszła przez cały samochód. 10 cm w lewo to nie byłbym cały, tylko prawdopodobnie przecięty”.
Dwa tygodnie w niebycie i pierwsze operacje
Bezpośrednio po wypadku Robert Kubica znajdował się w stanie, który wymazał z jego pamięci pierwsze dni hospitalizacji. Choć fizycznie był obecny i reagował na otoczenie, jego umysł znajdował się w szoku pourazowym.
„Przez dwa tygodnie ja byłem, ale mnie nie było. Byłem w takim stanie, iż później rozmawiałem z ludźmi, oni mi mówili, iż byli u mnie na intensywnej terapii, ale ja nie pamiętam”.
Proces medyczny po opuszczeniu intensywnej terapii nie był wolny od błędów. Kubica wspomina o operacjach, które zamiast poprawiać jego stan, doprowadzały do regresu wypracowanych postępów.
„Było parę operacji, które zamiast polepszyć sytuację, znacznie pogorszyły. jeżeli przez 5 miesięcy nie potrafisz ruszyć tyle palcem, w ogóle miałeś zero reakcji, nagle zaczynasz ruszać i idziesz na operację, budzisz się po tej operacji i wszystko cofasz, jakbyś cofnął taśmę w tył”.
Konflikt między umysłem a ciałem
Największym wyzwaniem dla kierowcy nie były same ograniczenia fizyczne, ale moment, w którym mózg przestał rozpoznawać uszkodzoną część ciała. Kubica opisuje to jako ekstremalne doświadczenie psychiczne, trudne do zrozumienia dla osób, które nie przeszły podobnych urazów nerwów.
Robert Kubica„Zdecydowanie najtrudniejszą elementem tego okresu i wracamy tutaj, to był mój mózg. To już była taka momentami jazda trochę bez trzymanki, kiedy twoja głowa nie akceptuje twojej części ciała. (..) Ty siebie widzisz, ale nie czujesz. Ty wysyłasz sygnał, żeby coś zrobić, a tam się nic nie dzieje”.
Kierowca przyznaje, iż w najtrudniejszych chwilach pojawiały się myśli o radykalnych rozwiązaniach, które pozornie ułatwiłyby akceptację nowej rzeczywistości.
„Myślałem, byłoby mi łatwiej, gdybym nie miał tej ręki. Ja wiem, iż nie byłoby mi łatwiej, ale w tym momencie byłoby łatwiej zaakceptować pewne rzeczy”.
Akceptacja i nowa normalność
Powrót do ścigania wymagał nie tylko rehabilitacji, ale całkowitego przemodelowania codziennych czynności. Kubica nauczył się kompensować braki w precyzji prawej ręki niezwykłą sprawnością lewej. Badania funkcjonalne wykazały, iż jego lewa ręka stała się wielokrotnie szybsza i bardziej precyzyjna niż u czołowych kierowców biorących udział w tych samych testach.
Proces ten wiązał się również z rezygnacją z pewnych działań, które przypominały o niepełnosprawności, jak choćby wiązanie sznurowadeł.
„Większości butów nie wiążę, ale nie dlatego, iż nie potrafię zawiązać. Potrafię zawiązać. Ta procedura mnie wkurzała, ponieważ nie byłem w stanie tego zrobić tak, jak chciałem, potrafiłem. Żeby nie wprowadzać swoich chwil, gdzie widzę, iż nie potrafię, po prostu tego nie robię”.
Cały wywiad z Robertem Kubicą można obejrzeć poniżej:














