Tym razem wystartowaliśmy, w dosłownym tego znaczeniu, nie z Wrocławia, a z Berlina. W samolocie nie brakowało fanów speedwaya, ale i samych bohaterów tego sportu.
– Lecimy pooglądać Grand Prix i fajnie byłoby za parę lat w takim cyklu się ścigać z najlepszymi tego żużlowego świata – mówił nam Maksymilian Pawełczak, któremu towarzyszył Kacper Andrzejewski, czyli kompan z pary juniorskiej w Abramczyk Polonii Bydgoszcz. Dla, jak to pisała była konkurencja, „złotego dziecka” podróż dobrze się nie zaczęła. Obsługa lotu zażądała od juniora Polonii dopłaty za niewymiarowy bagaż, choć byli tacy, którzy z większą „walizką” podobnych nieprzyjemności uniknęli.
⁃ Trafiają pasażerów, sprawdzają i taki kontroler ma ponoć 5 euro prowizji od znalezienia pasażera z niewymiarowym bagażem. Tym razem trafiło na Maksa – mówił nam zaprzyjaźniony Mateusz Wróblewski z WP Sportowe Fakty, który także podróżował żużlowym samolotem.
W piątkowe popołudnie zameldowaliśmy się już w Manchesterze, który rok temu witał nas słońcem i wysoką jak na Anglię temperaturą. Tym razem jednak przez trzy dni częstszym lub rzadszym towarzyszem był deszcz. Po szybkim zakwaterowaniu udaliśmy się na stadion, aby sprawdzić co też tam się przed zawodami dzieje. Przyznam szczerze, iż po wypowiedzi Marka Lemona dla Speedway Star, iż w tym roku będzie zdecydowanie lepiej, aniżeli w poprzednim oczekiwaliśmy, iż tę poprawę odczujemy błyskawicznie na własnej skórze. Pierwsze co odczuliśmy, a raczej zobaczyliśmy to to, iż tablice informacyjne dla zmotoryzowanych udających się na zawody oznajmiały, iż będzie to nie Grand Prix, a Speedway of Nations. Ciekawe.

Tradycyjne miasteczko Grand Prix nie zaskoczyło niczym nowym, a wręcz przeciwnie. W porównaniu do ubiegłego roku zabrakło w nim choćby stanowisk z gadżetami zawodników. Przy punkcie gadżetów cyklu Grand Prix do nowości zaliczyliśmy jedynie pluszowego misia w cenie bodajże 10 funtów. Najwięcej fanów oblegało namiot Monstera, gdzie oczywiście za darmo można było otrzymać puszkę energetycznego napoju. Warto zaznaczyć, iż w jednym z namiotów wystawione były „leciwe” motocykle, a wśród nich replika motoru Petera Collinsa z 1976 roku.


– Dziś tutaj będzie rządził nie kto inny, jak Bartosz Zmarzlik. Lublin tradycyjnie przyleciał go dopingować – mówili nam kibice drużyny Koziołków.
Co do samych kibiców, to oczywiste jest, iż najwięcej było w weekend angielskich fanów żużla. Drugie miejsce, ewidentnie, dla naszych rodaków a na trzecim miejscu – o dziwo – fani Kaia Huckenbecka, czyli Niemcy.
– Kai wczoraj pojechał słabo, ale dzisiaj pokaże się z lepszej strony. Ma wciąż potencjał – mówił nam przed drugim turniejem fan żużla z Teterow.
O wynikach zawodów już pisaliśmy. Warto zatem dodać, iż po raz pierwszy od dłuższego czasu wielkiej ochoty na rozmowy z dziennikarzami nie miał po piątkowych zmaganiach Bartosz Zmarzlik, co wiedząc, iż Bartek jako jeden z niewielu żużlowców posiadający w pełnym tego słowa znaczeniu „gen Jordana”, czyli chęć zwycięstwa zawsze i wszędzie można zrozumieć. Nie można za to pojąć nocnego wpisu obecnego w Manchesterze kierownika reprezentacji Polski Dariusza Cieślaka, który w swoich mediach społecznościowych porównał wszystkich dziennikarzy, którzy relacjonowali przyciągającymi tytułami piątkowe zawody do pijanych kibiców. Rzeczą zrozumiałą jest, iż piszącym o żużlu retoryka „działacza” do gustu nie przypadła. Na pewnych funkcjach publicznych pewien poziom kultury obowiązuje, choćby jak zamieszcza się wpisy prywatne.
Żużel. Zmarzlik wykluczony w finale! Mamy gorący komentarz mistrza świata! – PoBandzie – Portal Sportowy
Żużel. Co za emocje! Dramat Zmarzlika w finale, Kurtz tryumfuje w Manchesterze! (RELACJA) – PoBandzie – Portal Sportowy
– Gdyby to się wydarzyło u nas w Anglii, to taki gość przepraszałby po godzinie publicznie, ale i tak, i tak pożegnałby się z funkcją. Chodzi po prostu o wizerunek, sponsorów itd. No, ale wy we wszystkim jesteście najlepsi – mówił drwiąco jeden z angielskich kolegów od „pisania”. Nasz działacz wpis usunął sobotnim południem, a w parkingu tryskał doskonałym humorem. PZM gratulujemy kierownika reprezentacji żużlowej.

