Żużel. Skuter na wodzie, aureola nad Olimpijskim i „oni tego nie pojadą”, czyli 300. GP (REPORTAŻ)

4 dni temu

W 1992 roku we Wrocławiu rozegrano finał Indywidualnych Mistrzostw Świata, który zakończył się wygraną Gary’ego Havelocka. Wtedy zawody zostały mocno opóźnione przez ulewę nad wrocławskim stadionem i zakończyły się z dużym opóźnieniem. Niemal ten sam scenariusz mieliśmy w sobotę.

Nad stadionem tuż po godzinie 18 przeszła ulewa, która po raz pierwszy „uderzyła” w organizatorów. Już wiadomym było, iż o ile zawody się w ogóle odbędą, to z dużym opóźnieniem. Kiedy podawano szokującą informację, iż start pierwszego biegu planowany jest na godzinę 19.50, to niebo uderzyło po raz drugi i zdecydowanie na dłużej. Mało kto wtedy wierzył, iż motocykle jeszcze tego wieczora, a raczej tej nocy, zawarczą nad Olimpijskim.

Żużel. Madsen zdradza kulisy z parku maszyn we Wrocławiu! Chcieli jechać… w niedzielę! – PoBandzie – Portal Sportowy

Żużel. Thomsen szczery po GP! „Wszystko pływało, a ja nie chciałem ryzykować życiem” – PoBandzie – Portal Sportowy

– Nie wiem po co tyle czasu kibice trzymani są na stadionie, skoro wiadomo, iż na takim torze się nie pojedzie. Nie ma na to większych szans – mówił nam niemiecki dziennikarz.

– Takie czekanie to jest tylko przeciąganie wyroku nad tymi zawodami. Oni tego za żadne skarby nie pojadą. Swoją drogą wielki żal, iż nie ma w stawce już Fredrika Lindgrena – dodawał jeden ze szwedzkich kibiców.

Najwyraźniej pewnych swego kibiców było więcej. Pomimo faktu, iż wszystkie bilety były wyprzedane – podczas rozgrywania zawodów dostrzec można było puste miejsca.

Złe wieści dochodziły też z parku maszyn. Kamery pokazywały prawdziwą powódź. Panował wielki chaos, wiele elementów sprzętu trzeba było ratować przed zalaniem. Intensywnie pracowali strażacy, którzy też okazji nie marnowali. Niektórzy z nich w wolnej chwili decydowali się na… selfie z Bartoszem Zmarzlikiem. Film z tego uroczego zdarzenia zobaczycie TUTAJ.

Od początku opadów optymistą odnośnie rozegrania zawodów był natomiast legendarny dziennikarz, Henryk Grzonka.

– Pamiętasz doskonale finał IMŚ w 1992 roku. Było wtedy bardzo podobnie. Ten tor jest naprawdę doskonale przygotowany i ja uważam, iż o ile zawody nie pojadą zgodnie z „nowym” planem o 19.50, to wystartują tak gdzieś około 21 – mówił nam dziennikarz Polskiego Radia Katowice.

Jak się okazało, kilka się ostatecznie pomylił. Pierwszy bieg wystartował dokładnie o godzinie 21.48, a bieg finałowy, wygrany przez Bartosza Zmarzlika, zakończył się tuż przed samą północą. W międzyczasie mieliśmy jeszcze… problemy z prądem w wieżyczce sędziowskiej. Dużo nie brakowało, a startowalibyśmy na… flagę. Phil Morris zdążył już ponownie przeszkolić całą ekipę, ale wtedy wszystko zaczęło działać.

Co ciekawe, tuż po pierwszym biegu nad murawą można było dostrzec aureolę z dymu, która „potwierdzała”, iż niebiosa zaczęły organizatorom sprzyjać.

– Mało nam brakowało, dosłownie kilkadziesiąt sekund, a moglibyśmy mówić ,że mamy jeden, ale finał dwudniowy – dodawał jeden z dziennikarzy.

Na pewno sporą cierpliwością wykazali się w sobotni wieczór kibice, którzy czas oczekiwania na zawody spędzali głównie na pogawędkach oraz kolejkach do punktów gastronomicznych. Tam oczywiście królowały kiełbaski (25 złotych), napoje bez i alkoholowe (piwo 20 złotych) oraz popcorn w cenie 12 złotych.

