23 km górskiego biegu. Relacja z Marathon du Mont-Blanc

23 godzin temu
Zdjęcie: marathon du mont-blanc


Są takie biegi, na które jedzie się z konkretnym celem – żeby poprawić rekord życiowy, złamać kolejną barierę albo sprawdzić efekty wielu tygodni treningów. Mój start na dystansie 23 km podczas Marathon du Mont-Blanc od początku miał być czymś zupełnie innym.

Na zaproszenie marki New Balance pod koniec czerwca pojawiłam się w Chamonix – miejscu, które dla miłośników biegów górskich jest niemal kultowe. Dla mnie był to ogromny zaszczyt, ale też wyjście daleko poza strefę komfortu. Jestem przecież biegaczką uliczną. Kocham asfalt, szybkie treningi i rywalizację z czasem, czyli wszystko to, co gwarantowały mi moje dotychczasowe starty. Góry zawsze kojarzyły mi się bardziej z odpoczynkiem niż ze ściganiem. Nigdy wcześniej nie startowałam w biegu górskim, a moje doświadczenie z górami ograniczało się adekwatnie do kilku pieszych wycieczek. Owszem, ostatnio spędziłam trochę czasu w Zakopanem, ale Alpy? To był zupełnie inny świat.

Dlatego od początku wiedziałam jedno, iż nie jadę tam walczyć o wynik. Nie przygotowywałam się specjalnie pod ten start, nie analizowałam tempa ani nie zastanawiałam się, ile zajmie mi pokonanie trasy. Chciałam po prostu przeżyć coś wyjątkowego, zobaczyć miejsca, których wcześniej nie widziałam i przekonać się, jak naprawdę wygląda świat biegów górskich.

23 kilometry biegu górskiego

Wybrałam dystans 23 kilometrów. Brzmi całkiem przyjemnie, prawda? Do momentu, aż obok tej liczby pojawia się informacja o ponad 1600 metrach przewyższenia. Szczerze mówiąc, początkowo kilka mi to mówiło. Dopiero znajomi, którzy regularnie startują w górach, zaczęli uświadamiać mi, co mnie czeka. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, jak bardzo mieli rację. Mimo wszystko byłam spokojna. Wiedziałam, iż na większości podbiegów będę po prostu szła. Nie miałam ambicji, żeby za wszelką cenę wszystko podbiegać, a choćby nie było takiej opcji. Gdyby okazało się, iż większą część trasy pokonam marszem, też byłoby to w porządku. Nie jechałam tam po wynik, chciałam przede wszystkim przeżyć tę przygodę i spróbować.

Przed startem

Do Chamonix dotarliśmy w piątek, dzień przed zawodami. Podróż była długa, najpierw musiałam dostać się do Warszawy, później czekał mnie lot do Genewy, a następnie około godziny jazdy autokarem do Chamonix. Do tego dochodziły wysokie temperatury, które w tamtych dniach panowały niemal w całej Europie. Po zakwaterowaniu w hotelu udaliśmy się odebrać pakiety startowe. Cała grupa New Balance, z którą przyjechałam, startowała na dystansie 10 kilometrów. Tylko ja zdecydowałam się pobiec 23 km. Świadomie wybrałam dłuższą trasę, bo wiedziałam, iż właśnie tam czekają najpiękniejsze widoki i prawdziwe doświadczenie górskiego biegania.

Na odbiór pakietu poszłam tak, jak robię to przed każdym biegiem ulicznym – tylko z dokumentem tożsamości. gwałtownie okazało się jednak, iż to zdecydowanie za mało. Organizatorzy wymagali okazania całego obowiązkowego wyposażenia. Dopiero po jego sprawdzeniu można było odebrać numer startowy i specjalny chip przypinany do kamizelki biegowej. Mój sprzęt oczywiście został w hotelu, więc nie pozostało mi nic innego, jak wrócić po niego i jeszcze raz pokonać tę samą drogę. To była pierwsza lekcja pokazująca, iż w górach kwestie bezpieczeństwa traktuje się naprawdę bardzo poważnie.