Wracamy za kulisy piątkowych zawodów. Nie ukrywamy, iż mocno się zdziwiliśmy, kiedy w przerwie między biegami za kierownicą wózka widłowego wywożącego Toi-toie ujrzeliśmy ni mniej, ni więcej szefa i menadżera Belle Vue jednocześnie – Marka Lemona. Można? Można. Najwidoczniej Mark poszedł dalej aniżeli Krzysztof Mrozek, który podczas „ligi” naprawiał swego czasu taśmę startową. Wyobrażacie sobie na przykład, aby podczas rundy Grand Prix we Wrocławiu taką pracę wykonywał przykładowo Andrzej Rusko?
Mark Lemon nie na strefie VIP, a w akcji na wózku widłowymPo zawodach punkt obowiązkowy, jeżeli się jest na żużlu w Manchesterze, czyli żużlowy pub położony tuż przy stadionie. Tradycyjnie jak to przy turniejach Grand Prix bywa, w pomieszczeniu obok pubu odbywała się giełda kolekcjonerów żużlowych gadżetów, na której można było nabyć „białe kruki”.
– Miło was widzieć. Trochę ludzi się przewija, ale jak widzicie głównie wszyscy oglądają, a nie kupują – mówił nam największy kolekcjoner programów Nick Barber.


Warto nadmienić, iż niektóre programy z finałów światowych rozgrywanych w latach 50. wystawione były na sprzedaż po 300 funtów. Jak to w pubach bywa, przy piwie nie brak tematów do rozmów, jak i można poznać nietuzinkowe osoby. Jedną z nich była Denise Murray, która charakteryzowała się żużlowym ubiorem i kołatką Belle Vue pochodzącą z 1959 roku.
– Jak wiecie, kobiet o wiek się nie pyta (śmiech -dop.red.). Na żużel chodzę od małego. Mój ojciec Norman był żużlowcem. W latach 60. jeździł dla Belle Vue, a przedtem dla Liverpoolum To się ma we krwi. Kogo najbardziej ceniłam z żużlowców Belle Vue? Oczywiście najlepszy był Peter Craven, ale mój najbardziej ulubiony zawodnik to Barry Briggs. Taką kołatkę, którą podziwiacie mam jeszcze sprzed dekad. Pochodzi z 1959 roku. Przetrwała w doskonałym stanie do dziś. Popatrzcie, mam jeszcze żużlową torbę z lat 70. a tu na czapce dwie odznaki, które dostałam od samego Zenona Plecha, jak jeździł u nas na stadionie. Dał mi jedną, którą dostał w Leningradzie. Plech, Jancarz to byli fajni faceci nie tylko na torze – opowiadała nam fanka Belle Vue. W sobotę Denise spotkaliśmy ponownie, ale nie w pubie, ale przy stadionie gdzie kwestowała do puszki celem pomocy byłym zawodnikom.

Po wypiciu małego piwka, które zdaniem konesera chmielowego trunku, Bartosza Rabendy smakowało nieźle pora na powrót do wynajętego apartamentu. Pora późna. Decydujemy się na Bolta i tu mocne zaskoczenie. Przejazd kosztuje nas 5 funtów. Za dojazd autobusem na stadion zapłaciliśmy łącznie… sześć.
– Nie pierwszy raz piliśmy tu piwo i ponownie jest to znacznie lepszy wybór niż to, co możemy otrzymać na stadionie. Bardzo gładkie, delikatne piwo w angielskim, może choćby nieco irlandzkim stylu – oceniał piwo Bartosz Rabenda.
Wnętrze żużlowego pubuJeszcze tylko szybkie nagranie Lewoskrętnych i pora spać. Pobudka w dobrym nastroju. Śniadanie i wycieczka, a raczej przebieżka niżej podpisanego na położny niedaleko stadion Eithad, gdzie na co dzień grywa Manchester City. Stadion united zaliczony został przez nas dwa lata temu (TUTAJ POCZYTACIE O NASZYCH WRAŻENIACH).
Żużel. Pocztówka z Manchesteru, czyli papierologia, wizyta w Teatrze Marzeń i polskie akcenty (REPORTAŻ) – PoBandzie – Portal Sportowy