– Na brak zainteresowania, jak Pan widzi, kompletnie nie możemy narzekać. Najważniejsze, iż jesteśmy na taką okoliczność przygotowani. Wszystko schodzi dosłownie jak ciepłe bułeczki – mówiła jedna z osób obsługujących stoisko na koronie stadionu.

– My takiego szczęścia nie mieliśmy. Niestety ulewa sprawiła, iż zalało nas i kasy fiskalnie nie pracują- mówiła osoba obsługująca stoisko przy stadionowej pergoli.

Czas oczekiwania każdy wykorzystywał na swój sposób. Ci, którzy mogli opuścić choćby pomieszczenia prasowe mogli obserwować „pokazy” jazdy skuterem na wodzie czy też wypompowywanie wody sprzed przedstadionowego deptaku.

Zanim opady spowiły niebo nad Stadionem Olimpijskim, czyli przed godziną 18, życie na „żużlowym osiedlu” wyglądało zgoła inaczej. Tradycyjnie zajrzeliśmy do miasteczka Grand Prix, w którym nie znaleźliśmy nic nowego oprócz stoiska sponsora tytularnego firmy De Walt oraz samochodu, którym swego czasu Jerzy Mazur przejechał rajd Paryż – Dakar.

Największym zainteresowaniem cieszyło się jednak stoisko idola wrocławskiej Sparty, Macieja Janowskiego. Kolejka była spora na tyle, iż w obsłudze klientów pomagała partnerka Macieja Janowskiego – Joanna.

– Jak widzicie mamy całkiem spory ruch. Mieliśmy ubrania na stoisku z nowej kolekcji Macieja, „Olimpico”, ale niestety jest godzina 17 i już nie ma nic – mówiła jedna ze sprzedających.

Kibiców Macieja Janowskiego nie zabrakło. Tradycyjnie na występ swojego idola przydała z Gliwic nasza wierna czytelniczka, Izabella.

– Maciej, mimo tego, iż liczyłam na więcej, szczególnie po pierwszym biegu, pojechał dla mnie fantastycznie. Wierzę, iż do Grand Prix jeszcze powróci – komentowała występ Janowskiego jego oddana fanka

Oczywiście oprócz miasteczka Grand Prix nie zabrakło tradycyjnej we Wrocławiu specjalnej strefy Monstera. W niej pojawił się między innymi Greg Hancock czy wracający do zdrowia Dan Bewley. Warto odnotować, iż wrocławskie zawody odwiedził nie kto inny jak Darcy Ward z rodziną.

– Miło mi, iż wróciłem na 300. turniej Grand Prix. Cieszę się, iż kibice wciąż o mnie pamiętają, a moje dzieci mogą się przekonać, iż faktycznie ich tato był kiedyś chyba całkiem dobrym zawodnikiem – mówił przed kamerami angielskiej telewizji Darcy Ward.

O atmosferę na trybunach oraz miasteczku dbał tradycyjnie Jacek Dreczka, który staje się już stałym punktem wrocławskiego Grand Prix.

– Wszystko fajnie, super chłopak, ale chyba brak pokory zaczyna gubić. Powtarzanie jak mantra, iż do parkingu schodzi Jack Holder, kiedy wiadomo, iż wciąż leży na torze tylko potwierdza moją teorię – oceniał pracę Gorzowianina jeden z fanów Kolejarza Opole.

Wrocławskie Grand Prix było 300. w historii. Pierwsze miało miejsce w 1995 roku. Wszystkie turnieje śledził na żywo nie kto inny, jak Jerzy Kanclerz, który podczas wrocławskiego turnieju świętował swoją „mistrzowską” aktywność.

– Serdecznie dziękuję za gratulację. Zobaczymy ile tych Grand Prix uda się jeszcze zaliczyć i jak „wyśrubujemy” rekord – mówił nam prezes bydgoskiej Polonii, który wspominał, iż najlepiej wspomina ubiegłoroczne zmagania w Manchesterze.

300. Grand Prix świętowano na „grubo”. Zaproszeni goście przybyli na stadion specjalnie wynajętym autobusem, a jubileuszowa impreza odbyła się w piątkowy wieczór w Hotelu Europejskim.

