Z Polski do Tajlandii, z triathlonu do biegania. Krzysztof Hadas celuje w maraton na igrzyskach

6 godzin temu
Zdjęcie: krzysztof hadas


Krzysztof Hadas był najlepszym Polakiem podczas nocnego półmaratonu we Wrocławiu, ale celuje dużo wyżej. Były triathlonista chce reprezentować kraj podczas olimpijskiego maratonu. Póki co jego życiówka to 2:19 uzyskana rok temu w Bangkoku. Miejsce startu nie było przypadkowe, ponieważ od kilku lat Tajlandia jest drugim domem sportowca.

Z triathlonu do biegania

Krzysztof Hadas od pandemii dzieli swoje życie między Polskę a Tajlandię. Tej wiosny postanowił sprawdzić biegową formę podczas kilku startów w ojczyźnie. Test wyszedł pozytywnie. Najpierw rozmienił 30 minut na 10000 m podczas mistrzostw kraju w Augustowie (29:46 dało 7 miejsce). Później dwukrotnie zszedł poniżej 1:06 w półmaratonie.

W kwietniu w Gdyni został czwartym zawodnikiem krajowego czempionatu (z życiowym 1:05:41), a kilka tygodni później podczas nocnej połówki we Wrocławiu uciekł Mateuszowi Mrówce i zainkasował dodatkową nagrodę dla najlepszego Polaka w stawce (z wynikiem 1:05:48). Były triathlonista ma jednak ambitniejsze plany i chce uzyskać olimpijską kwalifikację na dystansie maratonu.

– Cztery lata temu usłyszałem od trenera, iż z moim pływaniem kwalifikacja olimpijska w triathlonie jest niewykonalna. Jako, iż bieganie zawsze było moją najmocniejszą stroną, trener zasugerował, żebym spróbował sił w maratonie. Natomiast wiadomo, sytuacja się zmieniła. Minimum do Tokio (2021 – red.) wynosiło 2:11:30, dziś trzeba biegać 2:08-2:06, ale będę walczył – mówi w rozmowie z portalem bieganie.pl, Krzysztof Hadas.

Nasz rozmówca rzucił triathlon, ale przez cały czas próbuje sił w duathlonie, w którym w 2018 roku sięgnął po tytuł wicemistrza świata. W tej konkurencji zaczyna się od biegu, następnie przesiada na rower, żeby zakończyć rywalizację biegiem. Póki co Hadas zamierza łączyć bieganie z rowerem i pójść śladem dwukrotnego mistrza świata w duathlonie, Benjamina Choquerta.

Francuz w 2023 roku w Walencji przebiegł królewski dystans w 2:07:42. Trzy lata wcześniej podczas mistrzostw świata w półmaratonie, które odbyły się w Gdyni, na metę wbiegł niemal ramię w ramię z Krystianem Zalewskim, uzyskując 61:32.

Hadas od kwietnia do lipca był w Europie, ale najbliższe miesiące spędzi w Tajlandii, gdzie będzie przygotowywał się do grudniowego maratonu w Walencji. Tam celuje w 2:14 lub szybciej. Po drodze nie wyklucza startu w mistrzostwach świata w duathlonie w Abu Zabi, gdzie do przebiegnięcia będą dwie piątki, a między nimi do przejechania na rowerze 30 km. W planach są też: mocna dyszka w Tajlandii (wrzesień) i półmaraton w Tokio (październik).

Zapytany o to, jak bardzo wierzy, iż olimpijski maraton jest realny, przyznaje, iż „będzie to cholernie ciężkie”. – Zrobię, ile będę mógł, włożę ile będę miał – finansowo i życiowo. 2 lata to mało czasu, ale jeżeli nie uda się w Los Angeles, może będzie to do wykonania w 2032 w Australii.

Tajski trening, czyli upały, ulewy i uśmiechnięci ludzie

Hadas do Azji trafił w 2019 roku, po tym jak na jednym z obozów triathlonowych poznał Tajkę. Właśnie w Tajlandii zastała go pandemia, dlatego „utknął” tam na półtora roku. Kiedy po kilkunastu miesiącach wrócił do Polski, poczuł, iż jego miejsce jest w państwie Tajów, a nie w rodzinnej Wielkopolsce.

