Miało być tak źle, jak już dawno nie było, a wyszło najlepiej w historii. Polscy skoczkowie narciarscy zdobyli podczas tych igrzysk aż trzy medale, co się nie zdarzyło jeszcze nigdy. Ten ostatni krążek zapewnili sobie w konkursie duetów Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek. Konkursie, który został przerwany ze względu na fatalną pogodę. Jarosław Konior, wiceprezes Polskiego Związku Narciarskiego i pierwszy trener Tomasiaka uważa, iż udałoby się go dokończyć, gdyby nie ruch, na który zdecydowali się wcześniej jedni z rywali.
REKLAMA
Zobacz wideo Lider na dekadę!
Agnieszka Niedziałek: Po pierwszym medalu Kacpra Tomasiaka jako jedyny lub jeden z nielicznych mówił pan publicznie, iż 19-latek może powalczyć o podium również na dużej skoczni. Gdy zdobył tam brąz, powiedział mi pan: "Przed nami jeszcze konkurs duetów". W nim Tomasiak i Paweł Wąsek dorzucili srebro. Pewnie za gwałtownie pan nie usnął ostatniego wieczora?
Jarosław Konior: Myślę, iż to był gorący wieczór w wielu polskich domach i u wielu polskich kibiców. To cudowna chwila. Jako Polski Związek Narciarski i środowisko skoków marzyliśmy o jednym medalu, a udało się zdobyć aż trzy. W tym dwa srebrne. I to jeden w historycznym, pierwszym na igrzyskach konkursie duetów. To piękna historia, o której będzie się czytać kiedyś w książkach, oglądać materiały w telewizji i wspominać.
Co pan myślał, kiedy w finałowej rundzie zaczął bardzo intensywnie padać śnieg? I gdy organizatorzy nakazali skakać w tych trudnych warunkach Tomasiakowi, który czekał na swoją próbę dłuższą chwilę? Trener Maciej Maciusiak był tym wyraźnie podirytowany.
- Czekałem, aż konkurs zostanie przerwany. Wiedziałem już, iż nie zostanie dokończony. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy słoweńscy trenerzy obniżyli belkę startową Domenowi Prevcowi. To wtedy nastąpiła zmiana pogody. Uważam, iż gdyby zmiany belki nie było, zawody zostałyby przeprowadzone do końca. Potem już wiadomo było, iż coś z tym trzeba zrobić. Albo zakończyć rywalizację po dwóch rundach, albo przełożyć ją na kolejny dzień. Z naszego punktu widzenia fakt, iż jury wybrało pierwszą z tych opcji, to fantastyczna sprawa. Mamy wicemistrzostwo olimpijskie, wspaniała chwila.
Nie miał pan obaw, iż organizatorzy będą próbowali na siłę dokończyć konkurs?
- Nie, nie, nie. Było widać, jak duża była różnica w prędkości na progu Kacpra i skaczącego przed nim Niemca Philippa Raimunda. To nie miało sensu.
Pamięta pan, by już kiedyś przełożono konkurs olimpijski na inny dzień?
- Przełożenia nie pamiętam. Ale pamiętam sytuację z Pjongczangu, gdy po pierwszej serii na skoczni normalnej prowadził Stefan Hula, a drugi był Kamil Stoch. Organizatorzy – mimo złych warunków – przeciągali konkurs i przeciągali. Zawody skończyły się pół godziny po północy. Stefan po drugiej serii spadł na piąte miejsce, a Kamil na czwarte. Tutaj, na szczęście, jury poszło po rozum do głowy i nie przeciągało konkursu.
Po świetnych skokach w finałowej serii decyzja o zakończeniu zawodów po dwóch rundach mogła mocno zaboleć Niemców, którzy w trzeciej serii, przed ostatnim skokami prowadzili i Japończyków, którzy po skoku Nikaido w trzeciej serii, w pierwszej grupie zawodników, awansowali na drugą pozycję.
