Życiowa szansa przeminęła z wiatrem. Stoch nie dorównał legendzie

5 dni temu
Gablota na indywidualne trofea Kamila Stocha jest wypełniona niemal po brzegi. Jest w niej jednak jedno wolne miejsce, które najpewniej już pozostanie puste. Nasz reprezentant ścigał złoto mistrzostw świata w lotach przez całą karierę. Ostatnią próbę podejmie tam, gdzie osiem lat temu jego marzenie było najbliżej spełnienia.
Przed Kamilem Stochem kolejny z "ostatnich razów", którymi finałowy sezon jego kariery jest wypełniony do granic możliwości. Za Polakiem już ostatni Turniej Czterech Skoczni oraz ostatnie zawody Pucharu Świata w Wiśle i Zakopanem. Teraz nadchodzi czas pożegnania z jedynym szczytem, na który nie udało mu się wspiąć (i marne szanse, by miało się w tym roku udać). Przed naszym czempionem ostatnie w karierze mistrzostwa świata w lotach.


REKLAMA


Zobacz wideo Stoch nie mógł powstrzymać łez po ostatnim skoku w Zakopanem


Kamil Stoch wraca tam, gdzie o złoto walczył już. I prawie je wywalczył
Stoch w "lotniczym" czempionacie brał udział wielokrotnie, czasem jako jeden z faworytów. Zawsze jednak złoto Polakowi uciekało i nie ma co się czarować, na 99,9 proc. dopaść się już nie da. Co więcej, ta historia zakończy się w miejscu, w którym upragniony cel był najbliżej - na skoczni im. Heiniego Klopfera w Oberstdorfie.
Cofnijmy się o osiem lat. Najlepsi skoczkowie świata zjechali w 2018 roku do Oberstdorfu po raz drugi w tamtym sezonie. Kamil Stoch był wówczas po historycznym sukcesie: triumfie w Turnieju Czterech Skoczni po wygraniu wszystkich czterech konkursów. Dokonał tego jako drugi w historii, po Svenie Hannawaldzie. Między tamtym TCS-em a mistrzostwami świata w lotach odbyły się również loty w Bad Mittendorf. Miały być dwa konkursy, ale wiatr pozwolił tylko na jeden. Stochowi poszło w nim bardzo słabo, zajął dopiero 21. miejsce. Jednak nasz mistrz ze skocznią Kulm zawsze miał trudne relacje. Nie proponował co prawda, iż pomoże ją wysadzić w powietrze, jak kiedyś obiekt w Oslo, ale pewnie wiele nie brakowało. Innymi słowy, gorsza dyspozycja Stocha na austriackim mamucie nikogo za mocno nie martwiła. choćby w obliczu zbliżającego się czempionatu.
Nykaenen ma swój klub, ale na razie jest w nim sam
Już wtedy wiedzieliśmy to, co dzisiaj. Złoto mistrzostw świata było jedynym indywidualnym osiągnięciem, jakiego Stochowi brakowało. Gdyby je zdobył, miałby na koncie wszelkie możliwe indywidualne tytuły, jakie w skokach można zdobyć, czyli mistrzostwo olimpijskie, mistrzostwo świata, Kryształową Kulę za Puchar Świata, triumf w Turnieju Czterech Skoczni oraz właśnie mistrzostwo świata w lotach. Do tej pory udało się to jedynie legendarnemu Finowi Mattiemu Nykaenenowi. Tylko on wygrał absolutnie wszystko, co tylko można, czyli "przeszedł tę grę".


Stoch w karierze wygrywał zawody Pucharu Świata na mamutach (pięć razy), a w marcu 2017 roku w Planicy poleciał 251,5 metra, co do dziś jest jedynym polskim skokiem na ponad ćwierć kilometra i rekordem kraju. Jednak mnogość jego sukcesów na skoczniach pozostałych rozmiarów nieco odciąga jednak uwagę od dokonań na lotach. Zresztą z Adamem Małyszem było dokładnie tak samo.