Ludzie są tam życzliwi. Uśmiechają się, pokazują kciuk w górę, gdy cię widzą na treningu. Ostatnio uderzyła mnie w Polsce pewna sytuacja. Podczas treningu rowerowego usłyszałem od jednej kobiety: „ty ch… je.. tam jest ścieżka rowerowa!”. W niedzielę, w pusty dzień. Takich sytuacji w Tajlandii nie ma – mówi Hadas.

Tajską bazą Polaka jest zlokalizowany na Półwyspie Malajskim, Phuket. Przez cały rok panują tam upały i wysoka wilgotność powietrza. – W takich warunkach samo wyjście na 30 km potrafi być akcentem – przyznaje nasz rozmówca i tłumaczy, iż treningi możliwe są tylko we wczesnych godzinach porannych lub późnym popołudniem i po zmroku.

– Tajowie wychodzą na treningi choćby o 4 rano albo w nocy, biegają praktycznie po ciemku. Mi to nie odpowiada. Nie czuję wtedy tempa i poza tym uważam, iż bieganie z czołówką jest niebezpieczne. Dlatego moje poranne godziny to 6-8, a po południu celuję w okolice 17:30.

Aktualnie w Tajlandii jest pora deszczowa i jak przekonuje Hadas tajskie ulewy są „najmocniejszymi jakie można sobie wyobrazić”.- Złapało mnie nie raz. Buty momentalnie robią się dwa razy cięższe. Jak cię złapie na mocnym treningu, to jesteś załatwiony. Trzeba po prostu kombinować i wpasować się w okienko pogodowe.

Hadas na miejscu ma do dyspozycji stadiony lekkoatletyczne czy siłownie z bieżniami mechanicznymi. Jak jednak przyznaje z tym drugim rozwiązaniem jest pewien kłopot. – W Tajlandii nie ma wielu wyczynowych biegaczy, więc bieżnie w siłowniach mają z prędkościami do 20 km/h. Będę musiał zainwestować w szybszą – wyjaśnia.

Długie treningi maratończyk wykonuje na dwupasmowej drodze pełnej samochodów. – Mam sprawdzone 15 km tam i z powrotem. Nikt na ciebie nie trąbi. Każdy na siebie uważa, a zdarzy się, iż samochód przejedzie metr od ciebie. Na trasie mam dużo sklepów. Za 2 zł można kupić sobie wodę i biec dalej.

Kiedy widział tempo na 1:07 „obrażał się” i schodził

Były triathlonista w 2023 roku postanowił pożegnać się z wieloletnim trenerem. Właśnie wtedy pierwszy raz postawił na bieganie kosztem pozostałych dwóch dyscyplin i nie wypaliło.

Miałem przeświadczenia, iż niedługo będę miał wyniki jak Nowicki (Adam Nowicki to właściciel 2 wyniku w polskiej historii maratonu – 2:08:42 – red.). Poprawiłem swoje bieganie, ale dla mojej głowy to było nie dość dobre. Te myśli zabierały całą euforia z biegania i niszczyły formę. Często schodziłem z trasy, mimo iż bieg był fajny. Podczas półmaratonu, gdy widziałem na zegarku, iż tempo jest na 1:07 obrażałem się i schodziłem, bo w mojej głowie miało być na 1:05 – wspomina Hadas.

Biegacz tłumaczy, iż czuł na sobie podwójną presję – własną i wynikającą z faktu, iż rozczarowuje trenera. To się zmieniło, a wyniki poszły do przodu. Poza tym kiedy zaczął sam odpowiadać za swoją formę, bardziej zainteresował się teorią treningu, zamiast jedynie realizować gotową rozpiskę.

Dla mnie trener zawsze był trochę jak rodzina, więc miałem poczucie, iż kiedy wyniki nie są wystarczająco dobre, to go zawodzę. Gdy zacząłem trenować sam, po pierwsze odeszła mi ta presja, po drugie zacząłem więcej analizować. Wcześniej po prostu robiłem to co trener mi rozpisał, bez pytań w stylu – na co, po co i dlaczego taka a nie inna jednostka?