- Tak, mieli wtedy realną szansę na podium. Dlatego bałem się, iż będą protestować. Jednak logika i rozum zwyciężyły. Bez sensu byłoby to ciągnąć. To nie miałoby nic wspólnego ze sportem, gdyby liderzy czołowych drużyn mieli skakać w zdecydowanie gorszych warunkach. Rywalizacja powinna się odbywać w miarę jednakowych okolicznościach. Wiadomo, iż nie da się ich idealnie dopasować, ale jednak powinny być w miarę porównywalne, żeby to miało jakiś sens. Tym bardziej iż to są igrzyska. Na pewno Japończycy i przede wszystkim też Niemcy będą bardzo, bardzo żałować. No ale trudno, taki jest sport.
Z racji wcześniejszych sukcesów indywidualnych, w rywalizacji duetów początkowo z większą nadzieją patrzyliśmy na Tomasiaka. Ale w poniedziałkowy wieczór błysnął również Paweł Wąsek.
- Miał świetny pierwszy i drugi skok. Ten trzeci [oddany w anulowanej później serii] też nie był zły. Paweł naprawdę wykonał świetną robotę. Sam Kacper medalu by tu nie zdobył, musiał mieć wsparcie Pawła. To również nasz chłopak z Beskidów. Bardzo się cieszę, iż tym medalem obronił się też wybór trenera Maćka Maciusiaka, który postawił na Pawła, zamiast na innego zawodnika. Przed igrzyskami trener był bardzo krytykowany, bo nie było wyników. Brakowało sukcesów w zawodach Pucharu Świata. Gdy jeszcze na kilka dni przed igrzyskami mówił, iż jedziemy po medal, ludzie pukali się w czoło. A zdobyliśmy trzy, w tym w drużynie. O drużynowy jest trudniej, bo trzeba mieć dwóch dobrych zawodników. Może być jeden wybitny – jak Kacper – i zdobędzie indywidualnie dwa krążki. Ale mieć w drużynie dwóch dobrych skoczków i wyprzedzić w konkursie takie ekipy jak Słowenia, Japonia, Niemcy czy Norwegia – będąc przy tym w tej chwili na szóstym miejscu w Pucharze Narodów - to bardzo duży sukces.
Nie da się ukryć, iż Wąsek w tym sezonie w PŚ nie brylował. I trudno powiedzieć, by był od początku oczywistym wyborem do kadry na igrzyska.
- Tak. Paweł miał świetny poprzedni sezon. Wtedy stał na podium PŚ, teraz nie za bardzo mu szło. Miał pojedyncze dobre próby, skoki. Dobrym ruchem trenera Maciusiaka było wycofanie go z mistrzostw świata w lotach i z zawodów PŚ w Willingen. Tak samo zrobił z Kacprem i spokojnie sobie ich przygotował na treningach. Dzięki temu teraz może zbierać laury.
Pamiętam mocno sceptyczne głosy, iż Wąsek nie dość, iż skacze słabo, to jeszcze będzie miał tak długą przerwę przed rywalizacją olimpijską.
- Ale ta decyzja obroniła się właśnie wynikami na igrzyskach. Zapewnienie odpoczynku, wyluzowania, takie "wyświeżenie" zawodnika przed docelową imprezą jest bardzo ważne i często stosowane przez trenerów. Niektórzy myśleli, iż jak taki Prevc wygrywa wszystko w PŚ, to i na igrzyskach będzie dominatorem, a zdobył tylko jeden medal indywidualnie i drugi dołożył w mikstach [za to oba złote].
Szczerze: pan był spokojny o formę Wąska po tej dłuższej przerwie w startach?
- Tak. Z samym wyborem Pawła do drużyny też była sensacja, bo wszyscy myśleli, iż inni zawodnicy będą brani pod uwagę. Nie mówię, iż z nimi w składzie byłoby gorzej. Mogło być tak samo. Ale tak wybrał trener i jego wybór się obronił.
To była pierwsza w historii igrzysk rywalizacja duetów, która zastąpiła konkurs z udziałem czteroosobowych drużyn. W latach 2013-21 Polacy regularnie byli na podium MŚ w tej poprzedniej formule, osiem lat temu zdobyli też brązowy medal olimpijski. Czy ta zmiana formatu była korzystna z naszej perspektywy? Bo mamy w tej chwili wyraźnego lidera w postaci Tomasiaka, ale brakuje mocnej i równej grupy, którą mieliśmy wcześniej.
