Złamał kręgosłup. Jego życie zmieniło się diametralnie

speedwaynews.pl 1 godzina temu

Są chwile, kiedy czarny sport pokazuje swoje najokrutniejsze oblicze, a walka o każdy centymetr toru przenosi się z nawierzchni owalu do gabinetów rehabilitacyjnych. Dwa lata temu świat Maxa Dilgera załamał się w ułamku sekundy. Poważny upadek na torze we francuskim Morizès wywrócił całe jego dotychczasowe życie do góry nogami. Mimo fatalnych rokowań i niepełnego uszkodzenia rdzenia kręgowego, niemiecki żużlowiec, doskonale znany polskim kibicom z występów w barwach klubów z Łodzi, Opola, Piły, Krosna czy Rawicza, nie poddaje się i każdego dnia staje do najważniejszego wyścigu w swoim życiu.

Niedawny wpis zawodnika w mediach społecznościowych przypomniał wszystkim o dramacie, który rozegrał się na francuskim torze. Dilger opublikował poruszające wyznanie, w którym podsumował minione 24 miesiące morderczej walki o powrót do sprawności.

Niemiec bez owijania w bawełnę opisuje, z czym walczy każdego dnia, gdy światło reflektorów zgasło, a zgiełk stadionu zastąpiła cisza sali treningowej. Każdy krok to efekt tysięcy godzin morderczej pracy z fizjoterapeutami, wylewanego litrami potu i przełamywania potężnego bólu.

– Dokładnie dwa lata temu moje życie zmieniło się na zawsze. Jeden upadek, jedna chwila i nagle wszystko, na co pracowałem całe życie, po prostu zniknęło. Doznałem niepełnego urazu rdzenia kręgowego, straciłem czucie i możliwość ruchu w nogach. Z dnia na dzień odebrano mi dotychczasowe życie. Od tamtej pory to codzienna bitwa. Nieskończone godziny treningów, fizjoterapii i rehabilitacji. Przełamywanie bólu, frustracji i wyczerpania. Liczne niepowodzenia, mnóstwo czarnych momentów, łzy i dni, kiedy trudno znaleźć siłę do dalszej walki. Przez dwa lata walczę o coś, co dla większości ludzi jest oczywistością. Może i zrobiłem postępy, ale prawda jest taka, iż wciąż jestem daleko od miejsca, w którym chciałbym być. W mojej głowie przez cały czas widzę chłopaka, którym byłem, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Ale wciąż tu jestem. Wciąż walczę i pojawiam się na treningach choćby wtedy, gdy nie mam już z czym iść do przodu. Wciąż gonię człowieka, którym byłem i walczę o to, kim chcę się stać – wyznał poruszająco Max Dilger.

Droga, którą przeszedł były reprezentant polskich klubów, i tak graniczy z cudem. Pierwsze prognozy po fatalnej kraksie we Francji mówiły o groźbie całkowitego paraliżu. Dilger doznał wówczas złamania kręgosłupa, kostki, ręki oraz żeber. Medycyna okazała się jednak łaskawsza, gdy zawodnik zaczął odzyskiwać czucie w nogach. Od tamtej pory reżim treningowy 36-latka nie ma przerwy – ćwiczy po kilka godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, szukając w sobie pokładów determinacji, które mają stanowić również potężną dawkę motywacji dla innych sportowców zmagających się z ciężkimi urazami kręgosłupa, takich jak choćby Daniel Kaczmarek.

Co niezwykle istotne, mordercza batalia o zdrowie nie osłabiła w Niemcu miłości do motocykli i rywalizacji. Max Dilger nie obraził się na żużel i wciąż jest blisko dyscypliny, która dała mu tak wiele, ale też tak wiele odebrała. W minionym sezonie kibice mogli wypatrzyć go w parku maszyn podczas turniejów cyklu Grand Prix. Niemiec pojawiał się w elicie jako najważniejsze wsparcie w teamie byłego mistrza świata, Jasona Doyle’a. Choć sam nie może już wyjechać na tor, jego doświadczenie, wiedza sprzętowa i nieprzejednana postawa wciąż służą najlepszym zawodnikom globu.

Idź do oryginalnego materiału