Wczesne południe spędzamy w centrum Manchesteru, gdzie oczywiście nie omijamy bukmacherów. Jak zwykle gramy symbolicznie za funta na wyścigi chartów i tu o dziwo dzięki jednemu z nihch z funta robimy 4. Kolejne, już żużlowe kupony postawione na Holdera, Zmarzlika oraz… Thomsena za 18 do 1 po godzinie 21 lądują niestety w koszu. Z centrum na stadion, ale z przystankiem na jedzenie. Za namową znajomych udajemy się do restauracji Howdy położonej niedaleko stadionu.

Wskazówka okazuje się nad wyraz trafna. Restauracja serwuje, jak się okazuje, naprawdę doskonałe jedzenie dla miłośników kuchni azjatyckiej i amerykańskiej. Takie dwa kuchenne światy pod jednym dachem. Rewelacyjny i ostry Chicken Tikka Masala jakieś szesnaście funciaków.
– Dostaliśmy po pełnej misce bardzo smacznego jedzenia. Spokojnie moglibyśmy zamówić dwie porcje i w trzech byśmy się najedli pod korek. Było obficie i smacznie – zachwycał się Bartosz Rabenda.

Przed zawodami jeszcze szybka wizyta w biurze prasowym, aby sprawdzić, czy dziś w przeciwieństwie do piątku można nalać sobie kawę i herbatę do kubka, czy komuś się wydaje, iż pije się prosto z dzbanków. Niestety poprawy nie ma i nie sposób nie mieć wrażenia, iż ktoś ewidentnie nie do końca myśli. Po co kawa i herbata w dzbankach skoro trzeba mieć do niej swoje kubki?
Po drodze na miejsca prasowe, przygotowane tradycyjnie na dostawianej trybunie, uwagę przykuwają kibice kupujący losy. Podchodzimy do stoiska, wszak jak wiecie, hazard w granicach rozsądku lubimy.
– Sprzedajmy losy za jednego funta. Wygląda to tak, iż połowa zysku ze sprzedaży idzie na potrzebny naszego klubu, czyli Belle Vue, ale połowa jest losowana i wygrana trafia do jednej z osób, która kupiła los. Wczoraj jeden z kibiców wzbogacił się o 780 funtów, a dziś pewnie pula będzie jeszcze większa – mówi nam chłopak obsługujący stoisko.
Stoisko loteryjneJeśli już o stoiskach, to w sobotę oblegane były najbardziej te serwujące piwo w cenie… Było stoisko z gadżetami Belle Vue, gastronomiczne z pizzą czy innymi przekąskami. Głodny fan żużla mógł głód, jak i pragnienie zaspokoić, ale tak naprawdę d*** to nie urywało.
– Piwo totalnie słabe i droższe aniżeli w pubie. Dla mnie to popłuczyny. Prawda jest taka, iż ten turniej w Manchesterze ratuje ściganie na torze, a sama otoczka sprawia wrażenie słabszej. Rok temu atmosferę czuło się bardziej, ale to pewnie ze wyglądu na obecność Bewleya – mówił jeden z kibiców wrocławskiej Sparty obecny w Manchesterze. Niestety w swojej opinii nie był on odosobniony.

Przed drugim turniejem na murawie pojawia się orkiestra na szczudłach. To akurat nowość. Doskonale zostaje wykonany hymn gospodarzy, a na trybunach słychać plotki, iż głos wcale nieprzypadkowo zbliżony do jednego z byłych znanych tenorów.

Po zawodach wygranych przez Brady’ego Kurtza jeszcze konferencja prasowa, na której można było spotkać oprócz nielicznej w tym roku grupy dziennikarzy rodziców Australijczyka.
– Oczywiście cieszymy się z wygranej i zostajemy w Europie do turnieju we Wrocławiu. Zaliczymy także mecz Brady’ego dla Sparty – mówił nam ojciec Kurtza, Steve.
– To wielka, wielka duma dla nas. Niesamowite jest dla nas to, co dzieje się od zeszłego roku – dodawała mama Brady’ego, Sue.