Wejście na strefę expo

Samo expo bardzo różniło się od tego, które znam z największych maratonów ulicznych. Nie było ogromnych hal, tysięcy stoisk ani tłumów biegaczy. Wszystko miało bardziej kameralny charakter. W pakiecie znalazłam numer startowy, pamiątkową koszulkę oraz chip. Była też możliwość wzięcia udziału w loterii, ale po całym zamieszaniu z obowiązkowym wyposażeniem marzyłam już tylko o tym, żeby wrócić do hotelu. Ze względu na prognozowane upały start mojego biegu został przesunięty z godziny 8:10 na 7:10. Nie pozostało mi więc nic innego, jak dobrze odpocząć i przygotować się na poranek, który miał być początkiem zupełnie nowej biegowej przygody.

Poranek pełen emocji

Budzik zadzwonił jeszcze przed piątą rano. Śniadanie, kawa i ostatnie sprawdzenie wyposażenia. Na liście obowiązkowych rzeczy znajdowały się między innymi: kamizelka biegowa, minimum litr płynów, kurtka przeciwdeszczowa i koc termiczny. Ja dorzuciłam jeszcze żele energetyczne, leki przeciwbólowe, czapkę z daszkiem, okulary przeciwsłoneczne oraz powerbank. Wiedziałam, iż będę chciała zrobić mnóstwo zdjęć i nagrań.

Do startu prowadził około dwukilometrowy spacer przez budzące się do życia Chamonix. Potraktowałam go jako spokojną rozgrzewkę. Kiedy stanęłam na polanie, z której startował bieg, przez chwilę pomyślałam tylko jedno: „Co ja tutaj robię?”. Miałam wrażenie, iż wszyscy wokół wyglądają jak doświadczeni górscy biegacze – kamizelki, kijki, profesjonalny sprzęt. Wiedziałam jednak, iż sobie poradzę, bo przyjechałam tu przede wszystkim po doświadczenie, widoki i przeżycia, których nie daje asfalt.

Brama startowa

Trasa

Ku mojemu zaskoczeniu pierwsze kilometry były stosunkowo łatwe. Trasa prowadziła szerokimi drogami, miejscami choćby asfaltem, a tempo całej grupy było bardzo spokojne. To mocno różniło się od biegów ulicznych, gdzie wielu zawodników daje się ponieść emocjom i rusza zdecydowanie za szybko. Tutaj każdy wiedział, iż prawdziwe wyzwanie dopiero nadejdzie. Pierwsze pięć kilometrów pokrywało się z trasą biegu na 10 kilometrów, więc można było spokojnie truchtać i chłonąć atmosferę. Na nogach miałam New Balance Rebel Trail i od pierwszych metrów czułam, iż był to dobry wybór.

Na jednym z asfaltowych zbiegów przez chwilę poczułam się znowu jak na swoim terenie. Nogi same poniosły mnie w dół, dzięki czemu wyprzedziłam sporą grupę zawodników. Nie miało to jednak większego znaczenia, nie przyjechałam tu, by się ścigać. Mniej więcej około 8-9 kilometra krajobraz zaczął się zmieniać. Droga zrobiła się coraz bardziej stroma. Nie miałam ze sobą kijków, ponieważ świadomie z nich zrezygnowałam, wiedząc, iż brak doświadczenia w ich używaniu mógłby bardziej przeszkodzić niż pomóc. Robiłam więc dokładnie to, co bardziej doświadczeni zawodnicy – gdy oni przechodzili do marszu, ja robiłam to samo.

Chwilę przed startem

Co chwilę zatrzymywałam się na zdjęcia i krótkie nagrania. Trudno było tego nie robić, widoki stawały się coraz piękniejsze, a temperatura rosła z każdym kilometrem. Na trasie nie było wielu kibiców, ale mijaliśmy turystów, którzy z uśmiechem dopingowali wszystkich zawodników. Kilkukrotnie słyszałam francuskie okrzyki, które dodawały energii. Każdy, zarówno na trasie, jak i poza nią, wydawał się serdeczny i wspierający. Mimo iż pokonywałam kilometry samotnie, nie czułam się sama. Taki jest chyba urok biegów górskich.