– Panie Łukaszu, było bardzo fajnie. Była kolacja, był choćby quiz żużlowy przygotowany przez Jerzego. Były nagrody, były prezenty. Świętowaliśmy godnie. Czekamy na świętowanie 400. turnieju Grand Prix Jerzego Kanclerza i tego mu życzymy – mówił nam ze śmiechem jeden z uczestników świętowania jubileuszu.

Żużel. Kulisy meczu Falubaz – Sparta zaskakują! Protasiewicz musiał błagać Łagutę! – PoBandzie – Portal Sportowy

Na wrocławskich zawodach spotkać można było również słynnego kibica Unii Leszno ze Szkocji, Michaela Purvesa.

– Tradycyjnie, kolejna wycieczka do Polski. Tym razem zaliczamy cztery imprezy w cztery dni i wracamy do domu- mówił nam przesympatyczny Szkot.

Pisaliśmy o kibicach, pora wspomnieć o dziennikarzach. Ci tradycyjnie już nie mogli narzekać na funkcjonowanie biura prasowego, tradycyjnie kierowanego przez Adriana Skubisa. Warto jednak zaznaczyć, iż organizatorzy cyklu przybrali nową medialną taktykę. Wśród akredytowanych dziennikarzy dostrzec można było bez problemu osoby, które jeszcze parę miesięcy temu zasiadały na trybunach jako kibice. Wydaje się całkiem słuszne, aby w procesie akredytacji skutecznie weryfikować czy nastolatkowie faktycznie wykonują swoją pracę medialną

– Z turnieju na turniej robi się coraz gorzej. Przecież parę osób to jacyś kibice biegający z telefonem i wrzucujący tik-toki, zbierający autografy i zdjęcia z zawodnikami – mówił szwedzki dziennikarz.

– O co chodzi? Każda osoba to sprawdzony dokładnie dziennikarz. Nie ma mowy o pomyłce – mówił nam oficer prasowy Grand Prix. Osobiście gratuluję skuteczności w sprawdzaniu.

Wróćmy do rzeczy przyjemniejszych. Na konferencji prasowej zadowolona z wygranej nie krył Bartosz Zmarzlik. Co ciekawe, wywiad z polskim mistrzem przeprowadzaliśmy o absurdalnej porze. Na zegarku była już… 00:38!

– Cykl Grand Prix zaczął się w 1995 roku, kiedy się urodziłem. Taki też mam numer – 95. Wygrał tu wtedy we Wrocławiu mój mentor, Tomek Gollob. Dzisiaj mamy turniej numer 300, a ja mam 30. wygraną. Same piękne liczby, to był piękny dzień. Pierwszy raz moi synkowie przyjechali na Grand Prix w tym roku… Więcej nie trzeba mówić – mówił nam wyraźnie wzruszony triumfator turnieju.

Żużel. Zmarzlik wzruszony! Mówi o pomocy synków i sprzeciwieniu się Morrisowi! (WYWIAD) – PoBandzie – Portal Sportowy

Oczywiście turniej nie mógł się odbyć bez efektownego pokazu pirotechnicznego. Nie brakowało fajerwerków, ale też interesującego pokazu świetlnego na historycznej wieży na Stadionie Olimpijskim.

Jedno nie ulega wątpliwości. Organizatorzy wrocławskiej rundy po raz kolejny stanęli na wysokości zadania i pokazali, iż można dokonać rzeczy, która w czasie nawałnicy nad stadionem wydawała się niemożliwa do zrealizowania. Na myśli mam oczywiście rozegranie turnieju. Pokazali również działaczom Ekstraligi, iż być może nie zawsze warto odwoływać spotkania ligowe parę dni przed meczem na podstawie prognozy pogody, choć nie każdy klub ma odpowiednik Phila Morrisa, który pokazał, iż deszcz i burze mu nie straszne. Po zawodach długo dziękowali sobie wzajemnie z Krystyną Kloc i Andrzejem Rusko.

– Taka jest moja praca. Czy wierzyłem w rozegranie zawodów? Oczywiście. Uważam, iż wspólnie dokonaliśmy rzeczy wielkiej. Wrocław już za nami, przed nami kolejna runda – mówił po zawodach były żużlowiec, który harując na torze zdecydowanie skradł show.

Idź do oryginalnego materiału