Hadas: Mógłbym biegać choćby 300 km, ale po co?

Krzysztof Hadas od dwóch lat notuje znaczny biegowy progres. W półmaratonie przesunął się z 1:07 na 1:05 i jak przekonuje, w tym roku we Wrocławiu był gotowy choćby na 1:04. Jako, iż cały czas nie rezygnuje z duathlonu, do biegania dodaje trening kolarski.

– Rower jest dla mnie sposobem na zdjęcie z treningu objętości biegowej. Przykładowo w programie maratońskim potrafię biegać 170 km tygodniowo i do tego dochodzi 8 godzin na rowerze – tłumaczy.

Najbardziej rowerowym dniem w tygodniu jest środa. Poza tym w klasycznym tygodniowym cyklu wyróżnia double treshold (wtorek i piątek) oraz niedzielne długie wybieganie. Na pytanie, czy zamierza wprowadzać zmiany w treningu, które mogłyby go przybliżyć do olimpijskiej kwalifikacji twierdzi, iż mógłby biegać choćby 300 km tygodniowo, ale rachunek zysków i strat okazałby się wtedy ujemny. – Nie chodzi o to, żeby truchtać po 2 godziny dziennie tempem, które niczego nie buduje – podkreśla.

W planach nie ma więc podnoszenia objętości, jest natomiast obóz wysokogórski. – Przed pandemią miałem przyjemność być trzy miesiące w Sankt Moritz i wiem, jakie to jest uczucie zjechać z gór na niziny – przyznaje i dodaje: – W przyszłym roku myślę o Chinach. Mam znajomych z czasów triathlonu, którzy rekomendowali mi kilka miejsc na wysokości 1800 czy choćby 2400 metrów nad poziomem morza. Inną opcją będzie przystosowanie jednego z pomieszczeń w domu w Tajlandii do treningu.

Chodzi o zakup urządzenie do obniżania stężenia tlenu, żeby uzyskać efekt hipoksji w domowych warunkach.

„Łoją kilometry”

Nasz rozmówca niedawno wziął ślub z Tajką, kupił też w Azji dom. Choć poziom biegania w swojej drugiej ojczyźnie ocenia nie najwyżej, są wyjątki. Jednym z nich jest Kieran Tuntivate, właściciel 10 najlepszego wyniku na 10000 m w historii Azji. Jego 27:17.14 jest niespełna 40 sekund lepsze niż rekord Polski, Jerzego Kowola. – To jest ich bóg, uwielbiają go – mówi o Tuntivate, Krzysztof Hadas.

Polak rozwija w Phuket grupę biegową, a na pytanie, czy w Tajlandii bieganie amatorskie przybiera podobną formę jak w Polsce, odpowiada, iż dużo ludzi regularnie wychodzi z domów, żeby „trochę się poruszać”, a niekoniecznie biegać. – Ja to nazywam nieprzepisowym chodem. Coś pomiędzy marszem, a biegiem.

– jeżeli chodzi o zawodników to powiedziałbym, iż mają starą szkołę biegania. Po prostu łoją kupę kilometrów. Nie za bardzo mają pomysł jak trenować, po prostu biegają aż do kontuzji – podsumowuje tajskie podejście Polak.

Baty dla najlepszych

Krzysztof Hadas w Tajlandii regularnie mierzy się na zawodach z zawodnikami z Afryki. Chodzi zarówno o kontraktowanych zawodników z najwyższej półki, jak też biegaczy, którzy na własny koszt organizują sobie przyjazd na kilkumiesięczny zarobek.

Podczas jednego z półmaratonów nasz rozmówca miał okazję biec m.in. z Hellen Obiri. Z kolei rok temu podczas dużej imprezy w Bangkoku twarzą imprezy był Eliud Kipchoge, który „rozprowadzał” królową Tajlandii na dystansie półmaratonu. Polak zajął tam 3 miejsce OPEN na dystansie maratonu z życiowym 2:19. W pierwszej ósemce był jedynym zawodnikiem nie pochodzącym z Etiopii.