- Przez to, iż to były pierwsze olimpijskie zawody duetów, tym bardziej zapiszemy się w historii. Bo każdy będzie wspominał, iż odbyły się wtedy i wtedy, a takie było podium. Oczywiście, trudno by nam teraz było przy poprzednim formacie, ale też do końca tego nie wiemy. Bo jednak są jeszcze chłopcy, którzy mogliby spokojnie dołączyć do drużyny: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Maciek Król czy Piotrek Żyła. Inne drużyny też nie mają w tej chwili czterech wyjątkowo dobrych zawodników.
A duety są bardzo atrakcyjne. Fajnie się to ogląda, jest bardzo ciekawie. To coś nowego i pozwala na występ większej liczby państw. Nam ta formuła od początku odpowiadała. Pamiętam zawody letniej Grand Prix w Rasnovie [ten konkurs w 2022 roku był pierwszymi zawodami duetów pod szyldem FIS], gdzie zajęliśmy drugie miejsce. Kamil z Dawidem wygrali jesienią próbę przedolimpijską we Włoszech. A jedyne podium, które mieliśmy w tym sezonie w PŚ, to właśnie w duetach w Zakopanem.
Gdy rozmawialiśmy po drugim indywidualnym medalu Tomasiaka, mówił mi pan, iż z powodów zdrowotnych oglądał konkurs w domu, zamiast z innymi osobami z klubu. Jak było teraz?
- Dalej jestem na "chorobowym" i to tak gwałtownie się nie zmieni, ale na pewno po tym wyjątkowym i zwariowanym nieco ponad tygodniu stan zdrowia mi się poprawił (śmiech). Poza trzema medalami warto też przypomnieć, iż bardzo dobrze w pierwszym konkursie zaprezentowała się Ania Twardosz, która zajęła 10. miejsce. Dla naszych skoków to bardzo, ale to bardzo udane igrzyska. Nie wiem, czy lepsze nie były w Soczi, gdzie Kamil zdobył dwa złote krążki, ale tam drużyna była na czwartym miejscu. Dotychczas zawsze przywoziliśmy z igrzysk maksymalnie dwa medale w skokach, a teraz mamy trzy.
I to - o ironio – w sezonie, o którym mówi się jako o kryzysowym.
- Ciekaw jestem, który inny związek sportowy w Polsce - teraz czy dwa lata temu na letnich igrzyskach - zdobył dla naszego kraju trzy medale. Chyba żaden.
Zgadza się. Poprzednio co najmniej trzy razy na podium stali pięć lat temu w Tokio lekkoatleci. Na koniec zapytam o efekt tych trzech medali. Byliśmy świadkami małyszomanii, potem serca kibiców podbił Stoch. Czy teraz spodziewa się pan tomasiakomanii?
- Na pewno będzie jakaś euforia, a to się przełoży na większą liczbę zawodników zgłaszających się do klubów. Również do naszego [Klimczok Bystra]. Myślę, iż będą chcieli u nas trenować, bo stąd jest Kacper.
Takich telefonów w ostatnim tygodniu trochę już było?
- Tak. I nic, tylko się cieszyć, bo o to też chodzi. Chociaż powtórki z małyszomanii już chyba nie będzie. To były jednak inne czasy. Ale na pewno sukcesy Kacpra przełożą się na atmosferę wokół skoków w naszym kraju. Bo ludzie kibicują, cieszą się z sukcesów naszych zawodników. Może wpłynie to też na promocję sportu. Nie tylko narciarskiego, ale może ogólnie dzieci zaczną się garnąć do różnych dyscyplin. Bo widzą, iż Polacy odnoszą sukcesy. Że to nie jest tak, iż jedziemy i wszędzie przegrywamy czy zajmujemy tylko czwarte, piąte lub szóste miejsca. Widzą, iż stajemy też na podium.

2 godzin temu