Na upartego można dodać, iż Kamil mógł zostać jeszcze jednym "drugim w historii". Mianowicie drugim w historii Polakiem, który zdobył medal mistrzostw świata w lotach. Ale nie po Małyszu, a po Piotrze Fijasie, brązowym medaliście MŚwL w Planicy z 1979 roku. Stoch był blisko medalu w 2014 roku (mistrzostwa świata w lotach realizowane są co dwa lata), jednak ostatecznie w Harrachovie zajął 5. miejsce. Mistrzem został wtedy Severin Freund, a nasz rodak do trzeciego Petera Prevca stracił 11,8 pkt.
Pogoda powiedziała jasno: tańczycie, jak wam zagram
Cztery lata później w Oberstdorfie głównymi rywalami Stocha mieli być Norwegowie Andreas Stjernen i Daniel Andre Tande, którzy zdominowali tydzień wcześniej rywalizację w Kulm; Richard Freitag, żądny rewanżu za kolejne zniszczone marzenie niemieckich kibiców o triumfie w TCS-ie oraz rekordzista świata, Austriak Stefan Kraft. Innymi słowy, Polak miał z kim walczyć, a na błędy nie było miejsca, bo mistrzostwa świata w lotach to co prawda dwa dni skakania, ale konkurs tylko jeden, za to czteroseryjny. Przynajmniej w założeniach, bo od 2010 roku na osiem edycji tylko w trzech udało się przeprowadzić wszystkie cztery serie. Pięciokrotnie odwoływano co najmniej jedną serię - przez za silny wiatr.


W Oberstdorfie od początku obawiano się o pogodę. Prognozy były kiepskie, a czwartkowe kwalifikacje musiano przenieść na piątek, czyli pierwszy dzień konkursu. Pogoda w końcu się zlitowała i pozwoliła na skakanie, choć o idealnych warunkach nie było mowy. Główną przeszkodą choćby nie był wiatr, a padający ciągle śnieg, który zastawiał na skoczków pułapki, "przytrzymując ich" na zeskoku. Na mamutach to wyjątkowo niebezpieczne.
- Warunki były dość ciężkie, przy lądowaniach trzeba było bardzo uważać - mówił później Dawid Kubacki.


O podstępności odśnieżanego zeskoku przekonał się np. Michael Hayboeck, który, choć poleciał krótko (171,5 m), skoku nie ustał.
Tande pokazał moc. Stoch od początku musiał gonić
Kamil Stoch gwałtownie udowodnił, iż co było na Kulm, zostało na Kulm. W kwalifikacjach był drugi, ale dostał przy tym poważne ostrzeżenie od Daniela Andre Tande. Norwegowie odgrażali się, iż ich rodak przygotował na mistrzostwa wielką formę i okazało się, iż mieli rację. Tande poleciał aż 238,5 metra, co na nieco mniejszym od Kulm, Vikersund oraz Planicy obiekcie robiło szczególne wrażenie. Zwyciężył w kwalifikacjach, o ponad 11 pkt. przed Stochem.


W dwóch pierwszych seriach konkursowych Stoch najpierw skoczył 230 metrów, a potem 219, ale Tande też błyszczał. Odległościowo wypadł co prawda gorzej (212 i 227 metrów), jednak te wyniki osiągał z niższych belek, a w dodatku przy gorszym wietrze. Efekt był taki, iż po pierwszym dniu rywalizacji miał nad Polakiem aż 18,1 pkt przewagi. W dodatku Stoch musiał gonić nie tylko jego, bo między Polaka a Norwega wbił się jeszcze Richard Freitag (o 6,9 pkt przed Stochem). Czwarty, Stefan Kraft, tracił już do pozycji medalowej prawie 20 punktów.
Wiatr ze skoczkami gra w pokera. Raz im daje, raz zabiera
Synoptycy zapowiadali, iż drugi dzień konkursowy będzie najspokojniejszy. Jednak wiadomo, jak to jest z pogodą w górach. Trzecia seria mistrzostw zaczęła się z ponadpółgodzinnym opóźnieniem. Nad zawodami wisiała groźba powtórki ze wspomnianego już Harrachova z 2014 roku, gdy odbyły się tylko dwie z czterech serii, bo na tyle pozwolił wiatr.