Punkt odżywczy

Po około 11 kilometrze dotarłam do pierwszego punktu odżywczego. To również było dla mnie coś zupełnie nowego. Nie był to stolik z kubkami ustawionymi co kilka metrów, jak podczas maratonów ulicznych. Zamiast tego na trasie rozstawiono namiot wypełniony jedzeniem – świeże owoce, ciasta, sery, napoje, woda oraz miejsce, w którym można było na chwilę usiąść, odpocząć i uzupełnić zapasy. Do tego zraszacze wodne, toalety oraz mnóstwo wolontariuszy zachęcających, by dać sobie chwilę na regenerację.

Pierwsze podejścia
Punkt żywnościowy

Najbardziej zaskoczyło mnie to, iż nikt się nie spieszył. Każdy korzystał z punktu z kulturą, zawodnicy rozmawiali, spotykali swoich bliskich i dopiero potem ruszali dalej. To zdecydowanie inna perspektywa niż walka o sekundy na biegach ulicznych. Oczywiście elita rządzi się swoimi prawami, ale mimo wszystko czuć było większy spokój i mniejszą presję na wynik.

Druga część trasy

Po opuszczeniu punktu odżywczego zaczęły się bardzo wymagające wzniesienia. Najtrudniejszym mentalnie fragmentem był długi, odsłonięty stok bez drzew, gdzie słońce bezlitośnie grzało. Żwirowa droga wydawała się nie mieć końca, cały czas prowadziła pod górę. Wtedy pomogłam sobie w najprostszy sposób, dzwoniąc do bliskich i odwracając uwagę od wysiłku, dzieląc z nimi widoki i emocje.

Kiedy dotarłam wyżej, miałam na zegarku około 1700 metrów przewyższenia. Pomyślałam wtedy, iż do 2000 metrów, gdzie kończył się cały bieg, nie zostało już tak wiele. Wtedy jednak zaczęły się zbiegi i to właśnie one były dla mnie najtrudniejsze technicznie. Były wąskie, strome, kamieniste, pełne korzeni i bardzo wymagające. Jako niedoświadczona biegaczka, która nie chciała ryzykować kontuzji i ma jeszcze przed sobą cały sezon, stawiałam każdy krok bardzo ostrożnie. W tym czasie wielu bardziej doświadczonych zawodników mijało mnie, biegnąc w dół z ogromną swobodą, jakby czytali teren bez zastanowienia. Właśnie wtedy uświadomiłam sobie, jak wiele jeszcze mam do nauczenia się w biegach górskich.

Dalsza część trasy prowadziła przez pofałdowany teren. Raz wspinałam się pod górę, by po chwili znów zbiegać w dół. Za każdym razem, gdy wydawało mi się, iż osiągnęłam już najwyższy punkt, trasa zaskakiwała kolejnym podejściem i następnym zbiegiem. Mimo narastającego zmęczenia trudno było narzekać, gdyż widoki wynagradzały każdy wysiłek.

Słońce świeciło coraz mocniej, a temperatura wyraźnie rosła, dlatego regularnie sięgałam po wodę i wypatrywałam kolejnego punktu odżywczego, który znajdował się w okolicach 18 lub 19 kilometra. Gdy w końcu do niego dotarłam, byłam już naprawdę wysoko. Przede mną rozpościerała się panorama gór, która wyglądała jak żywcem wyjęta z pocztówki. Na chwilę się zatrzymałam, nie tylko po to, by złapać oddech i uzupełnić płyny, ale też, by nacieszyć się widokiem i zrobić kilka zdjęć. Dopiero po krótkiej przerwie ruszyłam na ostatni odcinek trasy.