Żużel w Manchesterze mamy zatem po raz kolejny odhaczony, ale to nie koniec. Samolot powrotny do Europy niedzielnym wieczorem. Zatem niedzielę autor reportażu postanawia spędzić z towarzyszami w Walii. Ostatecznie jednak, jak się później – ku naszemu zdziwieniu okazuje, granicy Anglii nie przekraczamy, a lądujemy w forcie Perch Rock w nadmorskim New Brighton.

Co niektórzy z nas geografii muszą się jeszcze uczyć. Zbudowany w 1829 roku fort miał służyć ochronie pobliskiego Liverpoolu przed atakami drogą morską. Co najciekawsze, podczas drugiej wojny światowej amerykańscy oraz angielscy żołnierze „trenowali” w nieistniejącym dziś w forcie basenie, „wodny” atak na Normandię oraz inwazję na Włochy.

Jeśli ktoś z Was będzie w Liverpoolu czy Manchesterze odwiedzenie fortu, jak i uroczej miejscowości New Brighton polecamy. My odbyliśmy jeszcze krótki spacerek promenadą w New Brighton i udaliśmy się via Liverpool, o którym pisaliśmy podczas marcowej wizyty w Anglii do Manchesteru.
Żużel. Jak z Bewleyem uhonorowaliśmy Cravena. Śladami mistrza i Johna Lennona (REPORTAŻ) – PoBandzie – Portal Sportowy
New Brighton
Szybki obiad w słynnej z obecności gwiazd Bollywood restauracji Sangam i udajemy się na lotnisko. Tam tradycyjny już dla nas przegląd prasy. Uwierzcie na słowo – w paru dziennikach ogólnokrajowych oraz lokalnych nie znaleźliśmy choćby najmniejszej wzmianki o turniejach w Manchesterze. Na kolumnach sportowych prasy angielskiej w weekend królowała piłka nożna i szanse Anglików na mistrzostwo świata oraz Formuła 1.

O ile samolot do Manchesteru był lekko żużlowy, to ten powrotny jest już mega „żużlowy”. Są kibice, są dziennikarze, jak i osoby związane w inny sposób z czarnym sportem. W rozmowach nie brak zgodności co do faktu, iż patrząc na to, jak wystartował cykl pod egidą Mayfield, trudno być optymistą. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż cykl się raczej zwija, a nie rozwija. Chodzą plotki, iż od 2028 jeden z manchesterskich turniejów pojedzie w Glasgow. Pożyjemy, zobaczymy.
– Mayfield pewnie poprowadzi to do końca kontraktu i mistrzostwa wrócą do FIM. Co będzie dalej, zobaczymy. Zmiany raczej, póki co, na gorsze aniżeli lepsze. Nie ma się co dziwić, iż ani słowa w prasie o zawodach skoro dziennikarze siedzą na trybunie, gdzie choćby nie otworzysz laptopa, bo na niego deszcz napada. Kawy w chłodny, deszczowy wieczór się nie napijemy, bo ktoś nie wpadł na to, iż przydałyby się plastikowe kubki – komentował ze śmiechem jeden z polskich dziennikarzy.
Jest na koniec dawka optymizmu. Do Polski wraca również młodzieniec o imieniu Karol z tatą. – Podobało mi się w Manchesterze. Fajny tor, były ścieżki do mijania. Po raz pierwszy byłem na żużlu z tatą, jak miałem cztery lata. Jestem za Bradym Kurtzem i bardzo fajnie, iż wygrał – mówi nam mały sympatyk wrocławskiej Sparty.
W Anglii żużel umiera głównie z faktu, iż odchodzi starsze pokolenie, a młodsze ma inne sprawy na „głowie” niż jakiś zaściankowy sport. Mały Karol i pewnie wielu jemu podobnych szczepionych skutecznie przez rodziców na żużel daje małą nadzieję, iż w Polsce sport ten jeszcze trochę poegzystuje na całkiem niezłym poziomie. Pytanie tylko jak długo?
Naczelny Po Bandzie, Bartosz Rabenda w rozmowie z triumfatorem sobotniej odsłony Grand Prix

2 miesięcy temu