Ostatecznie udało się zawody rozpocząć i choć witar "kręcił", a niejeden skoczek musiał dłużej poczekać na swoją próbę. Gdy doszło do skoków czołowej trójki, humory polskich kibiców się poprawiły. Stoch wykorzystał, iż jemu akurat w plecy powiało nieco lżej. Poleciał 211,5 metra, aż o 20 metrów więcej od Freitaga, którego dzięki temu w łącznej klasyfikacji wyprzedził o równo 11 punktów, a także o 11,5 metra dalej od Tande.


Tande z przewagą przed ostatnią serią? Już to gdzieś widzieliśmy
Norweg dzięki rekompensacie za wiatr przez cały czas miał przewagę 13,3 pkt nad Stochem. Taki zapas na skoczni dużej jest naprawdę spory, na normalnej wręcz niemożliwy do odrobienia. Ale mamut to co innego. Poza tym Tande miał już historię wywrotki na ostatniej prostej. Przypomnieli to zresztą komentujący zawody dla TVP Sport Włodzimierz Szaranowicz i Przemysław Babiarz. Norweg rok wcześniej przystępował do zawodów w Bischofschofen jako lider Turnieju Czterech Skoczni. Ale nie wytrzymał presji. Zawalił drugi skok, źle wybijając się z progu i ledwo wyratował się przed upadkiem (były też tłumaczenia, iż zawiodło wiązanie w narcie). Złotego Orła za wygranie TCS, pierwszego w karierze, zgarnął wówczas Kamil Stoch. Demony zatem szykowały się na Norwega.
Nie było nam jednak dane przekonać się, czy Tande tym razem poradziłby sobie z presją. Nie pozwolił na to wiatr, który rozszalał się po trzeciej serii. Sędziowie próbowali do końca, zezwolili jeszcze na skoki trzech zawodników, ale po próbie Włocha Sebastiana Colloredo zakończyli mistrzostwa.
Wielka batalia, dla której zabrakło pola bitwy. Wiatr zdmuchnął szanse Stocha
Stoch nie okazywał rozczarowania. Na drugim stopniu podium uśmiechał się od ucha do ucha, choć szansa na mistrzostwo świata "przeminęła z wiatrem".


Przy czym wówczas były jeszcze mocne podstawy, by sądzić, iż Kamil może je jeszcze wywalczyć. Miesiąc później zdobył trzecie olimpijskie złoto, a sezon zakończył z drugą w karierze Kryształową Kulą. Niestety, choć jeszcze przez trzy lata nie opuszczał top 5 klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, druga taka szansa na MŚwL się nie powtórzyła. W 2020 roku w Planicy skończył na 8. miejscu, zaś dwa lata później w Vikersund był dopiero 22. Z kolei w 2024 roku nie dość, iż forma już niedomagała, to jeszcze zorganizowano mistrzostwa na jego "ulubionej" skoczni w Kulm. Stocha zabrakło w składzie na konkurs indywidualny.
Teraz nasz mistrz powraca do srebrnego dla niego w 2018 roku Oberstdorfu. Tu był najbliżej, tutaj też zakończy się jego przygoda z mistrzostwami świata w lotach.
Nie łudzimy się, na złoto szanse są iluzoryczne. Stoch nie pójdzie w ślady Nykaenena. Fin siedzi sam w swoim własnym klubie, ale grono tych, którym brakuje tylko jednego złota, też nie jest duże.
Skoczkowie (poza Stochem), którym brakuje jednego indywidualnego osiągnięcia do złotego kompletu w skokach narciarskich:


Jens Weissflog - taki sam przypadek, jak Stoch, i to niemal idealnie. Brakuje mu złota mistrzostw świata w lotach, za to ma srebro. Tytuł przegrał w Planicy w 1985 roku z... Nykaenenem. Gdyby to on wtedy wygrał, właśnie o Niemcu mówilibyśmy dziś jako o "tym jedynym" (to było jedyne złoto Fina w MŚwL). Ma też brąz z Vikersund z 1990 roku. Wówczas Nykaenen zdobył srebro, a złoty był Dieter Thoma.
Espen Bredesen - wygrywał wszystko "po razie", bo i złoto igrzysk (Lillehammer 94' na skoczni normalnej), i złoto mistrzostw świata (Falun 93' na skoczni dużej), i Kryształową Kulę (93/94) i TCS (93/94). Jemu również brak tytułu w lotach i on także ma w nich srebro, wywalczone w Planicy, w 1994 roku. Uległ wówczas Czechowi Jaroslavowi Sakali, a po zawodach... zamienił się na medale z trzecim Roberto Ceconem. Wszystko przez "regułę 191", przepis wprowadzony przez FIS po serii wypadków na MŚwL w Kulm w 1986. Zakładał on, iż punkty za odległość przyznawane będą tylko do... 191 metra. Miało to zniechęcić skoczków do brawury i pogoni za rekordem świata. Cecon poleciał wówczas w ostatniej serii 199 metrów, a noty od sędziów nie zrekompensowały strat spowodowanych obowiązującymi przepisami. Dopiero po tej sytuacji FIS wyrzucił "regułę 191" do śmieci.
Thomas Morgenstern - uwielbiany w Polsce "Morgi" to kolejny, któremu zabrakło mistrzostwa świata w lotach. Ona wprawdzie złote medale ma, choćby trzy, ale wszystkie w drużynie. Indywidualnie był trzeci na Kulm, w 2006 roku. Wygrał wówczas Norweg Roar Ljokelsoy, przed obecnym trenerem austriackiej kadry Andreasem Widhoelzlem.
Gregor Schlierenzauer - pierwszy w tym zestawieniu, który solowe złoto MŚwL ma (Oberstdorf 2008). Jemu brakuje olimpijskiego indywidualnego złota. Ma dwa brązy, wywalczone w Vancouver w 2010 roku. Wówczas w obu konkursach podium wyglądało tak samo: 1. Simon Ammann, 2. Adam Małysz, 3. Schlierenzauer.
Simon Ammann - czterokrotny mistrz olimpijski nigdy nie wygrał Turnieju Czterech Skoczni. I mimo iż dalej skacze, już tego raczej nie zrobi. Cztery razy był na podium TCS-u, w tym dwa razy drugi (2008/09 i 2010/11). Jednak tak jak on zawsze "okradał" Małysza ze złota igrzysk, tak jemu Złotego Orła zabierali Austriacy (najpierw Wolfgang Loitzl, potem Thomas Morgenstern).
Stefan Kraft - trzy solowe złota mistrzostw świata, trzy Kryształowe Kule, wygrany Turniej Czterech Skoczni (14/15), mistrzostwo świata w lotach (2024, Kulm), 129 razy na podium zawodów PŚ (rekord), ale złota olimpijskiego indywidualnie na razie nie zdobył. Ba! Nie ma choćby żadnego "indywidualnego" krążka igrzysk.


Kobayashi, Lindvik i Kraft są najbliżej? Niekoniecznie
A czy z obecnej czołówki ktoś poza Kraftem może w najbliższych latach dołączyć do Nykaenena? jeżeli mistrzem świata w lotach zostanie w Oberstdorfie Ryoyu Kobayashi, to Japończyk znajdzie się o krok od "złotego kompletu". Będzie mu już brakować jedynie "zwykłego" mistrzostwa świata. Trzy na pięć ma też Marius Lindvik, który potrzebuje Kryształowej Kuli i wygrania TCS-u. Przy czym niewykluczone, iż najbliżej może być w tym sezonie... Domen Prevc.


Słoweniec na razie ma co prawda tylko dwa z pięciu (MŚ i TCS) zwycięstw, ale tak się składa, iż tej zimy do zdobycia są wszystkie rzeczy, których mu brakuje. Będzie faworytem mistrzostw świata w lotach, na igrzyskach będzie miał dwie szanse, a po Kryształową Kulę pędzi jak rakieta. jeżeli utrzyma kosmiczną formę i nie pęknie w którymś z ważnych momentów, Matti Nykaenen w końcu będzie musiał otworzyć drzwi do swojego klubu "Mam wszystko".
Idź do oryginalnego materiału