Alpy

Pamiętam, iż po dwudziestym kilometrze przyszła chwila refleksji. Uświadomiłam sobie, iż zostały mi już tylko trzy kilometry tej niesamowitej przygody. Miałam ochotę zatrzymać czas, by jak najdłużej chłonąć otaczające mnie widoki, czerpać z majestatu gór i po prostu być w tej chwili. Czułam ogromną wdzięczność, iż mogę być w tym przepięknym miejscu. Oczywiście odczuwałam już zmęczenie, byłam w ruchu od blisko czterech godzin, ale ono schodziło na dalszy plan. Zachwyt był ponad wszystko!

Ostatnie kilometry i meta

Ostatnie kilometry mijały zaskakująco szybko. Po uczestnikach było widać narastające zmęczenie, ale każdy chciał już dotrzeć do mety. Ta jednak, jak to często bywa w biegach górskich, zdawała się nie nadchodzić. GPS momentami gubił sygnał, dlatego mój zegarek pokazał metę dopiero tuż przed 25 kilometrem. Jej zbliżanie się zdradzały przede wszystkim coraz głośniejsze okrzyki kibiców. Po drodze mijałam jeszcze płaty zalegającego śniegu i lodu, które dodawały temu miejscu wyjątkowego uroku. Zaczęłam też rozpoznawać okolicę, dzień wcześniej byłam tu na kolacji, więc wiedziałam, iż za chwilę zobaczę schronisko, a obok niego kolejkę, którą później zjadę do miasteczka.

Sama meta była dość skromna i znajdowała się na niewielkiej polanie z panoramicznym widokiem na Alpy. Kibice głośno dopingowali zawodników, uderzając w charakterystyczne alpejskie dzwonki. Na mecie otrzymałam drewniany medal. Prosty, ale bardzo symboliczny, idealnie oddający charakter tego biegu. W takich zawodach najważniejsza nie jest sama meta, ale wszystko to, co wydarzyło się po drodze, a medal to idealnie podkreślał.

Meta

Zaskoczyło mnie również to, iż po przekroczeniu linii mety organizatorzy sprawdzali obowiązkowe wyposażenie. Musiałam wyjaśnić brak kurtki przeciwdeszczowej. Przed startem dokładnie sprawdziłam prognozę i uznałam, iż nie będzie potrzebna i rzeczywiście się nie przydała. Ta sytuacja pokazała mi jednak, jak dużą wagę w biegach górskich przykłada się do bezpieczeństwa.

Po biegu zostałam jeszcze przez chwilę na górze. Chciałam nacieszyć się widokami, pobyć w tym miejscu i po prostu docenić to doświadczenie. Z zachwytem obserwowałam paralotniarzy unoszących się nad alpejskimi szczytami. To był naprawdę niezwykły widok, który odblokował we mnie kolejne małe marzenie. Po chwili odpoczynku zjechałam darmową kolejką przeznaczoną dla biegaczy do miasteczka. Byłam zmęczona, ale przede wszystkim szczęśliwa i wdzięczna za tę wyjątkową przygodę.

Podsumowanie

Czy mogę porównać bieg górski do biegu ulicznego? Nie sądzę. Dla mnie to dwa zupełnie różne rodzaje startów. Jeden traktuję bardzo poważnie, drugi zaś był dla mnie raczej górską wyprawą. Wielki szacunek dla biegaczy górskich, którzy pokonują tak trudne dystanse i przewyższenia biegnąc, co dla wielu zwykłych biegaczy wydaje się nieosiągalne, także dla mnie. Była to niezwykła przygoda, ale jako biegaczka uliczna uwielbiam adrenalinę miasta, skupienie na prędkości i ten jednostajny rytm. Dlatego nie zamieniłabym ulicznego biegania na górski bieg. Jednak to doświadczenie pokazało mi, iż górskie wycieczki na stałe wejdą do mojego repertuaru, nie dla adrenaliny startu, ale dla widoków, atmosfery i tych wyjątkowych przeżyć, które starałam się oddać w tym artykule. Polecam każdemu i dziękuję marce New Balance za zaproszenie. Nie zapomnę tego dnia nigdy!

Idź do oryginalnego materiału