– Pobiegliśmy w 1:07-1:08 połówkę, a potem zaczęło się czarowanie. Chłopaki z życiówkami 2:11 kazali mi prowadzić. Ja się uśmiechnąłem i podziękowałem, wiec tempo siadło momentami do 3:40/km – tak wspomina tamten bieg, który wystartował o 2 w nocy. – Nie do końca miałem pomysł, czy iść spać czy nie. Zasnąłem około 23 żeby obudzić się o 1.

Ze względu na klimat biegi w Tajlandii albo rozgrywane są w środku nocy, albo w okolicach 4-5 rano. Normą są także kontrole antydopingowe, które mają pojawiać się wszędzie tam, gdzie do wygrania są pieniądze. W przypadku trzeciego miejsca na maratonie w Bangkoku, Hadas wygrał 50 tys. batów (przy obecnym kursie to niecałe 6 tys. zł). – Gdyby ktoś w tym roku chciał przyjechać do Bangkoku zamiast do Walencji, to nagrody są już w dolarach – informuje Krzysztof Hadas.

Eliud Kipchoge pobiegł półmaraton w Bangkoku w dwie godziny. A w maratonie Polak na podium! – Bieganie.pl

Benedek Team? „Uważam, iż są użyteczni”

Podczas tegorocznej nocnej połówki we Wrocławiu Krzysztof Hadas musiał uznać wyższość jedynie dwóch Kenijczyków z grupy Benedek Team. W Tajlandii takich biegowych spółdzielni jak węgierska grupa nie ma. Zawodnicy z Afryki mają natomiast chętnie przyjeżdżać na tajskie, dobrze opłacane zawody na własną rękę, bez pośrednictwa menadżera.

– Oni najczęściej przyjeżdżają na 3 miesiące. Na początku mają mega formę, która jednak z czasem spada i to znacząco (…) Wygrać z Kenijczykami to nie jest problem – przekonuje Hadas i przypomina swoje zwycięstwo w półmaratonie w Krabi z wynikiem 1:07:57 (2023 rok), gdzie w pokonanym polu zostawił dwóch zawodników ze wschodniej Afryki.

O tym jak bardzo „pracowici” potrafią być biegacze z Afryki podczas swojego pobytu w Tajlandii dobrze świadczy przykład Etiopczyka Tariku Abdi, który w 2025 roku w Bangkoku finiszował na 2 miejscu, 9 sekund szybciej od Polaka. Tamten start był jego piątym maratonem w Tajlandii w ciągu czterech miesięcy – to oficjalne dane z bazy World Athletics, więc teoretycznie startów w tym okresie mogło być dużo więcej.

Krzysztof Hadas w rozmowie z naszym portalem odniósł się do dyskusji na temat funkcjonowania Benedek Team na polskich biegach. Przypomnijmy, iż drużyna menedżera Zsolta Benedka budzi kontrowersje m.in. ze względu na pojawiające się zarzuty dopingowe. Nie brakuje też głosów, iż grupa szkodzi krajowym biegom, „odbierając” polskim długodystansowcom pieniądze z nagród.

– Trzeba im oddać, iż to są chłopaki, którzy potrafią biegać. We Wrocławiu finiszowali w 1:03, a pierwszą dychę otworzyli grubo poniżej 30 minut. Mają pod nogą – podkreśla Hadas i dodaje: – Jest dyskusja, czy oni powinni startować w Polsce czy nie, natomiast moim zdaniem – są użyteczni. jeżeli potrafilibyśmy utrzymać ich tempo, byłoby spoko, ale na razie tego nie wykorzystujemy. Nikt nie potrafi z nimi wygrać, więc zamiast jeździć od Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec startują u nas. Mam nadzieję, iż za rok jak przyjadę do Polski to kilku Kenijczykom utrę nosa i będą niepocieszeni – podsumowuje nasz rozmówca.

Idź do oryginalnego materiału